poniedziałek, 3 grudnia 2018

Nie myśl! Jeśli myślisz, to nie mów.

Jeśli mówisz, to nie pisz.
Jeśli piszesz, to nie podpisuj.
A jak myślisz, mówisz, piszesz i podpisujesz - to się nie dziw!

Znacie to, prawda? Bo to stare jak świat.
Otóż nigdy nie doszłam w swych działaniach do samiutkiego końca.
Wystarczyło mi pomyśleć - fakt, głośno tym razem pomyślałam - żeby od razu dostać od życia z liścia w potylicę na otrzeźwienie.
Otóż ci z PT Blogoczytaczy, którzy mnie trochę znają w realu, wiedzą, że choć oto nie zabiegam, choć unikam jak mogę i nie wyrażam zgody, choć nie jest to zgodne z moją naturą to mój żywot marny wygląda niczym jazda z figurami po torze bobslejowym.
Szanowni Państwo sobie zrobią herbaty i kanapek, zasiędą wygodnie i oddadzą się przydługiej lekturze. A na koniec może ten i ów łzę uroni nad ciężkim mym losem (a nie, że będzie mi tu jeden z drugim wył ze śmiechu!).



Otóż był piękny, ciepły słoneczny dzionek w drugiej połowie sierpnia. Wylazłam jak co rano z wiadrem suchej karmy i miseczkami mokrej, by nakarmić zewnętrzne kocie towarzystwo. Koty wewnętrzne były już napasione, Kreska zapchana pasztetem z lekami, obie psice po śniadanku. Luz blues. I tak sobie pomyślałam, że teraz to już.
Kotostwo i psiostwo ogarnięte, dom ogarnięty (tym rozrywkom oddawałam się w pierwszej części urlopu), ogród ogarnięty bardziej nie będzie, bo susza - czyli jest to mój czas!
Wreszcie! Zabiorę się za swoje nowe pomysły, bo aż mnie całe jestestwo świerzbiło, żeby zrealizować to coś, com sobie umyśliła (nadal się staram i nie zamierzam odpuścić!).
No i widać za głośno pomyślałam.

Bomba w górę!
Już wieczorem tego samego dnia Sprzączka, która rano wyglądała jak okaz zdrowia, miała rozwalone oko. Wyglądało to jakby tego oka nie miała! Strasznie po prostu. Złapałam tę dziką dzicz i zamknęłam w kociej łazience, żeby udać się następnego dnia z kocicą do schroniska, do wetów.
Bo jakby wymagała hospitalizacji, to by w schronie została na czas leczenia.
Szczęściem okazało się, że to tylko Kapsel w braterskiej wymianie zdań przeciął jej pazurem trzecią powiekę, ale gruczoły są nieuszkodzone więc skończyło się tylko na lekach. Uff!



W następnych dniach koci exodus nabrał rumieńców, o czym było wcześniej. Czyli pojawił się Klops (słoneczko jedyne, taka jego mamusia!), Lord, Jean Paul i Łatek. Czyli zaczęła się kocia przygoda na maksa.
Na domiar złego okoliczności życiowe sprawiły, że poziom adrenaliny i kortyzolu rósł i konieczna była porada prawna, żebym się dowiedziała na czym ja stoję.
Tak poznałam absolutnie cudowną Panią Anię.

Urlop mi się kończył, co było przykre, ale urlop Mężczyzny właśnie się zaczynał, co było tragiczne w skutkach. Odfajkujemy najsampierw Mężczyznę, ale bacz drogi Blogoczytaczu, że opisywane wydarzenia wszelkie dzieją w jednym czasie, więc rzeczywistość kocia, domowo-mężczyźniana i moja pracowa nakładają się i mieszają jak w tyglu.

Otóż Mężczyznę mam budowlańca. Rasowego. Z wykształcenia i zamiłowania. Nie bladego informatyka ze spastyką górnych kończyn i denkami od musztardówek na nosie; nie obrastającego kurzem po archiwach historyka, nie! Budowlańca z niezaleczonym ADHD! Potencjalnego pracownika roku i wszechczasów firmy SKANSKA (może go sobie kiedyś wezmą?). Mając calutki miesiąc urlopu moje Szczęście Najdroższe zaplanowało sobie rozkosznie prace na pół roku dla dwunastoosobowej ekipy silnych byków. Równocześnie ruszyły prace wymiany rynien dookoła domu, wymiany pieca i części instalacji CO (no wiecie, rycie podłóg, ścian, lutowanie rurek, montaż nowych grzejników, nowy wkład do komina, nowy szyb wentylacyjny, żeby piec mógł zasysać powietrze etc.), oraz dogłębnego remontu balkonu nad gankiem. O ile rynny mogły spokojnie poczekać do wiosny, to CO czekać nie mogło - i te prace starczyłyby Mężczyźnie aż nadto. Posadzka na balkonie też jakoś by wytrzymała, choć spadek zamiast na zewnątrz do rynny był w kierunku ściany budynku i drzwi balkonowych, przez co woda deszczowa lała nam się równo na dole do mieszkania dokładnie nad drzwiami ganku. Barierki na balkonie też okazały się być umowne i dobrze, że nikt się o nie nie opierał. Ale to mogło poczekać! Oczywiście tyrając 24/7 Mężczyzna się pouszkadzał zdrowotnie - co było do przewidzenia - i skończyło się ciężką awanturą.
Ten facet nie ma wyłącznika. Wyhamował dopiero wtedy, gdy zagroziłam wystawieniem domu na sprzedaż, bo jak mi Mężczyzna wyląduje na wózku inwalidzkim, to ja go i tak nie dam rady po tej wielkiej chałupie na rękach po schodach nosić. Razem z naszą nieocenioną panią doktór Anetą (Boże prostuj wszystkie kręte ścieżki tej złotej kobiecie!) udało nam się nieco chłopa spacyfikować, choć do dzisiaj nie raczył się nawet zarejestrować na tomografię i nie przyjął skierowania do szpitala na operację - dla niego są pilniejsze sprawy niż własne zdrowie. Dr Aneta wyjaśniła mi, że w sumie to walczę z wiatrakami, bo Mężczyzna jest stuknięty. W sensie dosłownym trzy lata temu przez BMW, co mu zostało w postaci potrzeby sprawstwa. Czyli włącza mu się opcja wykonywania czynności, na które ma wpływ, bo na swój wypadek wpływu nie miał. A ja wpływu to już zupełnie na nic nie mam.
No to zrywał, skuwał, montował, lutował, wiercił, spawał, osadzał, wieszał, regulował, kładł zaprawę, lał wylewki, uszczelniał - rozwalił sobie kolana, łeb (łom mu odskoczył), nie dosypiał, nie dojadał, a na koniec wzrosła nam pobożność, bo próbowaliśmy nie wylecieć z naszym nowym domem i zwierzyńcem w powietrze. I nie jest to eufemizm, o czym za chwilę.
Napomknę tylko, że nawet krasnoludki się wyprowadziły z tego placu budowy, głośno trzaskając drzwiami na odchodnym, więc po tym całym tajfunie musiałam posprzątać sama. Ponieważ w domu chwili spokoju nie było, nawet koty i psy wyniosły się z domu i zaglądały do niego gdy musiały.

Nasza toaleta przypomina główną sterownię StarTreka 

W tymże czasie ja wróciłam do pracy, gdzie panuje histeria i totalna degrengolada w związku z nową ustawą i kompletną reorganizacją - w szczegóły nie warto się wdawać, bo nie będę stawać w szranki z Sienkiewiczem i jego Trylogią lub innymi Chłopami Reymonta. Teraz przynajmniej moja sytuacja się wyjaśniła na tyle, że wreszcie mogłam zmienić stanowisko, na jakim jestem zatrudniona (na co od dwóch lat nie było zgody) oraz formę zatrudnienia. Ogólnie w ostatnich dniach sytuacja mojej skromnej osoby się wyklarowała i poprawiła, co przyjęłam z ulgą. Ale nerwy były okrutne.
Wokół mnie nadal szaleje totalna trąba powietrzna, choć w zasadzie wszyscy zaczynają sobie zdawać sprawę, że jest to tylko gównoburza, po której nastąpi faza odstojnika, po czym wszystko wróci do normy. Czyli jak mówi nasza cudowna pani sekretarka, mądra, życiowa kobieta, znowu ci sami będą najbliżej choinki ;)

To teraz czas odpracować sprawy kocie.
Kolejne wyrzucone wakacyjne koty spędzały mi sen z powiek.
Lord został szybko zarezerwowany przez wspaniały dom, ale do odbioru we wrześniu. Dobra nasza, grunt że jest dobry dom.
Pani Ania, wspaniała prawniczka i kociopsiolubna istota nie chciała przyjąć honorarium za poradę. Żeby jednak porada była skuteczna uiścić trzeba - kazała mi zatem wpłacić pieniądz na jakiś zbożny ludzki lub zwierzęcy cel, a że rozmawiałyśmy tylko telefonicznie ni z gruszki ni z pietruszki wypaliłam:
- A nie potrzebuje Pani kota?
- Owszem. Dwóch.
Upewniłam się, czy aby dobrze słyszę! Uzgodniłyśmy, że Pani Ania, która tego roku straciła po latach oba swoje koty, weźmie Kapsla i Sprzączkę.
Kapsla trzeba było wykastrować, oba trzeba było zaszczepić i ogólnie "zrobić" do adopcji.
Początki tej dwójki w kociej łazience były słodkie, ale po kilku dniach się zaczęło. Mimo obroży z feromonami i feliwaya towarzystwo zaczęło wariować, a w końcu z łazienki zwiało. Zastanawialiśmy się jak. Sprawa się wyjaśniła kiedy obserwowaliśmy drzwi łazienki - z szybą - stojąc na zewnątrz. Te wściekłe bure mikrokoty właziły na drewniane drzwi i futrynę niczym małpy na palmę, stawały na klamkę i wio na wolność!











 

Sprzączka pojechała do adopcji, a Kapsel zwiał i zaszył się koci idiota w stodole sąsiadki, skąd nie mógł wyjść. Stodoła wielka, poniemiecka, murowana na trzy cegły, z wielkimi jeżdżącymi na metalowych kołach wrotami. Jednym słowem pancerna. I byłby tam dokończył żywota, bo przez otwierane drzwi też bał się prysnąć w takim był stresie. Wrzeszczał po nocach, a za dnia nie dawał się ze stodoły wypłoszyć. Trzy dni trwało uwalnianie tego dzikusa. Sąsiadka, starsza i schorowana samotna osoba, ofiarnie latała świtem i po zmroku otwierać wrota, wstawiała histerykowi miski z wodą i z karmą. Po trzech dniach tych rytualnych tańców udało się wywabić sierściucha. Odetchnęłyśmy z ulgą, pani Tereska zamknęła stodołę i poszła spać i wtedy rozległo się ze stodoły rozpaczliwe miauczenie. O-rzesz-ku! Tym razem na wymianę wlazła tam Bura. Kolejna odważna inaczej. Starczyło dwa dni wachlowania wrotami, żeby kocica była uprzejma wyleźć. Od tego czasu stodoła jest zamknięta na głucho.
Sprzączka w nowym domu, w którym zwierzętom ptasiego mleka nie brakuje, a nawet śmietany, spanikowała zupełnie.


Po tygodniu uznałyśmy z Panią Anią, że sensu to nie ma i kocica wraca na swój teren, a na jej miejsce dom wygrał Łatek (bo Jean Paul akuratnie był na gigancie). Dla doradców, którzy w komentarzach mi napiszą, że za szybko się ze Sprzączką poddałyśmy przypomnę, że ja musiałam czekać na możliwość dotknięcia tej kotki prawie rok! A pod bokiem miałam do zagospodarowania trzy piękne, wyrzucone domowe koty.
No to ruszyła akcja Łatek/Lord. Zabranie do domu, odrobaczanie, kastracja, książeczki itd.



 





 


Zaczniemy od Łatka.
Kocur jest urody dyskusyjnej, biało bury ze zdeformowanym uchem, ale uroku nieprzeciętnego. Taki koci Jack Nicholson ;)
Niestety bał się panicznie psów i mężczyzn. Niezrażona tym Pani Ania wzięła kocura do siebie, gdzie w domu ma absolutnie fantastyczną, spokojną i zrównoważoną suczkę Tosię i męża.
Już drugiego dnia pobytu ŁatKot (bo tak się teraz zwie) zrzucił połowę kwiatów z parapetu i oprotestował psa lejąc gdzie popadnie. To łaciate bydle usiłowało Tosię wysiusiać z domu, lejąc jej na legowisko i do misek. Święty pies i personel wytrzymali, jednak w obliczu jawnych żądań wypuścili kota na dwór. Kot wziął gumno w posiadanie, zaordynował sobie legowiska z kocy na tarasie, miski i inne dobra. Codziennie wraca na przynależną mu porcję pieszczot - dostaję gigabajty nieprzyzwoitych kocich zdjęć - sute michy i grzanie ogona na fotelach. Cierpliwa Tosieńka oswoiła ŁatKota i teraz witają się równie czule co z Panią Anią. Z Panem Maćkiem też się futrzak musiał przeprosić, bo innego chętnego na odźwiernego o 2.00 w nocy nie ma. Tylko Pan Maciek ofiarnie reaguje na kocie wrzaski.
Ponieważ ŁatKot wie, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ, wyruszył na podbój okolicy i przepadł na trzy dni. Nawrócił się kot marnotrawny po tym czasie na pieszczoty i głaski, ale nie na jedzenie! Przylazł bowiem nażarty do wypęku i mamy podejrzenia, że znalazł sobie alternatywne dozowniki kociej karmy. Potrafi oczarować jak mało który. Ma zadatki na kota wielorodzinnego, choć od tego czasu już się tak nie oddala i coraz więcej czasu spędza w domu. Nic dziwnego - temperatury spadają, a testosteron z niego odparowuje i szwendactwo nawykowe mu się wyłącza.










Pani Ania witana po powrocie do domu:



Lorda i Łatka na kastrację wiozłam w poniedziałek rano. Plan był taki, że Łatka oddam Pani Ani, a sama z Lordem wyruszę za Kraków, do jego nowego domu w piątek (byłam na L-4, bo gardło mi wysiadło w klimatyzowanych salach wykładowych). Zaproszona zostałam na wywczas do poniedziałku (w poniedziałek nie mam zajęć). Przez blisko 4 dni chciano się mną troskliwie zajmować, karmić, głaskać i dać się wyspać! Tiaaaaa.
Z niedzieli na poniedziałek Klopsa nie było w domu, a rano przywlókł się, a tylna łapa dyndała mu  całkowicie bezwładna. Zaszył się obolały w kocim domku i nie chciał nic jeść.
Za telefon i do NNNŚ Weta umówić wizytę na wieczór.
Biegiem chwyciłam za kontenery z Lordem i Łatkiem, pełnym gazem do lecznicy, gdzie miały talonowe kastracje dzięki Kasi (dzięki Kasia!) (Jeśli ktoś śledzi poczynania Gosianki, to jest to ta sama Kasia, która tam występuje - człowiek do zadań specjalnych i potencjalnie niemożliwych), biegusiem do pracy, biegusiem po kocury (już byłe kocury), biegusiem do domu, na sygnale do NNNŚ Weta.
Klops wpadł pod samochód! Miał wiele szczęścia, bo odłamana była tylko główka kości udowej z prawej strony i lekko przemieszczone kręgi, co wróci (lub już wróciło na miejsce). Jednak obrzęk nie pozwalał na natychmiastową operację i trzeba było smarkacza przetrzymać w kenelu do piątku.
No to sobie pojechałam na wywczas.
Ponieważ Łatek z Lordem nie mogli siedzieć razem Pani Ania ofiarnie wzięła Łatka już we wtorek, a ja zabrałam Sprzączkę z powrotem.
Dzikuska już pierwszej nocy wlazła do domu i leżała na legowisku przy moim łóżku. Gapiła się na mnie z wyrzutem. Ja tu sobie poleżę, żeby ci było miło, ale łapy trzymaj przy sobie!




W piątek Klops miał usuniętą główkę kości udowej i teraz ma tzw. staw wolny. Strasznie to początkowo wyglądało i nawet przez chwilę zwątpiłam w naszego Weta, ale potem sprawdziłam, że tak ma być i teraz jest z kotem wszystko dobrze.
Tutaj filmik na czym operacja ta polega:


W sobotę ruszyłam moim resoraczkiem w podróż ahoj! cygańska ballado drogami krajowymi przez pół Polski, zabierając ze sobą Gucia. Gucio to mały cziłałek, który był na tymczasie u Kasi i potrzebował podrzucenia do nowego cziłałkowego domu na Górny Śląsk.
Gucio jest mniejszy od Lorda, więc jechał w mniejszym kontenerku, a na mój widok zsiusiał się ze strachu (proszę nie wyciągać pochopnych wniosków!).


Odbiór Gucia :)



Sobota minęła uroczo. Mieliśmy plany na leniwą niedzielę, ale rano dostała sms-a: Chyba jestem chory. No to w samochód i do domu, bo jak Mężczyzna artykułuje przypuszczenie, że może być chory, to znaczy, że z nim źle. A czasowo właśnie był w apogeum remontu. I tyle z mojego wywczasu.

Lord trafił do cudownego domu, z którego w przeciwieństwie do ŁatKota nie zamierzał nawet nosa wysuwać, choć drzwi stały czasem otworem dla dwójki tamtejszych kocich rezydentów. Lordzisko pełne wdzięku, ciepłe, mrukliwe kocisko zaczarowało swój nowy personel raz dwa. Najmłodszy z rodziny ze względu na przytulaśność ochrzcił Lorda imieniem Nenuś, co się od razu przyjęło.
Sielanka trwała miesiąc z okładem. Pewnego ranka Nenuś był smutny i bez apetytu. Zimniutki i słabszy. Mruczenie się zrobiło jakby charkotliwe. Personel chwycił za telefon i wyciągnął wetów z pościeli. Wet w samochód, personel z kotem w samochód - start na sygnale jedni i drudzy, meta w lecznicy, a Nenuś coraz gorzej. Miał biduś wodę w płucach i 32 stopnie tylko. Ogrzewali na macie, podawali leki lecz o 15.00 Nenuś odszedł... Nawet nie miał dwóch lat.
Żałoba po Nenusiu jest okropna! Najmłodszy wciąż się pyta kiedy Nenuś wróci od pana doktora. Personel ma moralniaka, że zaniedbali, że nie stanęli na wysokości zadania (chyba także mają jakieś irracjonalne poczucie winy w stosunku do mnie). Ja mam moralniaka, że dałam ludziom chorego kota. Niestety niewydolność oddechowo-krążeniowa jest dość częstym powodem śmierci młodych kotów, które miały ciężkie i głodne dzieciństwo. Jeśli brakowało składników odżywczych w kluczowym momencie rozwoju, pojawiają się wady rozwojowe serca. To jak z budową domu. Jeśli brakuje kasy i fundament jest słaby potem można nawet i ze złotych cegieł budować - i tak się zawali.
Nikt tu nie zawinił. Wszyscy starali się Lordowi/Nenusiowi nieba przychylić i na pewno prosto do nieba pobiegł przez Tęczowy Most.



Operacja Klopsa się udała. Musiał jeszcze dwa tygodnie spędzić w klatce kenelowej, gdzie wszyscy przychodzili go pocieszać i się z nim bawić. Co wieczór przychodziła Sprzączka i turlali sobie przez kraty świecącą piłeczkę. Potem kolejne dwa tygodnie spędził zamknięty w pokoju, bo nadal musiał mieć ten wariat ograniczony ruch. Zamknięcie w klatce i w pokoju Klopsior przypłacił depresją. Serce mi się krajało, gdy na to patrzyłam i nie miałam mu jak wytłumaczyć, że to tylko na chwilę. Trzymanie młodych, żywych kotów w klatce, jak to się dzieje w wielu fundacjach, w moich oczach jest po prostu znęcaniem się.



















Mogę się domyślać dlaczego ktoś się pozbył tego małego kociego popaprańca, zwłaszcza jeśli miał go w małym mieszkaniu. Choć oczywiście sposób pozbycia się kota był karygodny. Otóż okazuje się, że Klops jest w stanie roznieść dom od dachu po fundamenty. Dom mam wielki, ogród olbrzymi ale to i tak za mało przestrzeni dla tego elektrona. Fruwały mi kwiatki z parapetów, garnki z kuchenki, rolety z okien. Ściągaliśmy go ze wszystkich drzew w ogrodzie. Kocha dzikie zabawy i symulowane ataki. Tylko Tusiek jeszcze jakoś to wytrzymuje. Na zdjęciach powyżej szaleństwo w pozycji horyzontalnej, bo po operacji nie stawał na chorą łapkę - Klopsior mordował poduszeczkę z kocimiętką.

Przy czym cały czas jest to eksplozja rozmruczanej radości.

Uwziął się na mnie, gdy się rano ubieram. Znacie to - człowiek wie, że już jest spóźniony, mozolnie wciąga rajty, które wespół z tuszą stawiają opór. Wałki rajtuzów i sadła współpracują ze sobą ściśle, żeby życie kobiety nie było zbyt proste. Wreszcie udaje się wciągnąć jeden rajtuz na połowę jestestwa i wtedy wpada do pokoju mała rozmruczana torpeda i natychmiast atakuje naciągnięty rajtuz/dyndający pusty rajtuz - dowolnie. Zęby i pazury testują wytrzymałość dzianiny, co to ona nie puszcza oczek. Ano nie puszcza, od razu drze się w serpentyny!
Tutaj symulacja na przykładzie wkładania spodni od dresu - Mężczyzna chciał się przyodziać...





 Polowanie na moje stopy:



i atak z partyzanta na pleckach spod kanapy:


Najświeższe atrakcje wyglądały tak:
Niedzielny poranek 2. grudnia. Mrozik. Nakarmiłam towarzystwo wszelkie i cucę się w kuchni kawą. Przez okno widzę, jak świeżo ozdrowiały ale wciąż kulawy połamaniec zasuwa po szczycie oblodzonego dachu garażu. Wyobraźnia podpowiada dalszy scenariusz i wysokość rachunku u Weta. O-rzesz-ku!
W biegu zmieniam rozdeptane kapcie na gnojoskoki z futrzaną onucką i ślizgiem (dosłownie) pokonuję schody, robię kilka wdzięcznych piruetów na polbruku i dopadam garażu. Mały koci popapraniec tańczy na dachu i wyje. Do rynny dosięgam, ale smark boi się do mnie zjechać.
Biegusiem wracam do domu po drabinkę gospodarczą. Przystawiam, wdrapuję się na sam szczyt drabinki - uważaj Czytelniku: puszysta ja, w puszystej polarowej pidżamie, okutana puszystym kudłatym szlafroczkiem do samej ziemi, obuta w gnojoskoki z futerkiem podskakuję niebezpiecznie na ostatnim stopniu drabinki - nie sięgam jednak szczytu dachu, a mały koci [...] drze się i się ślizga, ale boi się zsunąć te pół metra w moje wyciągnięte ręce. Złażę z drabinki i lecę po deskę do drewutni. Przestawiam drabinkę bliżej szczytu dachu, wdrapuję się przedzierając się przez gałęzie jabłonki. Stojąc na ostatnim stopniu drabinki i trzymając się jedną ręką ściany dla utrzymania równowagi, zahaczam jeden koniec deski o gałęzie jabłonki i trzymając deskę od dołu czubkami palców lewej dłoni, unoszę ją ponad głowę w kierunku szczytu dachu, modląc się, żeby deska/dłoń/drabinka wytrzymały ciężar skaczącego kota. Klopsior przeskakuje po desce na jabłonkę. Złażę. Przestawiam drabinkę bliżej pnia. Znowu się wdrapuję plącząc się w za długim szlafroku i ślizgając na metalowych stopniach drabinki. Łapię to rozwrzeszczane bydlę za kark i ściągam z drzewa. Puszczam wolno, żeby mnie nie korciło kark mu skręcić. Taszczę drabinkę do domu tańcząc na oblodzonym polbruku i ślizgając się na schodach (kafle musimy wymienić zanim ktoś z nas zęby straci). Jest 7.18 kiedy siedzę w kuchni i piję zimną kawę.

Na gumnie pozostał jeszcze Jean Paul, który nie znalazł domu chętnego do adopcji. A szkoda, bo to złoty kot. Pieszczoch i gaduła. Codziennie mamy sesje drapanka i głasków po brzuszku. Jest niewykastrowany, bo po kastracji musiałabym go wziąć na kilka dni do domu. A potem co? Z powrotem wyrzucić na podwórko? Żyje w stadzie, odkarmiony i kulisty jak pozostałe. Wszystkie teraz wyglądają puchato jak koty husky, ale pod puchatym futerkiem jest puchate sadełko. Jak ktoś chce ślicznego, pieszczotliwego kocurka do domu wychodzącego, to chętnie służę.








Tobi też znalazł dom. Fajny. Fajna młoda rodzina z dzieckiem i drugim psiakiem, adoptowanym z fundacji. Wszystko się potwierdziło. Tobi to cudowny wielki przytulak, bez cienia agresji. Dostawałam zdjęcia, jak o połowę mniejszy od Tobiego Karolek siedzi na psie i turla się po nim, a Tobi jest przeszczęśliwy. Niestety Tobi wrócił z adopcji. Pani Wiesia zapomniała napomknąć, że Tobi zwiewa, a potrafi pokonać każde ogrodzenie. Był wybiegany, wyspacerowany, a i tak zwiewał! Może to byłoby do ogarnięcia, ale okazało się, że Tobi jest miłośnikiem drobiu. Niestety nie ogranicza się do obserwacji i kontemplowania zachowań kur. Wydusił kury nowej rodziny - rodzina przebolała i zrezygnowała z hodowli drobiu. Niestety na swoich wyprawach Tobi odkrył kurniki sąsiadów.... Ech.
Tobi znowu jest do adopcji. Tylko kto go weźmie?




 


No i jeszcze wisienka na torcie. Zagrożenie wybuchem.
Otóż do rozruchu nowego pieca gazowego przyjechał serwis. Pan sprawdził instalację pieca i szczelność i.... Nasz poprzednik, który był kutwa i niedbaluch, przez 20 lat nie wziął nikogo do sprawdzenia szczelności instalacji! Mało tego. Uznał, że firma, która montowała butlę chce za drogo i wziął jakiś grzebków do zrobienia instalacji od butli do domu. W domu był wyciek w kilku miejscach, w tym w WC gdzie jest piec ale nie ma np. okna. Stary piec się włączał jak junkers i zapalał się płomień. Pan powiedział, że mieliśmy dużo szczęścia! To Mężczyzna w trybie natychmiastowym naprawił sam. Gorzej było jednak na zewnątrz. W skrzynce rewizyjnej z zaworami i membraną gaz się po prostu lał! Zawory były nieszczelne i zapieczone. Zawezwany pan z serwisu aż się spocił gdy to zobaczył! Gaz wciekał nam między mury a ocieplenie - czyli jedna ściana domu była po prostu jak bomba! Pan się ucieszył, że nikt z nas nie pali, ale nawet zabronił nam parkować na podwórku, żeby nie poszła iskra od zapłonu. Potrzebował kilku dni na zorganizowanie całego sprzętu potrzebnego do naprawy. Ponieważ nie można było zupełnie zakręcić gazu, musiał przywieźć butlę z ciekłym azotem do oziębienia, żeby to, co będzie w rurze, nie wybuchło, gdy będzie wycinał zawory i membranę. Cztery dni żyliśmy ze świadomością, że możemy wylecieć w powietrze w każdej chwili. Parkowaliśmy na parkingu przed kościołem po drugiej stronie ulicy, w nocy męczyły nas koszmary. Ale wszystko się ładnie udało wymienić.

Teraz zostały już tylko drobiazgi. Ot leczenie przyzębia u Jojo i fali kocich biegunek - jakaś kocia jelitówka nam się przyplątała. Do opanowania nifuroksazydem, więc luzik. Kreska się naprzykrzała Pyzie i ma teraz uszy wygryzione w angielską koronkę.
Dwa dni bandażowania do góry i jest git.




Po tych jakże ekscytujących niemal trzech miesiącach w końcu i moje zdrowie odmówiło dalszej współpracy. Posypałam się po całości i dopadli mnie lekarze specjalności wszelkich (jak mawiał mój były szef: od gardzieli do pierdzieli). Cóż, trochę się zmartwiłam, bo i cieszyć się nie ma czym, ale to jeszcze nie teraz Kochani. Kwiaty teraz drogie i z wieńcem nie trzeba się spieszyć ;)
W sumie po pierwszym zmartwieniu przyszła fala rzetelnego wścieku! Otóż czułam się zdecydowanie zdrowsza ZANIM trafiłam do lekarzy! Oni zawsze coś człowiekowi znajdą, a podejrzewam, że i wmówią.
Mimo wszystko okres pozostały do Świąt (które u mnie, więc muszę to jakoś przygotować) zamierzam spędzić bez większych fajerwerków i biada temu, kto tym razem pokrzyżuje moje plany!

A oto Farczek. Jakby ktoś chciał takiego samego to Jean Paul poleca się do adopcji ;)

Tak było:































Tak jest:












P.S.
Właśnie Groszka postanowiła zacząć niedomagać...

Apdejcik:
1. W związku z licznymi zapytaniami dlaczego osobiście i będąc w stroju niedbałym uprawiałam ekwilibrystykę na drabince zamiast poderwać do działania Mężczyznę 196 cm wzrostu, odpowiadam:
Po wielu interwencjach i ściąganiu czarnej cholery z różnych wysokich obiektów, Mężczyzna zapowiedział, że następnym razem ściągnie na dół tego kociegosyna za pomocą wiatrówki.
I to był właśnie ten następny raz :)

2. Groszka, Grosinek taka jej mamusia, kotuś niedożywiony, nawtykała się szczątków doczesnych gołębia.
Na podwórku oprócz tłustych, wypasionych kotów mam jeszcze odkarmioną koncertowo na kocich chrupkach kunę. Zwierzątko to sympatyczne porzuciło (perswazja z użyciem domestosa) przykry zwyczaj gryzienia wnętrzności naszych samochodów, ale gryźć coś musi. Padło na gołębie i młody drób ale, z tego co wiem, nie poluje w najbliższym sąsiedztwie więc wieś jeszcze nie ruszyła na nas z widłami. Jednakowoż przynosi te smakowite kąski do garażu, gdzie odbywają się nieprzyzwoite uczty i kotom też coś z kuniego stołu spadnie.
Ostatni upolowany gołąb zaczynał się w pomieszczeniu typu warsztacik, ciągnął się przez dwa stanowiska do parkowania, a kończył przy drzwiach salonu. Ponieważ to właśnie Groszka jest największą fanką żywności nieprzetworzonej, to wzięła sobie skrzydełko na wynos i to ona właśnie oddała się rozkoszom konsumpcji w progu salonu.
Zeżarła idiotka długie kości i pióra i tym się skutecznie zapchała. Cała ta materia organiczna zbiła się w wielką kulę i zalega w żołądku. No to się leczymy i pościmy. Z całą premedytacją wpychając kotu w pysk pastę odkłaczającą (która w tej sytuacji będzie pastą odpierzającą) recytuję sierściuchowi "Pan kotek był chory". Pasty Groszek nienawidzi ale mam to gdzieś i smarowanie jej tym pyska jest przyjemną zemstą za rachunek jaki musiałam uiścić u Weta!

W tym miejscu pragnę podziękować Mikołajowi-Gosiance, która korzystając z reniferów GLS-a obdarowała kocie towarzystwo sowicie!

49 komentarzy:

  1. Ja się już w połowie tekstu spociłam z wrażenia. A jak doszło do podskoków w gnojoskokach z onucką to przepraszam, przestałam Ci współczuć i niestety zaczęłam się śmiać. Co nie zmienia faktu, że za taki urlop to ja dziękuję:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widać w tekście jest to zaznaczone mało wyraźnie - urlop mi się skończył 3. września; potem było apogeum urlopu mego chłopa - na szczęście tylko miesiąc, a potem ogarniałam to wszystko latając do roboty. Jestem wykończona!
      A swoją drogą to jednak brzydko rechotać z cudzego nieszczęścia ;)

      Usuń
    2. Też tak uważąm i kajam się. Ale mogłaś to opisać tonem męczeńsko- jęczliwym, a nie dowcipno- rechoczącym:)

      Usuń
    3. Śmiech to mój ostatni oręż!

      Usuń
  2. Czy ja narzekałam na swoje życie? Ja może i miałam krótki, 4-dniowy urlop, ale spędzilam go na Mazurach, w przytulnym, niedrogim pensjonacie i pani śniadania nam podawała. Dotarłam do końca postu i choć śmieję się jak norka, to współczuję. Wszechświat wam dopitala. Jedyna nadzieja w tym, że ilość gównianych przypadkow jest ograniczona, jak wyczerpie się przydział, jest trochę wypoczynku dla wyrównania. Życzę bardzo zdrowia wszystkim, bardzo :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, tak! Zdrowia, zdrowia potrzebujemy na wiaderka! Cysternami zdrowia! To jedyny prezent świąteczny, o którym marzę i nie jest to eufemizm. Mój urlop przeminął z wiatrem 3. września. Późniejsza karuzela obejmowała również latanie do fabryki :(

      Usuń
  3. No tos wypoczela, uuuhu hu! W pewnym momencie uzylas slowa "personel" (personel chwycil za telefon) Bardzo trafne okreslenie Twoich funkcji ;)))
    (aua, nie bij, prosze, nie bij!)

    Z tym gazem to przerazajaca historia, jacy ludzie sa bezmyslni... To mial i on szczescie (poprzednik) ze w powietrze nie wylecial.

    Jean Paul pieeeekny! Fajne wejrzenie pyska ma, i te poliki papusne! I ten wlochaty zabocik! :D
    Obandazowany piesu wyglada tak zalosnie, ze musialabym sie chyba przywiazac do kanapy zeby nie pobiec do sklepu po kilogram kotletów!!!

    Zdrowia zycze wam obojgu, duzo duzo, cale góry i cysterny zdrowia niech wam beda dane. Dobrze ze w pracy dokonalas zwrotu akcji, bedzie mniej nerwów z tej strony przynajmniej - zawsze cos! I to calkiem spore cos.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdrowia nam trzeba bardzo dużo, więc przyjmiemy wdzięcznym sercem każdą ilość!
      Nasz poprzednik w ogóle okazał się być absolutnie wyjątkowym egzemplarzem. Wielu jego koncepcji i antykoncepcji po prostu nie było widać przy kupnie domu, a teraz wychodzą jak doopa z pokrzywy i straszą :( Choćby te barierki na balkonie - umowne. Albo położenie paneli na spróchniałe poniemieckie deski podłogowe.
      Jeśli znasz kogoś, kto zna kogoś, kto zapałałby afektem do Rzępola gaduły i dał mu dom z możliwością wychodzenia, to ten ktoś wygra jak w totka :)

      Usuń
  4. No fakt, że bardzo życzyłam sobie następnego posta, ale aż tyle atrakcji???
    Cieszę, się, że żyjecie ( w kontekście gazu ) i w ogóle. Dbaj o siebie i o chłopinę swego, nie możesz go jakoś podstępnie namówić do dbania o zdrowie?
    Bardzo, bardzo mi się podobały dekoracje ścienne w WC. Mamy cały pokój takich, ale on nazywa się kotłownią i człowiek jednak rzadziej tam bywa niż w WC. Myślę, że możesz zrobić jakiś ładne dekoracje świąteczne i powiesić na tych wszystkich rurkach. Będzie cudnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No rzeczywiscie, toz to choinka jak zywa! Agniecha, Ty to masz łeb! :)))

      Usuń
    2. W ogóle strasznie mam się ta konstrukcja podoba! Te rurki miedziane są śliczne i nie chcemy ich malować.
      Agniecha, cały czas namawiam i staram się pilnować, ale on nie współpracuje. Taki typ. Ten model nie ma wyłącznika.

      Usuń
    3. Też uważam że te rurki miedziane są śliczne, w tle na ścianie bym coś domalowała coby uartystycznić bardziej kompozycję ;)

      Usuń
  5. Psie przekochany, uchachałabym się po pachy, ale jak o zdrowie chodzi,to humor mi siada,zatem ze wszystkich sił życzę Wam dobrego,solidnego zdrowia,lekarze neich sie spiszą i fachowo pomogą,bo to juz sukces.
    Atrakcji Ci nie brakuje,a juz siedzenie na bombie to lekka przesada jednak. Dobrze,ze sie wszystko dobrze skonczyło!
    Koty, proszę nie chorować,czy koty mnie słyszą?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki dora!
      Najgorsze jest to, że dzisiaj rano, kiedy się upewniłam, że z Groszkiem to chyba jednak coś poważniejszego, zdałam sobie sprawę, że moje życie tak po prostu wygląda. Wieczna karuzela i diabelski młyn!
      Kotom przekażę Twoją sugestię ;)

      Usuń
  6. Piesku w Swetrze - zdrowiejcie! Ja też co chwilę chora, teraz sypie się kręgosłup szyjny, w który mi w 2010 roku wstawili dwa implanty... Zdrowia, zdrowia, zdrowia - dla dwu- i czteronożnych :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj zdrowie i siły, żeby tylko nie zawiodły! Jeszcze nie teraz.
      Tobie również zdrowia życzę z całego serca!

      Usuń
  7. Bardzo dużo się u Ciebie dzieje, zresztą u mnie tak samo. Ja wręcz już pragnę, by się uspokoiło i było dobrze. Nawet przed paroma minutami dowiedziałam się coś, co mnie i resztę rodziny już do szału doprowadziło. Jakieś apogeum czy co... niech się już odczepi. Życzę, by kotki były zdrowe, by życie płynęło spokojniej. <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boziu... przez te nerwy nie doczytałam. Zdrowia Ci życzę z całego serca. Odganiam od Was całe zło!!!!!

      Usuń
    2. Dzieje się, oj dzieje. Ja już od dawna marzę, żeby się uspokoiło i co myślę, że to już, już to kolejna bomba wybucha. Ech.
      Życzę Ci ZDROWIA (dużymi literami) i spokoju, bo na nie zasługujesz jak nikt. No kto jak kto, ale już Ty doskonale wiesz, co to znaczy jak zdrowie się sypie. A z nerwów można się ciężko pochorować.

      Usuń
  8. Trafilam tu za ... Psem - a tu matulu same koty! A ja od kotow to z daleka , ja tylko mam kota na punkcie Psow! A tak w ogole to przeczytalam o tym Boleslawcu ... No slow brak, ale kupilabym wszystkie jaskolki ( i sikory tez! ) Juz zaczynam planowac jakby tam trafic w przyszlym roku.. Dzieki Psie !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I zdrowia Ci zycze , duzo , duzo , nawet nadmiar. !

      Usuń
    2. Och, Kitty! Blog w założeniu był psi. Zaczęłam go pisać w hołdzie moim trzem wspaniałym psom: Foxowi, Bazylowi i Pixelowi. A potem przyszedł kot, i sprowadził następne, i zupełnie nasze życie zostało wywrócone na nice.
      Bolesławiec koniecznie! Przyjeżdżaj i wykupuj :)
      Narmiar zdrowia też z wdzięcznością przytulimy i życzymy tego samego!

      Usuń
  9. Jaki fraczek piękny!!!! Aaaa!!!!
    A mi tez los psikusa sprzedał - do pracy przyszła kicia podobna do Amberka! A ja za.łeb bo tir ja przyjedziesz.moment w pudle wyniosłam u weta na miasto leczona, ogłoszenie dane ale... Druga Połowa powiedziala ze jak nie znajdzie się właściciel to u nas zawsze jest miejsce. A mi szczena do podlogi bo bałam się cokolwiek mówić bo Chessur i jego zgraja. Ale ok. Damy rade.
    Kicia na szczęście nie w ciąży i tylko swierzba i robaki i pranie ze smaru /oleju nie wiem gdzie ona się ukrywała. A miałam wyrzut sumienia jak pierwszego dnia nie udało mi się jej dopilnować. Drugiego ja zabrałam.
    A pani w pracy mówi no patrz Amber do ciebie wrócił bierz ja.

    Więc więcej prezentów niż zdrowie nie zamawiam. Wam tak ze życzę. Kicio piekny. Jak masz ogłoszenia kotkow na olx to daj linka wysle na necie.

    Co to się narobilo. Tez czekałam ja wpis i teraz się próbuje pozbierać. Pozdrawiam i życzę samych dobrych rzeczy :)
    koty nie chorować!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życzę, żeby jednak znalazł się dobry dom dla kici, bo nadmierne zakocenie nie jest dobre ani dla personelu ani dla podopiecznych.No i zdrowia też oczywiście i sił tytanicznych! :)

      Usuń
  10. No ale przynajmniej się nie nudziłaś! ;-) Tego gnoja co sobie gaz odpuścił należałoby spuścić ze schodów, najlepiej w starym budownictwie. I jeszcze nogą parę razy potraktować. Co do kotów, cóż tak to się żyje sprawami stada, u mła podobne jazdy bo Felicjan postanowił że jako najstarszy ze stada musowo będzie chorował i to tak żebym się martwiła i doceniała tzw. że jest. Lekarzom się nie dawaj, ja tyż medycznych podejrzewam o spisek - uwielbiajo wynaleźć cóś czego nie można wymówić bez zaplucia się i na wszystko majo cudowne leki, jak te znachory z Dzikiego Zachodu. ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tabs, nie nudziłam się. Miałam tyle rozrywek, że mnię niemal rozerwało! Ach Felicjan! Ten to nawet chorować potrafi z właściwą oprawą.
      Taaaa, te lekarze straśnie podstępne bestyje som. Ale może dadzą mi szansę na przeżycie ;)

      Usuń
  11. Piesie, zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia życzę!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Maryś! O jak bardzo jest nam ono potrzebne!
      No i z wzajemnością, bo też co nieco o zdrowotnych problemach wiesz ;)

      Usuń
  12. Bozicku! Toz to zejsc mozna z samego czytania!!!
    Zdrowka zycze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystkiego najlepszego z okazji imienin!
      Cieszę się, ze ktoś ten tekst przeczytał tak do spodu i z pełnym zrozumieniem i... się spocił od samego czytania ;)
      No powiem Ci, że ja już jestem wysycona atrakcjami po samiuteńkie kokardy, a właśnie wróciłam z Groszką od Weta. Ech.
      I wzajemnie zdrowia życzę!

      Usuń
  13. Trochę się pogubiłam. Muszę jeszcze raz przeczytać i przemyśleć. Strasznie dużo tego na Twoją głowinę, ale dobrze, że się odezwałaś - Kurnik zastanawiał się gdzie się podziewasz.
    Fraczek jest niewiarygodnie piękny w nowym futerku, a rurki miedziane to ach! Poezja wprost! A te zaworki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałabym napisać Kurnikowi, że uciekłam z walizkami pieniędzy na wyspy bananowe, ale zakotwiczyła mnie proza życia :)
      Jaen Paul, który jest oczywistym klonem Fraczka, jest do wzięcia od zaraz!

      Usuń
  14. i ja się pogubiłam, już nie wiem co komu i kiedy się wydarzyło, jak Ty to ogarniasz ??????
    i ten gaz! madko jedna ! cud, że żyjecie
    oraz dobrze, że jesteś , chociaż to cud, kolejny, że masz siłę pisać
    cały zwierzyniec boski :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ogarniam i nie mam siły pisać :)
      Chcesz trochę tego zwierzyńca? Jean Paul już ma walizki spakowane ;)

      Usuń
  15. Zdrowiej szybko a skutecznie.
    Ściskam.
    K.

    OdpowiedzUsuń
  16. jeeżu, Psie, ale jazda.. jakoś tak w połowie czytania wstrzymałam dech i teraz muszę się gwałtem dowentylować. jednakowoż resztką tchu spytam - co z Groszkiem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oddychaj! Spokojnie oddychaj! Tak właśnie wygląda moja rzeczywistość, jakbym w loterii życia wygrała kumulację. A im bardziej zabiegam o to, żeby życie mnie pominęło w kolejnym losowaniu, tym większe mam szanse na laury wygranej ;)
      O Groszce zrobiłam Apdejcik, więc uprzejmie zapraszam na górę do tekstu :)

      Usuń
  17. Psie kochany - biję się w piersi i przepraszam, bo nakrzyczeć chciałam, że zapomniałaś o nas, wiernych czytelnikach i urządziłaś sobie dłuuuuugi urlop. Jesteś usprawiedliwiona i cieszę się, że przeżyłaś te wszystkie perypetie i miałaś siłę je opisać. Odpoczywaj i daj najwyżej znać, że żyjesz jednym chociaż zdaniem.
    Cieszę się, że wróciłaś na łono blogu i pozdrawiam serdecznie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem na jak długo wróciłam i czy życie mi czegoś znowu nie szykuje. Chciałabym wreszcie trochę odsapnąć :)

      Usuń
  18. Czuję sie jak u siebie na polu walki! Nie daj się chróbskom i przeciwnościom, szeregowa Pies! Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieustająco czekam na pakt pokojowy, albo chociaż na zawieszenie broni. Buziaki!

      Usuń
  19. Oooo Matko ! PwSie PODZIWIAM nieustające Twoje samozaparcie, wolę walki i MIŁOŚĆ DO STWORZEŃ,nie tylko czterołapnych ;), ale też do budowlańców ! Mój ślubny pisząc już pracę inżynierską rozstał się z Politechniką i postanowił jednak zostać informatykiem ;) Bladość opala latem i łazienki mi nie rozwala :D

    Łatkot podobny troszkę do mojego kociego wnuczka :)Ja psiara uczę się przy wnuczki (z doskoku) obsługi kota i tym bardziej Cię podziwiam. Bo psu można tabletki w pasztecie wcisnąć, a kociemu wnuczkowi to trzeba palcem do gardła wcisnąć :(

    Sił PwSie Ci życzę i spokoju, choć na kawę !
    Kwa,
    BB

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaaa, że tak to skomentuję po warszawsku: Wola jeszcze maszeruje, ale Ochota już przeszła. No i miłość to jednak nie jest to uczucie, które obecnie mną kieruje. Po prostu brak wprawy w ukręcaniu kocich łebków i niechęć do zaśmiecania oczka wodnego.
      O, tak! Zagadnienie podawania kotu tabletki jest szeroko opisywane w internetach, o np. tu: https://www.wykop.pl/wpis/9328524/jak-zaaplikowac-kotu-tabletke-1-wez-kota-na-rece-i/

      Tak! Zdecydowanie chcę spokoju! I sił! I dowiedzieć się, co słychać u Twoich bliźniaków, bo widzę, że wnusio już sobie Ciebie owiną wokół ogona ;)

      Usuń
  20. LO matko to się działo ..... pogubiłam się ..nie wiem kto co z czym....ale podziwiam i życzę całemu tałatajstwu koicemu zdrówka a Wam jak najmniejszych kłopotów z domkiem. No i cieszę się ze się odezwałeś , bo pomimo różnych wieści cały czas zaciesz miałam na buzi jak wcale niekrotki przez Ciebie spreparowany wpis czytałam 😉

    OdpowiedzUsuń
  21. Te rurki miedziane przecudne wprost, dizajnerskie bardzo i loftowe! Ja to bym chciała takiego budowlańca z twórczym ADHD mieć przez jedne chociaż wakacje :).
    Przy ściąganiu kota z garażu obśmiałam się jak norka, a przyznaję się tak bezwstydnie, bo sama parę razy odgrywałam podobne akcje :).
    Zainteresowało mnie oko Sprzączki - podobnie wygląda oczko naszego małego znajduszka, chociaż wet mówi, że to raczej od stanu zapalnego, bo biedak został znaleziony ledwo żywy z wycieńczenia i silnie zaziębiony - na razie (piąta doba) nabiera sił, więc trudno wyrokować czy się to oczko jakoś zregeneruje (na operację maluch za słaby).
    Sił, zdrowia i spokoju życzę! I dobrych domków dla futrzaczków!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PS. historia z kotami w stodole wypisz-wymaluj jak u Pratchetta w "Kocie w stanie czystym"! Cytat z pamięci: "im bardziej nam się wydaje, że kot jest na zewnątrz, tym bardziej on jest wewnątrz" - i też znam to z autopsji :)))

      Usuń
  22. Przyznam niestety, że rżałam momentami aż mi łzy płyneły, choć nie z kocich tematów, bo te mnie jakoś nie śmieszą, ale z tych twoich cudnych powiedzonek. Genialnie się to czyta, jest tego juz na pól książki, wydawaj, zdobywaj sławę i... będziesz miała na weta, bo coś mi się widzi, że ty na tej wsi to szybko z kocich problemów się nie wyplączesz...

    OdpowiedzUsuń
  23. Oj,a ja to się dziwię, że dopiero teraz tu trafiłam.Bo widzę, że jesteś tak jak ja obrosnieta kotami i psami, u mnie obecnie na stanie 10 mruczacych i 5 szczekajacych, stary dom na wsi kupiony przez nas mieszczuchow, aby mieć spokoj(hi, hi) remont, który się skończył i powinien już zacząć się od nowa, codzienny kocioł i młyn,czyli dom zwariowany, ale czy właśnie takie życie nie jest piękne? Buziaki

    OdpowiedzUsuń