środa, 26 listopada 2014

Torebka ze swetra i tworzenie fałszywych wspomnień domowym sposobem

    Doła miałam. Nawet nie doła a Rów Mariański. A na to, jak powszechnie wiadomo, najlepsza nowa torebka! Problem w tym, że nadszarpniecie budżetu zakupem nowej, fajnej torebki pewnie pogłębiłoby dołek, w którym siedziałam z miną na "nie".
    Kreatywnie trzeba więc było wymyślić alternatywę. Alternatywa wymyśliła się sama w czasie wizyty w ulubionym Lumpeksiku, gdzie na wieszaku wisiał sobie rudokolorowy mięsisty sweter. Wyciągał do mnie tęsknie rękawy i wołał - weź mnie! No to wzięłam.
Trzeba go było oczywiście wyprać, a przy okazji lekko podfilcować w praniu. Potem jeszcze przekopałam półkę z przydasiami w celu dobrania podszewki stosownej (nogawki granatowych sztruksów były ok) i zasiadłam w szale twórczym do maszyny! Oto efekt:




A4 wchodzi. Pasek, klapka, gustowny guziczek, a w środku mała kieszonka, duża kieszonka i hmm..., no tego... bałagan:


   Oczywiście na nową torebkę napatoczył się Mężczyzna. Zawczasu się najeżyłam w pozycji obronnej, bo liczba torebek i par butów to dość drażliwy temat w naszym domu i z tego co wiem - nie tylko w naszym :)
Samiec mój - na wstępie spiorunowany wzrokiem - obejrzał wyrób i się stosownie zachwycił. Ponieważ od tamtego czasu powstało jeszcze kilka egzemplarzy - prezentów gwiazdkowych - zachwyca się nadal, a dzisiaj nawet się przymówił o taką dla swojej siostry. Gwiazdkowe torebki pokażę szanownym Czytelnikom, jak tylko cyknę im ładniejsze fotki i jak już wyjdą z roli super tajnej niespodzianki.
 
   Ale a propos torebek - przypomniał mi się sposób mojej koleżanki z pracy na wnoszenie do domu nowo zakupionych torebek.
    Kiedyś w kilka osób udało nam się w półhurcie nabyć via Allegro śliczne, skórzane torebki, w różnych kolorach i fasonach, bezpośrednio od producenta. Solidna robota, staranne wykończenie. Eksploatujemy już je od kilku lat - a one wciąż jak nowe! Kurier przywiózł nam wielkie pudło do pracy, każda swój przydział schowała jak wiewiórka, a my upchnęłyśmy nasze łupy w bagażniku mojego samochodu. Któregoś dnia dostałam sygnał od psiapsiółki, że jej męża nie ma w domu więc bezpiecznie możemy wnieść torebki na kwadrat :) Psiapsiółka zbunkrowała swoją zdobycz na pawlaczu i wtedy już spokojne - jakby co najmniej trupa udało nam się dobrze zakamuflować - zasiadłyśmy do picia herbaty. Przy herbacie olśnienie mnie naszło.
- Słuchaj - pytam - ale przecież kiedyś te torebki w końcu zaczniesz nosić i wtedy mąż dowie się o ich istnieniu. Głupi przecież nie jest, ani ślepy. I co wtedy?
    Koleżanka popatrzyła na mnie z błyskiem w oku i uśmiechem godnym kota z Cheshire.
- A bo to pierwszy raz! To się robi tak: biorę torebkę jak gdyby nigdy nic. Mąż owszem ani głupi ani ślepy, więc od razu podnosi bunt na pokładzie, że ja mam NIBY nową torebkę. Patrzę na niego ze zdziwieniem, niedowierzaniem i w ogóle jak sarna zraniona tak okropnym pomówieniem! Potem zaczynam mu cierpliwie tłumaczyć. Kotku przecież ona nie jest nowa! Pamiętasz, jak z Guciami byliśmy w '83 na wczasach w Pomponiewie? No jak to nie pamiętasz? Padało cały czas i dzieciaki dostały kataru. No co ty! Naprawdę nie pamiętasz?!
   Mąż patrzy spłoszony, bo coś zaczyna sobie przypominać ale nie jest pewny czy Guciów czy Pomponiewo, czy katar...
    No i wtedy pojechaliśmy z dzieciakami do skansenu, bo nie było co robić - pamiętasz? No, to wtedy po drodze wdepnęłyśmy z Krysią do takiego małego sklepiku i sam mnie przecież na tę torebkę namawiałeś, bo Ci się podobała. Kryśka też sobie kupiła taką, tylko czerwoną!

    Koleżanka tłumaczyła mi, że najważniejsze w tworzeniu mężowskich wspomnień jest umiejscowienie historii odpowiednio daleko w czasie i przynajmniej kilka elementów musi być prawdziwych. Reszta to czysta fantazja :) I co najważniejsze: ZAWSZE DZIAŁA!!!
Choć zwierzyła mi się, że czasem aż ją w dołku ciśnie, czy udałoby jej się stworzyć mężowskie wspomnienia od zera... Ponoć na tej zasadzie ludzie mają wspomnienia ze spotkaniami istot pozaziemskich i wizyt w statkach kosmicznych obcych, czyli sposób nie jest nowatorski. Na razie nie ryzykuje eksperymentu, bo jeszcze kilka torebek pewnie w życiu trzeba będzie do domu przemycić.
    Jak widać wojna płci trwa w najlepsze i jak to na wojnie wszystkie chwyty dozwolone. A swoją drogą ciekawe ile zestawów kluczy nasadowych czy innego Hilti zostało przemycone w ten sam sposób ;)

   Jak minął mi dołek machnęłam sobie na poprawę humoru jeszcze dwa sweterki. Hoodie i kangurka.
Oto i one:








2 komentarze:

  1. Ta torebka jest świetna! Jest Pani niesamowita- uszyć takie cudo! Nie ukrywam, robi wrażenie.

    Czekam z niecierpliwością na zdjęcia stworzonych prezentów :)

    pzdr
    O&N

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki :))) Będą, będą, tylko nie mam kiedy ich wykończyć (obszyć dziurek, dodać guziczków etc.), bo to gorący okres ;) Pozdrawiam Panią i Nitra!

    OdpowiedzUsuń