niedziela, 25 marca 2018

Tusiek - koTusiek

Semestr letni jego mać!
I znowu nie mogę zdążyć z niczym, z życiem, spaniem, codziennością a czasem oddychaniem :(
Ogród (potencjalnie) piękny mój leży odłogiem i przyzywa.
A mnie się wydaje, że już za chwilę to ja z tego wszystkiego legnę na marach z cyklem Krebsa na ustach :(

Ale o Tuśku napisać muszę, bo mu się to należy.
Tusiek to nikt inny jak Biały ;) Tylko głupio tak kota wołać barwą futerka, no nie?
Ostatni raz widzieli się Szanowni Państwo Blogoczytacze z Białym, gdy kiblował w mojej łazience na pięterku i walczyliśmy o ograniczenie jego życia wewnętrznego.
Wysiadywałam tam z kocurem godzinami, czule świergoląc kotuś, kotusiek i tak mu zostało: koTusiek ;)




Gdy czas uwięzienia miał się ku końcowi, kocur zrobił się nieznośny. Czniał pełne michy i ciepły fotel. Marzyła mu się wolność i ludzkie towarzystwo 24/7.  Ostatniego dnia, gdy miał dostać ostatnią tabletkę, przywlekłam się z pracy i zastałam wydzierającego się kocura u szczytu schodów.
Zejść się bał, ale siedzieć w łazience nie zamierzał i ryczał wniebogłosy.
Wzięłam michę żarcia, tabletkę i maść do uszu i udałam się do awanturnika.
Zgarnęłam kota pod pachę i podreptałam się do łazienki. Zamykając za nami drzwi mamrotałam przy tym do zwierzaka - no i jak ty stamtąd wylazłeś, hę?
Postawiłam delikwenta na podłodze, a ten upewniwszy się, że na niego patrzę, potruchtał do drzwi i wspiął się przednimi łapkami do klamki. Biegusiem do mnie wrócił i zaczął ocierać się o nogi.
Nie, to niemożliwe, pomyślałam i znowu zaświergoliłam do futrzaka - no jak żeś stąd wylazł? Pokażesz pańci?
Spojrzał na mnie jak na niedorozwiniętą - trudno, tępym człowiekom trzeba klarować czasem ze dwa razy - i znowu potruchtał do drzwi i wspiął się przednimi łapkami do klamki :)
Doszłam do wniosku, że skoro już wszystkie leki wziął nie ma potrzeby nadal więzić go w łazience i niech się dzieje co chce, wypuściłam na dom.
Zwiedzanie zaczął od mojej sypialni i w niej już pozostał. Nie posiadał się ze szczęścia, mogąc ze mną spędzać całe noce. Każde moje poruszenie uznaje za okazje do pieszczot. Mruczy, ociera mi się o twarz (cały czas nie zgolił wąsów), wylizuje moje dłonie, ssie i lekko podgryza każdy opuszek moich palców z osobna i z upodobaniem stosuje tajski masaż. Naprawdę trudno jest NIE ZAREAGOWAĆ na tyle atencji, gdy 7 kilogramów kocura udeptuje mą delikatną klatkę z piersiami. Pomimo grubej bluzy polarowej dwa ruchy kocich łap z energicznie pracującymi pazurami wyrywają człowieka z najgłębszego snu z oczami postawionymi w słup!

Żeby jednak nie było, że wszystko tak słodko i miodzio się układało.
Tusiek mnie sobie zawłaszczył. Kocice miały za złe.
Syczały na Tuśka, warczały (pamiętały go jeszcze jako pełnojajecznego terrorystę, który atakował je w piwnicy), czyli jak to mawiają nasi sąsiedzi zza południowej granicy - baba przyjena go z zębami.
Atakowany Tusiek to jednej to drugiej spuścił lanie - wiadomo, jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije. Z Jojo czaili się na siebie i grali w kto kogo podejdzie cichcem od tyłu i dziabnie zębami w zad!
A Kreska w tym wszystkim chciała brać udział i podgrzewała atmosferę. W sumie sytuacja stała się nieznośne napięta i kocie wojny nas wykańczały.
A Mamba sytuację w domu wykorzystała, żeby się jeszcze dłużej i jeszcze dalej włóczyć.
Klamka zapadła.
Uznaliśmy, że skoro Tusiek jest kot na medal, gaduła, przytulny, całuśny i rozmruczany, to znajdziemy mu nowy dom. Taki gdzie będzie dużo rąk do głaskania i chętnych, żeby kota na rękach nosić - bo kot na ręce chętny jest - byleby domownicy mieli zdrowe kręgosłupy, bo Tusiek swoje waży i jeszcze nie powiedział w tym względzie ostatniego słowa.
Miałam znaleźć chwilę czasu i zrobić ogłoszenie na olx, choć mi było żal.

Bo od kiedy mam Tuśka to naprawdę wiem, co to znaczy mieć kota. Nie te moje niedotykalskie kocice, które czasami dadzą się pogłaskać, a czasami życzą sobie być głaskane, tylko kota, który zawsze i wszędzie ze mną, przy mnie i na mnie :)
Owszem, miał Tusiek chwile słabości. Zdarzyły się dwa incydenty gdy utulił mnie do snu, po czym zamruczał wiesz mała jak to jest i zniknął na dłużej. Ale od kiedy raz zniknął na naprawdę długo, a potem wrócił po weekendzie głodny, utytłany i śmierdzący smarem - ktoś go widać zamknął przez nieuwagę w jakimś garażu czy warsztacie - przyspawał się do fotela i nie wychodzi poza ogród ;)
No i tego Tuśka miałabym oddać...

Przyszła fala dużych mrozów i kocice, które namiętnie polują, uznały, że jest za zimno żeby bawić się na dworze. Przyniosła więc któraś dużą, tłustą mysz polną do zabawy w domu. Zwierzak im zwiewał w salonie i gdzieś się zaszył, a w nocy tłukł się po przedpokoju. Tusiek wyskoczył z łóżka, sprawnie złapał myszę i jeszcze piszczącą i skaczącą przyniósł tryumfalnie do łóżka, żebyśmy się razem pobawili!
Zrzuciłam towarzystwo z kołdry, co mysz wykorzystała, żeby prysnąć pod łóżko, a w zasadzie pod szufladę, skąd kociska nie mogły jej wyciągnąć. Tam też dokonała żywota i następnego wieczoru, na oczach urażonego Tuśka i reszty, wyniosłam zwłoki do kompostowego wiaderka.
Tegoż samego wieczora którego kocice przywlekły mysz, do domu przez piwnicę wtargnął szczur. Początkowo myślałam, że to jedno i to samo zwierzę, bo po pierwsze ślepawa jestem, po drugie nie przypuszczałam, że przy takim zakoceniu gryzonie biegają mi po domu stadami, po trzecie akcja z myszą i akcja ze szczurem rozegrała się w tym samym czasie.
Zastanowiło mnie tylko, co też to jest za mysz, że tak koty w szachu trzyma, a i psy się nie kwapią. W narożniku salonu przy kredensie trzy koty próbowały to coś osaczyć, Kreska szczekała, Pyza doskakiwała i się cofała, a gryzoń czmychnął do kuchni pod szafki i się zaszył chyba w szafce pod zlewem, bo są w niej wycięte dziury na rury.
Po próbie włączenia mnie do zabawy z myszą, gdy udało mi się już zmrużyć oko, a mysz dogorywała pod szufladą, w przedpokoju przy kociej klapce do piwnicy znowu się zakotłowało.
Ki czort - zaklęłam szpetnie. Znowu Tusiek wyskoczył, pognał między syczącymi i zdenerwowanymi kocicami do piwnicy i przywlókł mi stamtąd zagryzionego szczura. Fuj!
Złożył mi ten dar na kołdrze i zachęcał do szczegółowych oględzin prezentu.
Ja w sumie obrzydliwa nie jestem, ale są granice.
Choć szczur duży nie był. Bez ogona jak moja dłoń, więc sądzę, że mógł to być zwiadowca.
Przez chusteczkę wzięłam szczura za ogon i wyniosłam do kompostowego wiaderka.
(Przypominam, że jeszcze w owym czasie mysz dogorywała pod moim łóżkiem, pod szufladą).
Zraniłam Tuśkowe uczucia, oj zraniłam!
Rano zrelacjonowałam Mężczyźnie nocne zajścia, bo wstał mocno poirytowany nocnymi pobudkami.
Obiecałam też, że znajdę czas i jeszcze tego samego dnia zrobię Tuśkowi ogłoszenia na olxie :(

Tym razem Mężczyzna popatrzył na mnie jak na upośledzoną. Nie wiem, co we mnie takiego jest, ale ostatnio właśnie takie reakcje wywołuję w ludziach najczęściej.
- Czyś ty babo już do końca zdurniała? Naszą jedyną szczurołapkę chcesz oddawać?
 I to tyle w kwestii oddawania Tuśka :D

Tusiek jednak nie dał za wygraną w temacie prezentów i wspólnych zabaw. Doszedł do wniosku, że może ja jestem z tych kobiet, co lubią prezenty mniejszego kalibru - zamiast ciężkiej biżuterii jakiś fikuśny drobiazg. Kolejnej nocy przyniósł mi ryjówkę dziabniętą fachowo jednym zębem, żeby jeszcze piszczała i skakała po kołdrze. Kiedy jeszcze ryjówka na tuśkowych oczach wyjechała do ogrodu, kocur się obraził po całości i na dwa dni, a w zasadzie na dwie noce porzucił moje łóżko!
Nie ma tego złego. Wyspałam się wreszcie :D

No to koegzystujemy wszyscy. Groszka ma w nosie, Buras z Mambą syczą, Jupi demonstruje, że niby ją to nie obchodzi ale jednak próbuje wkraczać na terytorium uzurpatora, Jojo ostrożnie omija, Tusiek niby chojrak ale cykorzy.
Zwykle kończy się na inwektywach:
- Głupia!
- Kmiot!
Czasami są wrzaski.

I byłoby miło, gdyby jednak nie było.

Gdy nadeszły mrozy uszy Tuśka zapłonęły żywym ogniem. Akurat leki przeciwzapalne przestawały już działać, bo niby leczenie zostało zakończone i w dodatku bezmyślnie zamówiłam nową karmę :(
Nie tylko uszy Tuśka płonęły. Na głowie, u nasady uszu, na szyi aż po łopatki i mostek pojawiła się wysypka. Sączące się krostki. Normalnie tego nie widać u kota, bo ma futro, ale pod palcami czuć.
Tusięty był niespokojny, chodził rozdrażniony i tarzał się w brudnym piachu - dodatkowo infekując zmiany. Smarowałam maścią, którą dostałam do jego uszu, ale guzik to pomagało.
A jak na złość w tym cholernym semestrze letnim ja od rana do nocy w fabryce!
Po trzech dniach dopiero udało mi się dotrzeć do domu na tyle szybko, że złapałam w biegu Tuśka i z zacięciem rajdowca pogrzałam do NNNŚ Weta, który czekał na mnie w lecznicy do 20.00!

Diagnoza nie nastraja.
Wszystkie problemy z tuśkowymi uszami i oczami są natury alergicznej.
Na pewno pogarsza sprawę mróz. Prawdopodobnie słońce. Ale wysypka jednoznacznie wskazuje na alergię pokarmową, zaostrzoną przez mróz :(
Na razie Tusiek jest na lekach przeciwzapalnych. Raz w tygodniu robię mu zastrzyk podskórnie i jest lepiej. Wróciłam do poprzedniej karmy, ale przecież i przy tej poprzedniej zmiany były - tylko mniejsze :(
Ograniczam, czytam, kombinuję ale dużo mądrzejsza od tego nie jestem :(
Na dwa dni przed kolejnym zastrzykiem znowu pojawia się krostka czy dwie na tuśkowych uszach :(
I tak kombinuję sobie, że przyjdzie mi zrobić Tuśkowi testy alergiczne. Panel kosztuje ok 650 zyla, co oznacza, że po raz pierwszy będę musiała w stosownym czasie zrobić na moim blogasku bazarek i mam nadzieję, że PT Blogoczytacze nie będą mi mieli tego za złe. Jednak nie mam wyjścia i muszę wiedzieć dokładnie. Za dużo mam tego zwierza, żeby udało się jednego delikwenta przestawić bezkolizyjnie na inną karmę. Tusiek jest kotem wychodzącym i ma dostęp nie tylko do chrupek wystawianych dla Łazanki, Sprzączki, Kapsla i spółki, ale też do kompostowników w całej wsi i nasze kocice mają chrupki w miseczkach na stałe.
Tusiek lubi jeść lunch na deskach w towarzystwie Kapsla.
Martwię się.
Ale nim to wszystko jednak nastąpi na razie cieszmy oczy życiem rodzinnym w Starej Szkole :)
Fotki idą chronologicznie.

 









Szał pieszczot:







Ukochane fotele













 Kiedy mróz ścisnął nasze koty stały się policzalne ;)



Nawet Mambę przywiało do domu



 Szczuplutki Buraseczek ;)




 Jupi śpi, Groszka zawiedziona powrotem zimy


Fotel zajęty, Kreska ma za złe








W końcu zaintrygowany Tusiek zwalnia fotel :D


Kreska dopięła swego ;)


Jojo domaga się swojej porcji psiej karmy z jagnięciną ;)





Historyczne ujęcia :)






I znowu problem. Jedno łóżko dla dwojga to za mało ;)





23 komentarze:

  1. Nieskończona ilość szczęścia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieskończona ilość siwych włosów... ;)

      Usuń
    2. Nie siwe, tylko srebrne!

      Usuń
  2. Na początek mam dwa pytania: 1. czemu masz tego Krebsa akurat na ustach? 2. Ty śpisz w polarze?????Ale to chyba na zewnątrz?
    No to rób ten bazarek. Tylko szybciutko! Zwierzyniec cudowny, zarówno razem, jak i we fragmentach. Tuliłabym!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W związku z cyklem Krebsa, który w semestrze letnim od kilkunastu już lat mam na stałe przyklejony do ust 1. wątpię, czy tak błaha rzecz jak zejście śmiertelne, pozwoliłaby go od mych ust odkleić; 2. do bazarku pozbieram się koło Wielkanocy, bo wcześniej ten Krebs absorbuje mnie po całości.
      Oczywiście, że śpię w polarze, a flanelę mam na miesiące letnie. Grube, poniemieckie mury sprawiają, że w domu panuje zdrowa, rześka temperatura, sprzyjająca zakonserwowaniu ;) Mieszkając w betonowym bloku w charakterze nocnej bielizny starczały mi kuse trykoty. Pierwsza zima na nowych włościach wygenerowała koszty ogrzewania - czyli hurtowy zakup polarowych przyodziewków. Rozważałam zakup tradycyjnego stroju Inuitów, ale fok mi żal ;)
      Przyjeżdżaj i tul!!!

      Usuń
  3. Tak jest, dawaj Pani Kochana bazarek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Elu! Jak miło Cię widzieć, bo dawno Cię tu nie było :D
      Dzięki za zachętę! Będzie, będzie bazarek :)

      Usuń
  4. Tusiek wygrał los na loterii stając się głównym łowczym, a Pies w Swetrze też wygrał zyskując prawdziwego kota :)

    Łączę się w bólu odnośnie poszukiwań jakiegoś rozwiązania w sprawie spożywania. Ja i T&T jesteśmy przy trzecim składniku diety eliminacyjnej, gotowanej, a nawet jeśli chodzi o Tito, który teraz jest Titkiem ( po ślasku Klakson :D) to udaje mi przemycić trzy groszki karmy gastro o obniżonej zawartości tłuszczu. Z Twixem, zwanym Tłiksiem, już tak dobrze nie jest. Musi być ściśle ryżyk rozgotowany, pierś z kurczaka, ale tylko z bazarku od prawdziwych mazurskich i przy odrobinie szczęścia odrobina gotowanej marchewki.

    Uścisków krocie przesyłam, kwa i łapa :)
    P.S.
    Koszty zabawy w kotka i myszkę jeśli chodzi o szukanie przyczyn sraczek u weta przemilczę :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytam P.S. i widzę, że muszę sprostować: wet nie ma sraczki (chyba), tylko kundelnicy, a może kundlarze mają;), choć w tym miejscu podkreślić należy, że już z dużymi okresami przerw w tejże przypadłości :)

      Usuń
    2. Beatko, jak miło Cię widzieć! Myślę o Tobie i o Twoich burkach i nawet się zastanawiałam, czy w jakiejś wolnej chwili (czytaj po semestrze letnim) nie zadzwonić do Ciebie na ploty ;)
      Oczywiście wszystkim Wam życzymy zdrowia! Mężu Twemu, obu burkom, wetowi, a Tobie w tym wszystkim tytanicznych sił! Bo zdrowie to Ty MUSISZ mieć w standardowym wyposażeniu!

      Usuń
    3. Życzenia Twoje PwS przyjmuję z radością, bo zdrowia łaknę jak kaczka wody :)W obliczu niefajnego rzutu ChZS z podłym stanem zapalnym stawów skokowych, chodzą, a właściwie czołgam się już od miesiąca. Musiałam męża oddać na kolejne powypadkowe pochlastanie do szpitala, moja mama znowu ukruszyła krąg w kręgosłupie i leży (u siebie), a psubraty wyjść 3 x dziennie muszą i basta i żarcie im ugotować trzeba. Wieczorem mam usg stawów u reumatologa i mam nadzieję na jakieś silniejsze leki przeciwbólowe i przeciwzapalne. MUSZĘ sobie jakoś sama dawać radę, nie mam wyjście.

      Kwa.

      Usuń
    4. Beatko, straszne jest to, co piszesz! Tym bardziej życzę Ci sił i zdrowia i bardzo żałuję, że tak daleko mieszkamy od siebie, bo bym Ci chociaż psy mogła wyprowadzać lub zakupy zrobić :(
      Ściskamy Cię stadnie bardzo, bardzo mocno!

      Usuń
    5. Daleko mieszkamy, ale telefonia sprawia, że jakby niezbyt daleko od siebie jesteśmy, tuż przy uchu :) Dzięki PwS za wsparcie duchowe i pokrewieństwo zwierzolubnych dusz :)
      Kwa

      Usuń
  5. Miałam taką Kreskę kiedyś, tylko do jamnika była podobna.
    Rządziła światem.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja wersja to chyba posokowiec z basetem lub z jamnikiem.
      Rządzi światem :)
      Pozdrawiamy :)

      Usuń
  6. Jeden z fragmentów tego wpisu utrwalił mnie w przekonaniu, że dobrze by Ci szło pisanie pornosów. Jak tylko rzucisz Krebsa - pomyśl o tym, mówię serio. Zarobisz krocie. Podobają mi się szczególnie zdjęcia historyczne:) Pozdr. A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I sadzę, że nie był to ten fragment o szczurzych zwłokach na kołdrze :)
      Zastanawia mnie tylko, skąd tak bogobojna istota jak Ty, jest oblatana w pornobiznesie ;) i przez grzeczność nie będę drążyła tematu ;] Ponieważ jesteś drugą osobą, która zasugerowała mi tę ścieżkę rozwoju zawodowego (pierwszy był jeden z moich zamierzchłych fatygantów, któremu udowodniłam, że takie bajki to nic trudnego) rozważę tę możliwość skuszona wizją kokosów, drugiej Japonii i Zielonej Wyspy (usypanej rzecz jasna z co najmniej Biletów NBP). Zawsze to jakaś odmiana po zredukowaniu trzech cząsteczek NAD i jednej FAD, dwóch dekarboksylacjach i jednej fosforylacji substratowej :P

      Usuń
  7. Szanowny Psie cytuję moją wet: tak czytałam Psa-w-Swetrze teraz i ma kotelinę, który ma podobno uczulenie. Kurczę, zbadałby to "uczulenie" wet dermatolog, bo jak coś jest na brzegach kocich uszu to trzeba do końca diagnozować.
    Może do tej Twojej dermatolog z Viva-vet?

    Ja więc zapraszam cię do Vivy https://vivawet.pl/pl/, b. dobra jest dr Natalia Kucharczyk. Oferuję wzięcie Tatuśka pod swe skrzydła finansowo, czyli innymi słowy ZMD funduje mu najlepszego dermatologa w mieście! :) Mam nadzieję, że pozwolisz, liczę na to. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej! Aż się spłoniłam, że ma wątpliwej jakości literacka tfurczość pod strzechy gabinetu weterynaryjnego trafiła! Pozdrawiam serdecznie Panią Wetkę i dziękuję za zainteresowanie :D

      Oczywiście w imieniu Tuśka dziękuję za możliwość diagnostyki - chętnie skorzystamy, bo też uważam, że trzeba najpierw do końca zdiagnozować, a potem leczyć. Zresztą nasz Wet mówił to samo, że jak skończy brać leki, a od czasów pobytu w schronisku ciągle coś brał, to trzeba odczekać i wtedy zobaczyć, co jest.
      I choć mi jednak głupio, że ZMD będzie fundatorem tego przedsięwzięcia, to tak! Chcemy!
      A bazarek będzie mimo wszystko - na ewentualne dalsze leczenie, specjalistyczną karmę, albo zwrot kosztów dla ZMD, które przecież i tak docelowo "wsiąkną" w jakieś potrzebujące bezdomniaki.

      Usuń
  8. Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Dla takich dowodów uznania postaram się robić to częściej :D

      Usuń
  9. Oj psie swetrzasty, a to sobie zafundowalas wymagajacego klienta ;). W razie potrzeby, Gosianka pewnie jeszcze ma mój kontakt...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Leciwa Kochana! Damy radę ;) No nie takie rzeczy my ze szwagrem! ;]

      Usuń