poniedziałek, 7 maja 2018

Mężczyźni w życiu kobiety

Ale zanim do meritum, to tutaj >>>LINK<<< do ważnego i ciekawego posta na blogu Krzyśka Koniecznego, który to wpis część PT Blogoczytaczy mogła przegapić - a szkoda by było.

Poniższe wywody publikuję z pewną taką nieśmiałością, bo to wchodzenie w obszary, po których chyba najlepiej porusza się Czarny(w)Pieprz i kudy mi tam do Pieprza. Ale temat gradacji negatywnych emocji, jakie mężczyzna jest w stanie zafundować kobiecie, zaczął mnie bardzo nurtować, od kiedy zdałam sobie sprawę, co jestem w stanie odpuścić, a za co byłabym skłonna zabić ;)
Podkreślam: odpuścić, a nie wybaczyć i zapomnieć - bo ani ja Chrystus, ani nie mam Alzheimera.
Krewkość mam po przodkach zapisaną w genach, a wiadomo genów kijem nie wybijesz.

Kiedyś trafiłam na taką złotą myśl, że w życiu kobiety musi być trzech mężczyzn, których może ona obdarzyć bezwarunkowym zaufaniem: dentysta (mam - anioł nie człowiek), ginekolog (trwają poszukiwania kandydata) i mechanik samochodowy (też mam - panie Piotrusiu, pozdrawiam!).
I tak sobie myślę w kontekście mojego zwierzyńca, że jeszcze musi być weterynarz. Ba! Nawet przede wszystkim musi być weterynarz!

Taaa... każdego innego łatwo wymienić w sumie.
No bo załóżmy, że nas taki ślubny/nieślubny kantem puścił - proste - nie był idiota wart tego szczęścia, a niechże idzie i szerokiej drogi. Tego kwiatu jest pół światu i jakiś czasoumilacz zawsze się znajdzie.
Zyskujemy przestrzeń życiową i miejsce w szafie.
Jeśli mamy do tego konto bankowe na nasze nazwisko, na którym umieściłyśmy przezornie satysfakcjonującą nas część oszczędności jego życia, to tym bardziej otwieramy mu drzwi na oścież i broń Boże nie zatrzymujemy niewdzięcznika, przemilczając tę drobną kwestię reparacji wojennych.
Jeśli puścił nas kantem z naszą osobistą "przyjaciółką" - a niechże idą oboje w czorty!
Wiadomo, że ta flądra przypali mu nawet wodę na herbatę, jej drożdżowym można gwoździe wbijać, a po bigosie wszyscy lądują na oddziale zatruć - i dobrze mu tak!
Można nawet pokusić się o oddanie naszego przechodzonego i wyjątkowo męczącego egzemplarza w tzw. dobre ręce jakiejś znajomej, namolnej zołzie. Potem zrobić scenę i już! Obydwoje mamy z głowy!
Oczywiście zawsze należy zadbać wcześniej i o byt, i te kilka poręcznych zwitków biletów Narodowego Banku Polskiego w słusznych nominałach na otarcie łez.
(No i co z tego, że łzy raczej nieszczere? Szczere, szczere Taka jest wersja oficjalna i kurczowo się jej trzymamy.)
Gorzej jeśli egzemplarz oddali się nie tylko z "przyjaciółką" latawicą, ale ze srebrnymi łyżeczkami Frageta po babci - wzór irysy - i oszczędnościami NASZEGO życia, choćby i czynionymi z jego pensji.
O, kanalia!
Ale wiadomo, kradzionym się nie utuczy! Nie upasie się na naszej krzywdzie!
Niech ma i niech się udławi!
Zapewne ta wydra wszytko wyda na stroje i kosmetyki!
A najlepiej niech kupi sobie szybki, sportowy samochód i niech się nim zawiną wokół najbliższego drzewa!
(Pomyślny sobie to tak serdecznie, mściwie z głębi trzewi i od razu zrobi nam się lepiej. Wszak nie można tłumić negatywnych emocji. Dalej się sprawą nie katujmy, bo nie warto niszczyć sobie zdrowia dla tych padalców)
To, że ślubny/nieślubny może się okazać być szują, to nic nadzwyczajnego.
Ot statystyczna hipoteza, a nawet aksjomat, rzekłabym nawet.
Najważniejsze to być przygotowanym na taką ewentualność.
Nie duchowo, czy uczuciowo - MATERIALNIE przygotowaną.
Po czym poprawiamy liliowy kapelusz, fryz i mejkap i ruszamy na bal życia, o!
Oczywiście statystycznie jest też możliwe, że akurat nasz egzemplarz jest miłym, domowym, na wskroś porządnym chłopem, zaradnym, troskliwym, przewidującym, zrównoważonym i ...................................... (w miejsce kropek wstaw brakujące wyrazy), a nawet przystojnym i w dodatku trafia brudnymi skarpetami do kosza na pranie.
(No dobra, która trafiła szóstkę w totka? Jakoś nie widać... ale oto jest kilka pomniejszych nagród. Nie jest źle)
Temat związków i rozwiązków tu można uznać za zamknięty.
Wszystko w sumie da radę wpisać w schemat więc nie rozpaczamy, nie żałujemy, nie zatrzymujemy tylko zapobiegawczo lub w odwecie skubiemy, a następnie żyjemy długo i szczęśliwie. The end.

Z ginekologiem czy dentystą sprawa też nie przedstawia się tak tragicznie.
Jeśli podpadnie nam rzecz jasna.
Łatwo toto wymienić na inne, a nawet w takiej wsi na 500 tys. mieszkańców nie jest trudno szepnąć słówko tu i tam, zrobić kilka MERYTORYCZNIE ugruntowanych wpisów na forach internetowych z opiniami o lekarzach i wieść idzie pocztą pantoflową jak lotem błyskawicy obniżając takiemu przychód i dochód. I w ogóle nie jest trudno sprowadzić na delikwenta tzw. pecha. Każda umiarkowanie pomysłowa za to bardzo wkurzona kobieta to potrafi.

Mechanicy samochodowi często posiadają bardzo zazdrosne żony. Jak tak się czasem przyglądam tej grupie zawodowej, to tej żoninej zazdrości nijak nie jestem w stanie pojąć, ale z drugiej strony nie znam stanu wspólnego ich konta i w ogóle nie to ładne, co ładne...
Jednak niech nam taki coś grubo, grubo podpadnie. Głowicę źle splanuje lub zepsuje komputer podpinając pod niewłaściwy program diagnostyczny, przestawi w dieslu ząbki na pompie przy wymianie rozrządu, bo nie użył właściwych blokad, ALBO POPLAMI SMAREM NOWE DYWANIKI, no to chłopak będzie miał ciepło!
Zawsze znamy kogoś, kto zna kogoś, kto zna panią Jadzię z mięsnego, która zna panią Stasię z kiosku, która zna kucharkę ze stołówki w zakładzie pracy najlepszej przyjaciółki żony mechanika. I właśnie ta przyjaciółka, zupełnie przez przypadek, dowie się przy bufecie, że oto mąż jej najlepszej przyjaciółki siedzi w warsztacie po godzinach, bo konserwuje podwozie klientkom.
Po czym z satysfakcją czytamy w lokalnej prasie codziennej o przemocy domowej na ulicy Bławatkowej i poranna kawa od razu lepiej smakuje :)

I dochodzę do wniosku, że najgorzej ma się sprawa z weterynarzem.
No bo jeśli na ten przykład idziemy zatroskane z naszym kotkiem do weterynarza: z naszym ślicznym, puchatym, smukłym koteczkiem, któren właśnie od jakiegoś czasu nie ma apetytu, nos odwraca od polędwicy wołowej i wątróbki z kurcząt ekologicznie hodowanych, z sił opada, przez ręce leci i z osłabienia nawet główki z fotela nie podnosi. Jeśli idziemy po pomoc, ufne jak dzieci, z ukochanym zwierzątkiem, któremu grozi śmierć głodowa na naszych oczach, a słyszymy diagnozę wypowiedzianą pod pozorem troski, że NASZ KOT JEST ZA GRUBY, BO PRZEKARMIONY PO PROSTU, A DO TEGO LENIWY I ROZPASKUDZONY, to przecież się facet tylko o śmierć prosi i językiem sobie grób kopie!!! Nie no! Takiego łajdaka nie można przy życiu pozostawić!
I tu rodzi się prawdziwy problem...

53 komentarze:

  1. Szanuj meza (weterynarza/ginekologa/dentyste) swego, mozesz miec gorszego. Zanim zatem podejmiesz kroki, uprzednio zadbawszy o zabezpieczenie finansowe, zastanow sie sto razy, by nie wspasc z deszczu pod rynne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pantera masz 100% racji. Mój obecny Mężczyzna jest z tych najlepszych, jak i dentysta/mechanik, a zwłaszcza weterynarz. Nasz Wet jest w ogóle the best! Aczkolwiek hipotetycznie wyszło mi, że mniej mnie zaboli jak się chłopu w życiorys zabłąka flądra niż gdy Wet mi mówi, że kota upasłam :)
      A w ogóle rozważania są czysto teoretyczne, gdyż mój związek jest scementowany 25-letnim kredytem ;)

      Usuń
  2. Piesie, bardzo mi się podoba twoje podejście do tematu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :D Wypracowane przez lata na byłym mężu, byłym dentyście, byłym ginekologu i byłym mechaniku samochodowym. Tylko Wet jest niezastąpiony, więc cierpliwie znoszę te afronty, jakoby moje zwierzęta były zatuczone ;)

      Usuń
  3. Pięknie to napisałaś:-) Sama prawda! Miałam kiedyś taki piękny związek z weterynarzem, taką nić porozumienia rozgrzaną do czerwoności...kiedy omawialiśmy jak..a zresztą, zajrzyj w wolnej chwili:
    https://czarnypieprz.blogspot.com/2011/08/antrakt-hardcorowa-historia-z-psem-w.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pieprzu, o Twojej psiej kuracji czytałam już chyba ze sto razy i bawi mnie za każdym razem tak samo! Mam zbyt bujną wyobraźnie chyba :)
      Pies czy kot - nieważne. Ale rozumiesz jak wielowymiarowa i iloma odcieniami emocji nacechowana jest komunikacja z Wetem ;)

      Usuń
  4. Kwestia utuczenia kotecka potrafi byc bardzo nie oczywista, zwlaszcza gdy chodzi o kotecka zabiedzonego. My mamy takiego kotecka, a raczej kotecke, ktora to okazala sie byc w ciazy. Nejpierw wiec jadla bo byla w ciazy, nastepnie jadla bo karmila. I jak tu odmowic? Gdy przyszlo do kastrowania, weterynarz sie skrzywil i zarzadzil diete. Karnie sie zastosowalismy. Po 2 miesiacach wrocilismy na coroczne szczepienia. Przekonani ze kotecka schudla, choc niewiele ale jednak, z szokiem przyjelismy informacje ze przytyla 2 kilo. Przyjazn z naszym wetem zostala powaznie nadwyrezona, kiedy to zaczal nam tlumaczyc co oznacza slowo dieta. Dla uspokojenia, kotecka teraz juz naprawde schudla, bo jednak 12 kilo to troche duzo jak na jedno male zwierzatko. Takze rozumiem jak mozna przeoczyc dozwolony poziom puchatosci kotecka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiedziałam! Nasz Wet się czepia. To ja mam same szczuplutkie kotki - do 7 kg! :)
      Ale doskonale wiesz, co to znaczy musieć głodzić zwierzę, gdy ono TAK PATRZ!

      Usuń
    2. Wlasnie! Patrzy, slania sie na lapkach i slabowito miauczy. No przesz, nic tylko umiera z wyglodzenia. :)))

      Usuń
    3. Siostro! I może nawet sama bym przeszła na dietę, ale jak sobie od pyska odsuwam, to też mam taki wzrok w lustrze, więc jak pies czy kot na mnie takim wzrokiem to ja strasznie miętka się robię.

      Usuń
  5. Dziewczęta, pozwólcie, że odpowiem Wam zbiorowo. Widzę, że wszystkie doskonale rozumiecie mój ból i głębię rozterek weterynaryjnych. Bo przecież ja WIDZĘ zagłodzonego psa/kota siłą grabarzowi spod łopaty wyrwanego zwierzaka, który w dodatku odmawia przyjmowania przeznaczonego dla niego, pełnowartościowego pokarmu i tylko, żeby nie robić mi przykrości skubnie odrobinkę kawioru z jesiotra lub gęsich wątróbek. A ten bezduszny człowiek mówi mi, że ZA GRUBY! Nóż w serce. Kto lepiej niż właściciel (w zasadzie właścicielka i jeszcze pesel musi mieć już taki więcej empatyczny do zwierząt) wie czy zwierzę jest za grube, czy zagłodzone, czy ma apetyt, czy nie?
    Przeżywam to przy każdej wizycie. Nasz Wet wygląda jak zagłodzony chart wyścigowy (biega z resztą w maratonach) i potrafi nas - w sensie moje suczki i mnie - powitać słowami: O, moje ulubione pasztety przyszły!
    Raz tak było, po czym spojrzał na mnie i naszła go refleksja, bo tym razem nie omieszkałam wykorzystać sytuacji:
    Słyszysz Pyza? To o nas, bo Kreska akurat trzyma wagę ;)
    Zaczął się plątać w słowach i gęsto tłumaczyć. miałam ubaw po pachy :D
    Leciałam raz z Groszką niemal na sygnale, bo raz zwymiotowała, nie widziałam żeby jadła od dwóch dni (co nie znaczy, że nie jadła, tylko ja nie widziałam, bo chrupki stoją cały czas w czterech miejscach) i wydaje mi się ciągle, że jest za chuda.
    No i znowu sprzeczka była gotowa, bo Wet sprawnie chwycił kota, podetknął mi pod nos i zaczął potrząsać fałdkami wiszącymi kotce pod brzuchem oraz ugniatać fachowo obfitą szyneczkę.
    -Jak za chuda?! Kolejny zapasiony kot!
    A żeby załagodzić sytuację Junior, syn naszego Weta, również Wet, powiedział ugodowo, że przecież Groszka może być taka bardziej słabowita, bo jak była złapana w piwnicy to był taki mały BADZIEWIAK!
    Rozumiecie? BADZIEWIAK! Miałam mord w oczach.
    No, to teraz wiecie, co ja muszę znosić!

    OdpowiedzUsuń
  6. O jakie piękne imię dla kota - BADZIEWIAK!
    Cudnie napisałaś cały wpis.
    My mamy za grube konie. :-DDD Ale się uczymy powstrzymywać odruchy dobrego serca, bo dla nich to niezdrowo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zlituj się Agniecha! Jak za grube konie? Przecież one są cały czas w ruchu, wybiegane znaczy są, to muszą pojeść, żeby z sił nie opadły. One są po prostu dobrze zbudowane i zadbane.
      Ci weterynarze wszędzie tacy sami! Gdzie ich uczą tego pastwienia się nad zwierzętami? ;)

      Usuń
    2. Moi są w porządku. Jednak. Myślę, że ten mój patykowaty wet po prostu jest zazdrosny bo sam jest za chudy.

      Usuń
    3. Agniecha, coś jest na rzeczy, bo nasz wet wygląda jak kolarz czy inny skoczek narciarski. Chude toto, żylaste, to każde zdrowo wyglądające zwierze musi mu się wydawać grube.

      Usuń
  7. Za gruby kotek?! Przeciez nie ma za grubych kotków, tak samo jak i nie ma za grubych wnuczków ;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda?! No, cieszę się, że mnie rozumiesz!
      Wnuczek, który nie je czas marnuje - to wie każda babcia! :D

      Usuń
    2. Oj tak, moja sie bardzo starala zebym nie zmarnowala ni minuty! A sprytna byla w tym zakresie bestia - wymyslala na poczekaniu hipnotyzujace bajki o pewnym kreciku mieszkajacym nad rzeka oraz dawala mi obiad tylko w miseczkach z obrazkiem na dnie ("Zjedz chociaz tyle, zeby bylo widac caly obrazek"). Efektem byl tak zwany diabel kulisty - na szczescie pózniej z tego wyroslam :)

      A koty to podejrzewam nawet nie wymagaja bajek o kreciku ani talerzyka z obrazkiem. Ewentualnie moze talerzyk z soczystym krecikiem ;)))

      Usuń
    3. Diabeł, Ty wiesz ile trzeba się kota naprosić, żeby kawałek mielonej polędwicy wołowej skubnął?! Zaprawdę nie wiem od czego miałby taki mały kotek utyć. ;)

      Usuń
    4. Uwielbiam patrzeć, jak zwierzęta robią swojemu człowiekowi uprzejmość, że coś lizną z miseczki...

      Usuń
    5. Polędwicy może i tak, ale założę się że do soczystego krecika nie trzebyby namawiać :-)

      Usuń
  8. Ha, to że mnie szczesciara! Konkubenci porzucali mnie masowo, odchodząc do kolegów lub koleżanek, za to tatusia mam weterynarza, że skłonnością do podkarmiznia każdego żywego stworzenia, bo" zabiedzone". Ponieważ nasze psy to zawsze seniorzy po przejsciach, więc konk7benci nie są przydatne do niczego, za to tatuś jak najbardziej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tatuś widać jakiś nietypowy weterynarz, ale to dobrze :)
      Konkubencie, pal ich licho, niech zatruwają życie komu innemu ;)

      Usuń
  9. Czepiają się i tyle!
    Niektóre zwierzęta tyją, bo są miękkie i nie mają ograniczników. Inne nie tyją, bo ich ciało pokryte jest sztywnym opakowaniem. Taki na przykład żółw nie tyje, ale kotek już tak...
    Czy człowiekowi, który jest po weterynarii trzeba tłumaczyć takie podstawy? ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest to jakas koncepcja, a nawet można by się było pokusić o awans na paradygmat naukowy gdyby... gdyby nie udało mi się zapaść moich dwóch żółwi stepowych, że się im ciałko przez skorupkę wylewało :)
      Ale one naprawdę chodziły głodne wg mnie!

      Usuń
    2. Psie, jesteś kandydatką do nagrody Nobla z dziedziny rzeczy niemożliwych! :-)

      Usuń
    3. O raju, nigdy o tym nie pomyslalam, gruby zólw! I co, on sie potem zaczyna dusic w tej skorupce?! Troche to niebezpieczne...
      (dobrze ze nie mam skorupki!)

      Usuń
    4. Miały problemy ze schowaniem głowy i zakrycia jej łapkami... :(
      Ale Dziewczyny, to przecież w sumie nie możliwe! No jak można się upaść surową marchwią, siekaną trawą i listkami mniszka? No dobra, kwiatki mniszka i akacji też dostawały. Ale taka ilość cukru nie mogła im przecież zaszkodzić no nie?

      Usuń
    5. To nie była kwestia nadmiaru kalorii, tylko niedoboru czynnika wzrostu skorupy!
      Żółwiki rosły w dobrym tempie, tylko skorupa za wolno się powiększała!!!

      Czytałaś "Uki włóż"?
      Polecam. Tam ten aspekt omówiony jest bardzo wnikliwie... ;-)

      Usuń
    6. Nie czytałam, ale widzę, że będę musiała przeczytać :)

      Usuń
    7. To jest literatura nieomal poważna ;-)

      Usuń
  10. Dołożyłabym do niezbędnego zestawu osobistego ogrodnika, najlepiej darmowego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogrodnik w życiu kochana to jest wersja premium, ale pomarzyć warto... :D

      Usuń
  11. Ona ma po prostu puszyste futro ;). Na mojego mężczyznę od 15 lat nie mam co marudzić... motocykl sam naprawi i jeszcze mnie poduczy 2 w 1 :D. Do dentystów mam niestety pecha :/.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest właśnie ta pomniejsza nagroda :)

      Usuń
    2. Może ten dentysta, Busiu, jest kobietą? ;-)

      Usuń
    3. kobieta czy mężczyzna... zawsze to samo.. kieszeń pusta i wcale nie jest lepiej :/.

      Usuń
    4. Mnie jednak łatwiej było rozmawiać z panią weterynarz... Nie czułam takiego skrępowania, gdy wyjaśniałam, dlaczego uważam, że świnka nie czuje się dobrze... ;-)

      Usuń
  12. Mężczyzny życia są jak te meble - albo badziew pseudorzemieślniczy, albo nudnawy standard z IKEA, antyk z którym trzeba uważać coby się nie rozpadł, ciężkoużywalny wystylizowany do niemożliwości wyrób designerski, ekologiczny odzysk ( zawsze wymagany dodatkowy recykling ). Najlepszy jest mebelek zaprojektowany przez nas same ale takich cudów nie robio. No i człowiek upycha te sprzęciki po własnym życiu, dziwiąc się że ten niewpasowany ,a temu szuflada nie chodzi a "mniłości życia" to zamek odpadł i politura się wytarła. Taa... ponoć "wszystko" jest kwestią nierealnych oczekiwań ale nad "wszystkim" realnie trza pracować, jak powiedziała jedna znajoma gruba pani zasiadając na plastikowym krzesełku które się z nią tak zrosło że wstając z niego kobita nadal miała siedzisko na tyłku.;-) W dziecinie meblarstwa to ja jestem noga, ani nie zabejcuję ani blatu gwoździem nie przybiję, wygładzanie papierem ściernym odpada a broń boszsz dać mi do ręki szlifierkę. Jedną rzecz jednak robię dobrze - nie składam mebla bo instrukcja jest napisana w obcym dla mnie języku. I cholera, prawie wszystkie mężczyzny mnie w tym miejscu rozumiejo - nie można złożyć bo.... ;-) No ale może przyjedzie Stefan i złoży, albo złożę pojutrze jak wrócę z roboty, albo ekipę zamówię bo co to jest żeby mebla nie składali. No taki ze mnie chłop, he, he, he.
    Co do vetów - nasz ulubiony kiedyś powiedział w eter "osobnik niewytrenowany" a ponieważ wpadłam do niego z tzw. zadyszką i z przemęczoną sunią pod pachą to do dziś nie wiem kogo tak naprawdę miał na myśli. Co do dentysty - zawsze pytał czy mnie ząbek boli akurat w tym momencie kiedy ów napiendralał. Znienawidziłam facia mimo że dobry fachowiec. Co do ginekologa - zmarło mu się a szkoda, facet ukuł medyczny termin "uśmiechnięta pochwa" i był facetem z tzw. starej szkoły ( kupa odzianek ale i odzian szła w jego kondukcie żałobnym )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięknie to napisałaś! Pięknie! Standard IKEA bez polotu za to funkcjonalny dość, choć zwykle cena zawyżone, mnie się najlepiej sprawdzają ekologiczne odzyski - tanie w utrzymaniu i podatne na recykling. Nie daj buk designerskie cudo! Antyk wcześniej czy później wyląduje w składziku, a rzemieślniczy badziew myśli że jest sztuka, choć chałturą bije po oczach.

      Ale w kwestii wetów lub lekarzy - niektórzy są po prostu niezastąpieni i rób co chcesz! Zniesie człowiek nawet najcięższe afronty.

      Usuń
  13. Podpisuje sie wszystkimi lapkami pod Twoimi argumentami :)
    Bardzo niedawno "nabylam" nowego weta, któremu chyba wszystko wybacze, bo takiego egzemplarza nie mozna utracic. Nie dosc, ze moja zolza go z mety nie zezarla, to jeszcze ja pokroil na kawalki i zszyl tak pieknie, ze wyglada jak nowa, a zolza po pobudce nawet sie do niego lasila. Nawet kompletny drenaz mojej kieszeni juz mu darowalam :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobry wet to skarb! Ja do naszego wożę zwierzaki 56 km w jedną stronę. I wozić będę nadal i dalej jeśli zajdzie taka potrzeba. Jak widać efekty, to człowiek płaci i nie płacze.

      Usuń
  14. Wet to mój problem ODWIECZNY. Postać i osoba mężczyzny mego życia, który oddalił się z flądrą, łyżeczkami, a nawet z widelcami i wspólnymi oszczędnościami oraz z zardzewiałą latarnią ogrodową, odeszła w niebyt i nigdy nie była tak dolegliwa jak brak stałego, sensownego weta. Co się do jakiegoś przywiążemy, to się wyprowadza albo odwrotnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życzę Wam zatem jak najszybszego przywabienia i oswojenia jakiegoś sensownego weta :)
      A tak z ciekawości, gdzie osiadła ta egzotyczna para? Ona tu się uczy lepić pierogi, czy on tam kluski z rosołu łowi pałeczkami? Bo szara rzeczywistość szybko ukręca łeb miłości przez kontynenty...

      Usuń
    2. A widelcami to oni se najwyżej oczy powydłubują, o! - pamiętaj, że nie wolno tłamsić negatywnych emocji ;)

      Usuń
  15. Nieno, spoko, niczego nie tłamszę. Nie wiem co se powydłubywali i gdzie (codajbuk), specjalnie nie drążę, ale czasem coś tam do człeka dotrze. Intuicja do mnie cicho rozmawia, że coś nie teges:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No patrz, a to ci niespodzianka ;))) Kto byłby w stanie przewidzieć, że tak to się skończy, hłe, hłe, hłe.
      Że nastolatkom tak odbija to wiadomo, głupie toto i burza hormonów, różowe okulary, zero wiedzy o życiu, ale że dorośli ludzie nie wiedzą tak banalnych rzeczy, to co najmniej zastanawiające

      Usuń
  16. Psie - długo nie pisałaś, ale jak napisałaś to dałaś czadu. :) Tylko, że meritum sprawy gdzieś zaginęło w gąszczu weterynaryjnych problemów. bo meritum to chyba mężczyźni?
    Co do wetów to wam powiem, że fakt oni jacyś chudzi są przeważnie. Ja mam dobra opcję, bo gabinet gdzie chodzę z moimi zwierzętami prowadzi małżeństwo więc mam full pakiet. ;) Oboje chudziny straszne.
    Co do mężczyzn... Psie, chyba nie będę obiektywna, bo niedawno zerwałam więzi, podobno nierozerwalne (kto to powiedział?) I myślę sobie, że wszyscy są do kitu. Ale świętą prawdę napisałaś - potwierdzam - odzyskałam przestrzeń życiową. Nagle przestałam się dusić i uświadomiłam sobie, że moja klaustrofobia wynikała właśnie z braku przestrzeni. Jakie to człowiek radykalne kroki musi czasem podjąć, żeby zrozumieć pewne, wydawałoby się, oczywistości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to meritum zaginęło? - no właśnie jest! O mężczyznach można powiedzieć tylko tyle: dobrze jak są, jak ich nie ma drugie dobrze. To nie dramat. Osiem lat byłam sama (z dzieckiem) i nie planowałam zmieniać tego stanu, ale stan zmienił się sam. Ot tak. Czyli dobrze, że są mężczyźni, z którymi da się bezkolizyjnie żyć, a jeśli się nie da, to trzeba pożegnać bez żalu.
      Ale właśnie weterynarze to jest temat rzeka! A związek z dobrym weterynarzem to temat złożony :)
      Jakoś mi wychodzi, że kobiety w tym zawodzie są bardzo stroboskopowe - brakuje im dystansu, takiej spokojnej pewności działań, a urodzenie dziecka w odpowiednim wieku jest dla nich po prostu zabiegiem higieny psychicznej - sorry - inaczej im lekko odbija. Oczywiście można się ze mną nie zgodzić, ale jest to moja subiektywna ocena na podstawie długoletnich obserwacji i własnych doświadczeń.

      Usuń
    2. Ale wiesz co? Jak tak się zastanawiam teraz to zawsze moim weterynarzem, tzn. moich zwierząt ;), był mężczyzna. Raz byłam u kobiety i mi pasa zabiła. :( Teraz jak chodzę do tej mojej pary to zawsze staram się iść jak jest facet. Ale nie wiedziałam, że niemoc weterynarzy-kobiet ma coś wspólnego z ich biologią.

      Usuń
    3. Wydaje mi się, że ma. Przenoszą uczucia na zwierzęta, ale w taki antropomorficzny sposób, a tak o zwierzaku myśleć nie wolno. One nie myślą przyczynowo-skutkowo i dopasowują się do obecnej sytuacji i trzeba sprawić, żeby sytuacja była dla nich komfortowa. Na przykład podjąć szybą decyzję o amputacji łapy, a nie męczyć kota półdzikiego zaznaczam, przez rok nowymi kuracjami cud, zastrzykami z antybiotyku gdy kot sobie rozwalał łapę - a rozwalał. Dodam, że kot przez ten czas był trzymany w klatce kenelowej przez "miłośniczkę" kotów i leczony przez panią wet. Kot, który po amputacji odżył w ciągu miesiąca i wrócił do normalnego życia. To samo miałam, gdy podjęłam decyzję o uśpieniu psa. Trudna decyzja dla każdego właściciela i jeśli zwierzę jest nieuleczalnie chore to nie jest czas na dyskusje z właścicielem, wzbudzanie poczucia winy i wciskanie kuracji, która w rzeczywistości jest uporczywą terapią i podtrzymywaniem przy życiu, którego jakość jest tragiczna.
      Mój Wet owszem, nie zgodził się na uśpienie facetowi psa, ale było to zwierzę młode i miało połamaną łapę, która się nie goiła. Czyli po amputacji pies śmiga i właściciel się nawrócił.
      Ale kiedyś mi powiedział, że nie sztuka dośpić zwierzę w agonii. Sztuką jest podjęcie decyzji o uśpieniu ZANIM przyjdzie ból i cierpienie i jest to indywidualna relacja między właścicielem a zwierzęciem. Pomógł odejść mojemu Bazylowi, gdy nie było już dla niego ratunku ;(
      Takie są moje doświadczenia.

      Usuń
  17. To ciekawe, co piszesz. Z naszym bokserem to było tak, że spuchł strasznie, tzn. z góry jak na niego patrzyłam był gruby, to stało się nagle. Poszłam z nim do znajomej pani weterynarz, i to był mój błąd. Było tak jak piszesz. Zamiast wysłać mnie w te pędy na prześwietlenie to ona jakieś zastrzyki mu dawała i męczył się jeszcze do rana. Umarł dosłownie na moich rękach. Wysłaliśmy go na sekcję, bo byliśmy ciekawi, co się właściwie stało. Okazało się, że pękł mu żołądek i że był do odratowania. Po prostu trzeba było natychmiast operować. Wtedy ja też jakoś inaczej myślałam, to było bardzo dawno temu, ponad 20 lat. Mieliśmy potem różne "substytuty" psa, między innymi szczury. Szczur zachorował, bardzo źle wyglądał, nie pytaj mnie dlaczego zadzwoniłam znowu do niej, bo głupia byłam, że przyjdę ze szczurem, żeby go uśpiła. Poszedł mąż, i przyniósł szczura z powrotem mówiąc, że nic mu nie jest. Zapisała antybiotyk, szczur umarł, znowu na moich rękach, w trakcie dawania mu tego zasranego antybiotyku. I to się stało zaraz po powrocie od tej pani weterynarz. Więcej do niej nie poszłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci współczuję takich traum. Stracić zwierzę, a potem się dowiedzieć, że można je było uratować. A 20 lat temu już była porządna diagnostyka i douczeni weterynarze też byli.
      To, co teraz napiszę, będzie bardzo niepopularne i "zacofane". Jestem kobietą, jestem biologiem z wykształcenia i biorę za te słowa całkowitą odpowiedzialność. Różnica między płciami istnieje i żadne gender tego nie zmieni. I choć wyjątki się zdarzają - ok - to generalia są takie, że mężczyźni myślą syntetycznie, a kobiety szczegółowo i dlatego w życiowych rolach zwykle się dopełniamy. Dlatego inżynierami, którzy budują mosty i drapacze chmur zwykle są mężczyźni, a pielęgniarkami i opiekunkami do dzieci, wyczulonymi na różne subtelne symptomy są zazwyczaj kobiety. I żadne parytety tego nie zmienią. Dlatego w trudnych przypadkach medycznych i weterynaryjnych lepiej sprawdzają się mężczyźni. W cierpliwej, długotrwałej opiece nad pacjentem ludzkim lub zwierzęcym - kobiety. Owszem, znam wyjątki. Mój syn miał w przedszkolu pana Grzesia przedszkolanka - nadal pracuje w tym przedszkolu - i był super, choć miał zdecydowanie inne podejście do dzieci niż panie przedszkolanki; oraz we Wrocławiu jest pani wet specjalistka od kotów, okropna baba w kontaktach międzyludzkich ale świetny weterynarz. Jednak nadal uważam, że są to wyjątki.

      Usuń