piątek, 19 lutego 2021

Jestem Gabi – czyli zębuszkowy epilog.

     Kochani, zębuszkowa opowieść ma swój szczęśliwy finał. W zasadzie jest już na etapie "i żyli długo i szczęśliwie", czyli na moim ulubionym. Radosny post, a jednak trochę mi smutno, bo zabraknie pod nim komentarza Ewy, zawsze ciepłego i serdecznego. Gdziekolwiek Ewa teraz jest, mam nadzieję, że przeczyta i się ucieszy ze szczęścia małej kici, a mnie pozostaje tylko czasem zaglądać na jej bloga Ziarenko maku, żeby sobie z Ewą jeszcze trochę pobyć i z jakąś złudną nadzieją na nowy post, albo odpowiedź na komentarz... 

Ostatnio jakoś bardziej niż wcześniej mam poczucie, że to nasze blogowanie jest chwytaniem w locie strzępków czasu i przyszpilanie ich w nierealnej przestrzeni Internetu, skąd przecież też kiedyś "wyparują". Ech, tak mnie nostalgicznie naszło, a życie dzieje się dalej.

Dlatego teraz oddaję już głos Zębuszce, żeby mogła dokończyć swoją historię.

    Nuuuuuuuudno. I smutno. Ciągle siedzę sama. Ciocia wpada rano jak meteor, daje mi śniadanie, pogłaszcze, podrapie za uchem i pędzi, a ja zostaję sama. To samo w porze obiadu. Wieczorem ciocia przychodzi na godzinkę lub dwie pobawić się ze mną, poturlać na dywanie, dać mi kolację i znowu zostaję sama. Jest mi coraz smutniej i nawet jeść mi się nie chce. Teraz próbuję za każdym razem wyjść z ciocią, prysnąć między nogami przez uchylone drzwi, ale ciocia jak dotąd jest szybsza.

Wieczorem ciocia przyszła na dłużej, wyprzytulała mnie, wybawiłam się, pstryknęłyśmy sobie słodkie selfi i było fajnie, a potem znowu zostałam sama, ech…




Rano ciocia jak zwykle wpadła posprzątać kuwetę, dać mi śniadanie, coś powiedziała o jakimś wielkim dniu i znowu pobiegła. To był ten dzień, kiedy niedaleko biją dzwony i ciocia rano gdzieś wychodzi, kiedy wujek i Młody śpią jeszcze długo i jest spokój.

Najadłam się i poszłam się zdrzemnąć w słońcu. Do obiadu zwykle śpię, bo najfajniej bawię się w nocy i nad ranem. Słyszałam, kiedy ciocia wróciła i kręciła się po domu, ale do obiadu było jeszcze daleko. Nagle otworzyły się drzwi i ciocia do mnie przyszła! Zbiegłam zdziwiona po sznurowej drabince z mojej najwyższej półki, żeby się z ciocią pobawić, a ona mnie wzięła na ręce, przytuliła i zaczęła pakować do tego okropnego pudła! Walczyłam ile się dało, bo wszystko wszystkim, ale ja chciałam się bawić, a przynajmniej dokończyć drzemkę i nie mam ochoty znowu jechać do żadnej [-------] lecznicy!

Ciocia szybko się ubrała i zaniosła mnie do samochodu, ale nie był to samochód cioci. Postawiła mnie na tylnym siedzeniu i usiadła obok. Po czym odezwała się do kierowcy – Janie, możemy ruszać – i samochód ruszył. Tiaaaa… „Janie” czyli za kierownicą siedzi Młody.

Nie żebym siedziała jak skończone cielę! Próbowałam wyjść, wykopać podkop, przegryźć kraty, łapami wypchnąć sufit do góry i cały czas głośno wzywałam pomocy!




Myślałam, że jazda do tej lecznicy nigdy się nie skończy i była to najdłuższa jazda w moim życiu! Pod koniec całkiem ochrypłam, dyszałam z wysiłku i zdenerwowania, a łapki tak mi się spociły, że poduszeczki miałam zupełnie mokre! Ciocia cały czas do mnie mówiła i głaskała mnie przez kraty, żeby mnie uspokoić, ale ja się nie dałam nabrać na te słodkie słówka!

Wreszcie samochód stanął, a ciocia powiedziała do mnie, że właśnie przyjechaliśmy do domu i żebym już przestała lamentować. Jak to do domu? To po co żeśmy wyjeżdżali, jak wróciliśmy? Po co tyle godzin mnie trzymali w tym pudle? To znaczy ja się cieszyłam, że już koniec jazdy, ale za wiele z tego nie rozumiałam. I o jakim domu ciocia mówiła? Zapach był inny, dźwięki inne, psy szczekały, ale to też były inne psy. 

Ciocia wygramoliła się z samochodu i przywitała się serdecznie z jakąś miłą panią, która ładnie pachniała ciepłem, domem, bezpieczeństwem i jedzeniem. Wzięła moje pudło i oddając tej pani powiedziała – Proszę Pani Justyno! Proszę wziąć swojego kota.

????? Ale, że jak swojego kota? Że niby mnie?

Coś zaczęłam pojmować z tej sytuacji i szybko się ogarnęłam.

Weszliśmy wszyscy do domu. Moja całkiem nowa mame niosła moje pudło, ciocia moją kuwetę, a Młody torbę z moim dobytkiem. W domu czekał na nas komitet powitalny, bo mame też ma swoje młode – wiecie nie takie całkiem małe jak kocięta ale jeszcze nie dorosłe – i oni się bardzo cieszyli wszyscy z mojego przyjazdu!

Postawili pudło ze mną na podłodze i otworzyli drzwiczki. Wyszłam i zabrałam się do zwiedzania, a wszyscy obecni piali z zachwytu nad moją odwagą. Dom okazał się duży, wygodny i bardzo przytulny. Pobiegłam korytarzem przed siebie i spotkałam na końcu czarną kotkę, która była zaskoczona i raczej niezadowolona z mojej obecności, ale tym postanowiłam zająć się później. Pokazano mi gdzie stoją kuwetki i miseczki. Młodzi ludzie towarzyszyli mi w zwiedzaniu, zwłaszcza Dziewczynka, a ciocia z Młodym i moją nową mame usiedli przy stole, śmiali się, rozmawiali i popijali herbatę. Gdy z grubsza przejrzałam domostwo, przybiegłam do cioci, wskoczyłam jej na kolana i trochę poopowiadałam, co też widziałam. Ciocia mnie wyprzytulała, wygłaskała, zeskoczyłam i pobiegłam bawić się dalej.






Kiedy przybiegłam do stołu drugi raz, żeby cioci znowu poopowiadać, cioci już nigdzie nie było! Trochę ją wołałam i szukałam, ale naprawdę nigdzie jej nie mogłam znaleźć! Pewnie gdzieś wyszła na chwilkę i zaraz wróci. Może teraz razem będziemy tu mieszkać, bo jest tu znacznie fajniej niż w kocim pokoju. I nie muszę siedzieć nigdzie zamknięta sama! Dlatego pobiegłam znowu się bawić i zwiedzać, a cioci zdążę wszystko opowiedzieć, jak przyjdzie. Na razie cieszyłam się, że tyle osób do mnie tak miło i czule przemawia i chce mnie zabawiać.

To wszystko było tak emocjonujące, że musiałam odpocząć. Znalazłam sobie miłe miejsce i się położyłam. Po jakimś czasie Rodzina zaczęła mnie szukać, bo byli przekonani, że mnie zgubili! Ale miałam frajdę z tej zabawy w chowanego. Szukali mnie pół godziny. Ciekawe, czy Wam udałoby się mnie znaleźć szybciej ;)


Do wieczora ciocia się nie pojawiła i wygląda na to, że chyba tu zostaję sama. Noc minęła spokojnie, zwiedziłam sobie wszystko jeszcze raz, kiedy ludzie spali, czarna kotka Miecia nadal na mnie syczy, ale nie chce mnie bić ani nic. Wysiusiałam się do jej kuwety, bo ma fajniejszy żwirek i pojadłam jej chrupek, bo są smaczne. A rano przystąpiłam do wychowywania moich ludzi. No wiecie, kochani są, ale pewnych rzeczy powinni się nauczyć od początku. Przede wszystkim nasiusiałam na łóżko Dziewczynki. Ups! W sumie nie chciałam, ale jeszcze nie ogarniam tak dużych przestrzeni i nie pomyślałam, że powinnam biec do kuwety. Poza tym w mojej był ten stary, niefajny żwirek od cioci z kociego pokoju, a w kuwecie Mieci były jeszcze nasze siuśki. Wszystko zostało mi wybaczone, choć wyproszono mnie z pokoju, ale mame od razu zmieniła mój stary żwirek na ten fajniejszy, co ma Miecia. Punkt dla mnie!

Ponieważ objadłam Miecię z jej chrupek i byłam jeszcze nakręcona po emocjach poprzedniego dnia, wcale nie byłam głodna. Ha! To też była dobra lekcja dla mojej mame! Co rusz podtykała mi miseczkę z czymś pysznym. Czego tam nie było! Gourmet i Sheba w sosiku i kurczaczek lekko podduszony i rozdrobniony – a ja nic! Taka byłam twarda.



Odkryłam za to, że w salonie – najfajniejszym miejscu, bo jest to razem z kuchnią serce domu i tutaj toczy się życie – są dwa wyściełane, złote trony! Jeden jest Mieci i przyjemnie nią pachnie, a drugi jest dla mnie! Od razu z całą godnością i dostojnością się na nim udrapowałam, a mame obstawiła mnie tymi miseczkami, żebym mogła skubnąć bez ruszania się z miejsca, gdyby mnie naszła ochota. Świat wreszcie toczy się właściwym torem!



Wieczorem jednak mame nie wytrzymała i zadzwoniła po radę do cioci. A ciocia – sabotażystka jedna! – powiedziała, że skoro chrupek i wody ubyło w miskach Mieci, to ja z głodu nie skonam i żeby mame sobie odpuściła takie dogadzanie. Spoko. Poradzę sobie. Mame jest podatna na wychowywanie, a przecież nie będzie za każdym razem dzwonić do cioci.

No i tadam! Dostałam nowe, piękne imię, takie skrojone na moją królewską miarę! GABI. Teraz mam na imię Gabi. I wszystkie poprzednio wymyślone przydomki do nowego imienia pasują jak ulał. Boska Gabi! Wielmożna Gabi. Gabi Wspaniała itd.



Za ciocią już wcale nie tęsknię i tylko mgliście ją pamiętam z zapachu mojego kocyka, który zabrałam ze sobą z kociego pokoju. Tamto życie wydaje mi się tak odległe. 

Mame jest fajniejsza niż ciocia, bo mogę z nią być cały czas. Ręce do głaskania mam na każde zawołanie! Młodzi państwo się ze mną chętnie bawią, mogę się wdrapać Dziewczynce na kolana, kiedy mam na to ochotę, a nasz mały, domowy wszechświat jest Gabicentryczny. 





Za szklanymi drzwiami do ogrodu czasem siedzą psy. Mieszkają na zewnątrz i biegają po ogrodzie i podwórku. Nie są duże, wyglądają na sympatyczne i tak jak psy cioci, ciągle się z czegoś cieszą. Poznaliśmy się już przez szybę. Na wiosnę może i ja będę mogła iść do ogrodu. Miecia sobie wychodzi, to może mnie kiedyś weźmie ze sobą.





Kiedy mam ochotę na drzemkę, po prostu im znikam z oczu.

Mam frajdę, bo na początku zrozpaczeni mnie szukali, bali się, że im zginęłam. Wiedzieli doskonale, że nie mogę wyjść sama z domu, ale ich własna wyobraźnia torturowała ich okrutnie. Hmm... W sumie to miłe z ich strony. W końcu łaskawie wyszłam, żeby się dłużej nie martwili. Żeby jednak dobre odruchy się im utrwaliły, w zeszły piątek najadłam się chrupek do wypęku i poszłam spać, dlatego zignorowałam porę obiadku. Na początku tylko mnie szukali i wołali. Znowu nie mogli mnie znaleźć, więc Dziewczynka stwierdziła, że pewnie znalazłam przejście przez szafę do Narni. W sumie miała rację, ale nie wiedziała, o którą szafę chodzi. No i oczywiście nie pcham się do Narni, bo tam jest zimno i pada śnieg. Ale wracając… No więc spałam sobie w najlepsze zagrzebana w ciepłej bieliźnie, a Rodzina mnie szukała coraz bardziej nerwowo. Wołali mnie i kiciusiali nawet po całym podwórku. Po kilku godzinach Dziewczynka zaczęła chlipać, a mame chyba ze trzy razy objechała okoliczne wsie i co się nakiciusiała to jej. Poleciła nawet Dziewczynce zrobić ogłoszenia ze zdjęciem i postanowiły, że wieczorem i następnego dnia rano rozwieszą je w okolicy! Ponieważ zrobiłam się już trochę głodna, a na dworze się ściemniło, wyszłam z mojej kryjówki. Był to właściwy moment. Ulga z „odnalezienia” mnie była tak wielka, że nikt się na mnie nie złościł, a wszyscy rozpływali się nade mną w zachwytach, głaskali i przytulali. Odnoszę wrażenie, że chyba już wiedzą, gdzie chodzę spać. Widać któregoś razu niedokładnie wytrzepałam łapki ze żwirku…

Ludzi wychowuje się dość łatwo.

Miecia nie jest tak łatwa w obyciu. Nie kocha mnie. Próbowałam się do niej przytulić i z nią bawić, ale nie chce. Nie to nie. Nawet się czasem posprzeczamy, ale jak jej nie zaczepiam, to mnie olewa.



No i tate. Tak, tu będzie trzeba solidnie wziąć się do pracy. Podobno nie przepada za kotami, więc na początek nie pchałam mu się przed oczy. Jednak byłoby mi przykro, gdyby nie uznawał nadrzędnej pozycji kota w domu. Najpierw zaczęłam częściej gościć u państwa w sypialni. Potem, niby nieśmiało i nienachalnie, zajęłam im część łóżka. Wreszcie przystąpiłam do realizacji mojego planu! Pańcia obłaskawiam moim nieodpartym urokiem i kobiecym wdziękiem. Trochę przytulanek, mruczanek, namiętnych spojrzeń głęboko w oczy, wreszcie buziak, czy dwa i będzie mój! Patrzcie jak mi już dobrze idzie!



To pisałam Ja, Wasza Gabi (z d. Zębuszka)




21 komentarzy:

  1. Więc jednak, żyli długo i szczęśliwie! Właśnie miałam Cię zapytać o kociczkę.
    Przeczytałam na razie pobieżnie,ale już pękłam ze śmiechu "wysiusiałam się do kuwety Mieci" (zazdrosnej).No i w tych oleandrach ciężko ją znależć;) I trony królewskie i piękna podłoga i dobra,nowa pańcia.Nono doprawdy, żyć nie umierać.
    Cieszę się niezmiernie,że możesz odetchnąć Dorotko. Idę czytać jeszcze raz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę że za jakiś czas Miecia sprzeda Gabci wszystkie sekrety związane z u trzymaniem posłuchu u państwa. A Ty, Ciocia przemyśl sprawę żwirku w kocim pokoju bo wychowanki tyłek Ci obrabiają. ;-D Aha, Ewa wyjechała do Patagonii, ustalono w Kurniku. Są sprawy które postanowiłyśmy przyjąć tylko do półświadomości.

      Usuń
    2. Haniu, na szczęście to nie oleandry a szlumbergera. Czy mogę odetchnąć...? Poniekąd tak. Teraz atrakcje zapewnia mi moje stado.
      Gabi z Miecią ustalają sobie strefy wpływów i myślę, że nieźle im idzie (tak wynika z relacji pani Justyny).
      A jeśli chodzi o Rodzinę i trony, to dom jest WYMARZONY!!!!! Jak skrojony na miarę! Jestem ciągle pod wrażeniem po wizycie. Ludzie cudowni - normalna, fajna, pozytywna rodzina i wiejskie okoliczności przyrody, bardzo podobne do naszych warunków. Kocisku trafiła się wygrana życiowa na miarę megakumulacji totalizatora :))))))

      Usuń
    3. Tabs, mam w nosie żwirek. U mnie leją w kukurydziany eko, który mogę kompostować. Żwirek nie spędza mi snu z powiek, bo moje stado raczej nie korzysta. W sprawach wychowawczych odnoszę wrażenie, że Gabi jest bardziej przedsiębiorcza w stosunku do personelu. Miecia jest drobniutką, nienachalną indywidualistką, a Gabi to słodko bezczelna cwaniara ;)

      Wiem z całą pewnością, że Ewa jest w cudownym miejscu, pełnym światła, miłości i spokoju. i na pewno jest szczęśliwa. Ale jakoś mi ta Patagonia nie leży.

      Usuń
    4. Moje też nie korzystają z wyjątkiem Szpagetki, która korzysta kiedy pogoda na dworze jej nie pasi. Ale nawet wówczas gdy nie korzysta żąda ekstra żwirku do którego w głupocie swojej ją przyzwyczaiłam. Żwirek ma być bo się należy. Hym... Szpagetka do wypadku też była słodka i nienachalna ale głęboko ukryte w niej siedziało, po wypadku wylazło. Miecia bardzo do Szpagetki fizycznie podobna, dobrze że Gabi jest słodko bezczelna.;-)
      Co do Patagonii to ją sobie łatwiej wyobrazić niż cudowne świetlane miejsca, proteza ale działa.

      Usuń
    5. A wiesz, że też to podobieństwo do Szpagetki mi się na oczu rzuciło. I Miecia też taka drobniutka, 2 kila z groszami. I pysio takie więcej okrągłe i buziunia płaska, jakby ludzka. Nawet się zastanawiałam, czy one nie są spokrewnione, bo odległość geograficzna nie jakaś specjalnie wielka. Choć nie wiem, skąd Miecia pochodzi de facto. Wiem, że adoptowana z jakiejś fundacji, ale czy z daleka to nie wiem.

      Usuń
  2. Kolejny dobry uczynek na twoim koncie :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tiaaa... Kolejny kot wywraca do góry nogami życie swoich ludziów... ;)

      Usuń
  3. Szczęścia i zdrowia Królewnie! 🧡🧡🧡

    OdpowiedzUsuń
  4. Cudownie! Najjaśniejsza Pani Gabi na swoich włościach. Wygląda na to, że poszło jak z płatka.
    Ewa w Patagonii bawi, ale myślę, że zagląda do Nas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gabi rozbiła bank :D
      Ewa zagląda niewątpliwie, ale ta Patagonia do mnie nie przemawia. Ewa jest w o wiele piękniejszym miejscu :)

      Usuń
    2. Tak, jest w piekniejszym, ale my nie chcemy tego jeszcze przyjąc i stąd wycieczka do Patagonii. Tak nieostatecznie jeszcze.

      Usuń
  5. Pewnie że dobrze. Nawet bardzo dobrze mimo przerażającej prawdy "ludzi wychowuję się dość łatwo". Skąd ona taka mądra, ta królewna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pojęcia nie mam, ale niezaprzeczalnie jest to kombinatorka pierwszej wody ;D

      Usuń
  6. No to happy end . GAbi lepiej trafic nie mogla. Pewnie bedzie nam donosila jak powoli opanowuje tereny nowej siedziby i zdobywa wladze nad ich mieszkancami..
    Swietnie sie czyta jej hstorie, powtarzam , ze trzeba wydac o niej ksiazeczke...

    OdpowiedzUsuń
  7. Super, ze Gabi już w swoim domku ❤️😻

    OdpowiedzUsuń
  8. Czy Ty kobieto myślałaś o tym, żeby te swoje kocie opowieści wydać drukiem? Dzieciaki ( i nie tylko) by się zaczytywały z wypiekami na policzkach. No i ile pozytywnej wychowawczej roboty zrobiłyby te opowiadania. Talent literacki masz niewątpliwy. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Wzruszyłam się... to jest pięknie napisane i trafia prosto do serca...

    OdpowiedzUsuń