niedziela, 15 lipca 2018

Jeden dzień wakacji - część I - 23. Bolesławieckie Święto Ceramiki

Urlop się proszę Państwa zbliża.
Dokładnie za tydzień minie rok odkąd osiedliśmy na nowych włościach.
Wiele się zdarzyło w tym czasie i wiele się jeszcze wydarzy, bo życie pędzi jak oszalałe.
Teraz też się zdarzyło i dopadł nas smętek, ale nie mam siły o tym pisać.
Jeszcze nie.
Na razie wracam do czasu sprzed roku i tematu, który już dawno czeka na opisanie.
Otóż co roku tzw. "wakacje" mamy pracowite - a to remontowe, a to remontowo-przeprowadzkowe. Z powodu logistyki, braku czasu i kulejących finansów nigdzie nie wyjeżdżamy, ale co roku organizujemy sobie jeden dzień wakacji.
No i PT Blogoczytacze zapewne wiedzą dokąd się udajemy - mianowicie do Bolesławca.
W zeszłym roku był to nasz drugi wypad, w tym roku już mamy zaplanowany trzeci na 24. Bolesławieckie Święto Ceramiki.
O tu można zobaczyć kiedy: swietoceramiki.pl



czwartek, 5 lipca 2018

Pierwszy kot - za płot!

Tiaaaaa...
Fraczysko panoszyło nam się coraz bezczelniej, terroryzując całe towarzystwo łącznie z Tuśkiem. Co prawda już odjajczony, ale przecież wciąż testosteronowy samiec (jedyny w tym towarzystwie) zachowywał się jak dyktator. Kocice ostrożnie wchodziły do domu, a Groszka wcale, bo Fraczek pogryzł ją w piwnicy przy kociej klapce.
Ot, zderzyli się nos w nos, wystraszyli i w myśl zasady, że najlepszą formą obrony jest atak, pobili się. Tylko Fraczek jest tak jakby w tym sporcie sprawniejszy i teraz Groszek ma dziurę na środku brzucha - ale goi się ładnie.





niedziela, 24 czerwca 2018

Fraczek na bis

Fraczek nadal poleca się do adopcji.
Fraczkowi złożono pewne propozycje, niestety oddalone w czasie. Ale dobre takie jak żadne.
Gdyby jednak ktoś zechciał wcześniej, to będzie witany chlebem i solą i czerwonym dywanem i dzieci z kwiatami prosimy do przodu.

Kot daje się lubić choć wraz z odpasieniem wrócił mu charakter.
Odsiedział do piątku w łazience, po czym został wypuszczony.
No i się zaczęło!

niedziela, 17 czerwca 2018

Fraczek

Miały tu być posty książkowe i ogrodowe i wakacyjne. Och, jakie to ja miałam plany blogowe! Ale rzeczywistość skrzeczy.
Zarobiona jestem. Po pachy. Co ja gadam! Po uszy, po kokardy!
Koniec semestru.

A tu jeszcze cała ta sprawa z Fraczkiem.

Fraczek to kot rzecz jasna.
Bardzo elegancki kot, który w październiku zeszłego roku zaszczycił nas kilkoma wizytami, przychodząc razem z Tuśkiem. A potem zniknął.
Aż do teraz.

Fraczek w październiku


wtorek, 15 maja 2018

Ratuj!

Szanowni Blogoczytacze,
Fundacja NaszeZoo.pl poprosiła mnie o propagowanie szczytnej akcji: "Ratuj!"
a dokładnie: „Ratuj!” bezdomne zwierzaki przed kleszczami


Kleszczy w tym roku jest dużo ze względu między innymi na łagodną zimę i sama musiałam wydać krocie na zabezpieczenie mojego futrzatego towarzystwa, któremu włączyło się szwędactwo i się włóczy po lasach i krzakach.

Już zabezpieczenie dla kilku zwierzaków to ruina finansowa dla właściciela, a w skali schronisk czy przytulisk to są olbrzymie kwoty.

W ramach akcji Ratuj! zbierane będą obroże dla psów i kotów, które pozwolą zabezpieczyć zwierzaki aż do ośmiu miesięcy oraz krople do aplikacji na skórę czworonoga, działające do czterech tygodni.
Co dokładnie trzeba zrobić, aby pomóc?
Aby podarować bezdomnym zwierzakom preparaty przeciwkleszczowe, wystarczy wejść na platformę www.dlaSchroniska.pl, a następnie wybrać z listy kilkudziesięciu placówek z całej Polski tę, którą chce się wesprzeć, jednego z jej podopiecznych oraz środki, które planujemy mu ufundować.
Ponieważ koszt tego rodzaju produktów jest stosunkowo wysoki, dlatego można kupować na rzecz poszczególnych schronisk i fundacji także „cegiełki” o wartości 10 zł, które zostaną przeznaczone na środki przeciwkleszczowe. Cały proces przypomina zakupy w sklepie internetowym, jednak darczyńcy nie ponoszą kosztów dostawy.
Akcja „Ratuj!” na platformie www.dlaSchroniska.pl potrwa do końca czerwca.

Jeśli ktoś z Was, kochani PT Blogoczytacze zechciałby wesprzeć akcję to osobiście rekomenduję schroniska i przytuliska z tych biedniejszych regionów kraju...
Zwróćcie uwagę na zielone paski na górze strony - zwierzęta w potrzebie (4618) i schroniska i organizacje (71) gdzie klikajac można wybrać wg województw.
Na dole strony są zielone przyciski "następna" i "poprzednia" - przenoszą nas na dalsze strony ze zwierzakami.

Oczywiście można informację podawać dalej np przez FB jeśli ktoś ma.
Tutaj jest link dla fejsbukowych: https://www.facebook.com/FundacjaNaszeZoo/posts/1936319616592930


poniedziałek, 7 maja 2018

Mężczyźni w życiu kobiety

Ale zanim do meritum, to tutaj >>>LINK<<< do ważnego i ciekawego posta na blogu Krzyśka Koniecznego, który to wpis część PT Blogoczytaczy mogła przegapić - a szkoda by było.

Poniższe wywody publikuję z pewną taką nieśmiałością, bo to wchodzenie w obszary, po których chyba najlepiej porusza się Czarny(w)Pieprz i kudy mi tam do Pieprza. Ale temat gradacji negatywnych emocji, jakie mężczyzna jest w stanie zafundować kobiecie, zaczął mnie bardzo nurtować, od kiedy zdałam sobie sprawę, co jestem w stanie odpuścić, a za co byłabym skłonna zabić ;)
Podkreślam: odpuścić, a nie wybaczyć i zapomnieć - bo ani ja Chrystus, ani nie mam Alzheimera.
Krewkość mam po przodkach zapisaną w genach, a wiadomo genów kijem nie wybijesz.

Kiedyś trafiłam na taką złotą myśl, że w życiu kobiety musi być trzech mężczyzn, których może ona obdarzyć bezwarunkowym zaufaniem: dentysta (mam - anioł nie człowiek), ginekolog (trwają poszukiwania kandydata) i mechanik samochodowy (też mam - panie Piotrusiu, pozdrawiam!).
I tak sobie myślę w kontekście mojego zwierzyńca, że jeszcze musi być weterynarz. Ba! Nawet przede wszystkim musi być weterynarz!

Taaa... każdego innego łatwo wymienić w sumie.
No bo załóżmy, że nas taki ślubny/nieślubny kantem puścił - proste - nie był idiota wart tego szczęścia, a niechże idzie i szerokiej drogi. Tego kwiatu jest pół światu i jakiś czasoumilacz zawsze się znajdzie.
Zyskujemy przestrzeń życiową i miejsce w szafie.
Jeśli mamy do tego konto bankowe na nasze nazwisko, na którym umieściłyśmy przezornie satysfakcjonującą nas część oszczędności jego życia, to tym bardziej otwieramy mu drzwi na oścież i broń Boże nie zatrzymujemy niewdzięcznika, przemilczając tę drobną kwestię reparacji wojennych.
Jeśli puścił nas kantem z naszą osobistą "przyjaciółką" - a niechże idą oboje w czorty!
Wiadomo, że ta flądra przypali mu nawet wodę na herbatę, jej drożdżowym można gwoździe wbijać, a po bigosie wszyscy lądują na oddziale zatruć - i dobrze mu tak!
Można nawet pokusić się o oddanie naszego przechodzonego i wyjątkowo męczącego egzemplarza w tzw. dobre ręce jakiejś znajomej, namolnej zołzie. Potem zrobić scenę i już! Obydwoje mamy z głowy!
Oczywiście zawsze należy zadbać wcześniej i o byt, i te kilka poręcznych zwitków biletów Narodowego Banku Polskiego w słusznych nominałach na otarcie łez.
(No i co z tego, że łzy raczej nieszczere? Szczere, szczere Taka jest wersja oficjalna i kurczowo się jej trzymamy.)
Gorzej jeśli egzemplarz oddali się nie tylko z "przyjaciółką" latawicą, ale ze srebrnymi łyżeczkami Frageta po babci - wzór irysy - i oszczędnościami NASZEGO życia, choćby i czynionymi z jego pensji.
O, kanalia!
Ale wiadomo, kradzionym się nie utuczy! Nie upasie się na naszej krzywdzie!
Niech ma i niech się udławi!
Zapewne ta wydra wszytko wyda na stroje i kosmetyki!
A najlepiej niech kupi sobie szybki, sportowy samochód i niech się nim zawiną wokół najbliższego drzewa!
(Pomyślny sobie to tak serdecznie, mściwie z głębi trzewi i od razu zrobi nam się lepiej. Wszak nie można tłumić negatywnych emocji. Dalej się sprawą nie katujmy, bo nie warto niszczyć sobie zdrowia dla tych padalców)
To, że ślubny/nieślubny może się okazać być szują, to nic nadzwyczajnego.
Ot statystyczna hipoteza, a nawet aksjomat, rzekłabym nawet.
Najważniejsze to być przygotowanym na taką ewentualność.
Nie duchowo, czy uczuciowo - MATERIALNIE przygotowaną.
Po czym poprawiamy liliowy kapelusz, fryz i mejkap i ruszamy na bal życia, o!
Oczywiście statystycznie jest też możliwe, że akurat nasz egzemplarz jest miłym, domowym, na wskroś porządnym chłopem, zaradnym, troskliwym, przewidującym, zrównoważonym i ...................................... (w miejsce kropek wstaw brakujące wyrazy), a nawet przystojnym i w dodatku trafia brudnymi skarpetami do kosza na pranie.
(No dobra, która trafiła szóstkę w totka? Jakoś nie widać... ale oto jest kilka pomniejszych nagród. Nie jest źle)
Temat związków i rozwiązków tu można uznać za zamknięty.
Wszystko w sumie da radę wpisać w schemat więc nie rozpaczamy, nie żałujemy, nie zatrzymujemy tylko zapobiegawczo lub w odwecie skubiemy, a następnie żyjemy długo i szczęśliwie. The end.

Z ginekologiem czy dentystą sprawa też nie przedstawia się tak tragicznie.
Jeśli podpadnie nam rzecz jasna.
Łatwo toto wymienić na inne, a nawet w takiej wsi na 500 tys. mieszkańców nie jest trudno szepnąć słówko tu i tam, zrobić kilka MERYTORYCZNIE ugruntowanych wpisów na forach internetowych z opiniami o lekarzach i wieść idzie pocztą pantoflową jak lotem błyskawicy obniżając takiemu przychód i dochód. I w ogóle nie jest trudno sprowadzić na delikwenta tzw. pecha. Każda umiarkowanie pomysłowa za to bardzo wkurzona kobieta to potrafi.

Mechanicy samochodowi często posiadają bardzo zazdrosne żony. Jak tak się czasem przyglądam tej grupie zawodowej, to tej żoninej zazdrości nijak nie jestem w stanie pojąć, ale z drugiej strony nie znam stanu wspólnego ich konta i w ogóle nie to ładne, co ładne...
Jednak niech nam taki coś grubo, grubo podpadnie. Głowicę źle splanuje lub zepsuje komputer podpinając pod niewłaściwy program diagnostyczny, przestawi w dieslu ząbki na pompie przy wymianie rozrządu, bo nie użył właściwych blokad, ALBO POPLAMI SMAREM NOWE DYWANIKI, no to chłopak będzie miał ciepło!
Zawsze znamy kogoś, kto zna kogoś, kto zna panią Jadzię z mięsnego, która zna panią Stasię z kiosku, która zna kucharkę ze stołówki w zakładzie pracy najlepszej przyjaciółki żony mechanika. I właśnie ta przyjaciółka, zupełnie przez przypadek, dowie się przy bufecie, że oto mąż jej najlepszej przyjaciółki siedzi w warsztacie po godzinach, bo konserwuje podwozie klientkom.
Po czym z satysfakcją czytamy w lokalnej prasie codziennej o przemocy domowej na ulicy Bławatkowej i poranna kawa od razu lepiej smakuje :)

I dochodzę do wniosku, że najgorzej ma się sprawa z weterynarzem.
No bo jeśli na ten przykład idziemy zatroskane z naszym kotkiem do weterynarza: z naszym ślicznym, puchatym, smukłym koteczkiem, któren właśnie od jakiegoś czasu nie ma apetytu, nos odwraca od polędwicy wołowej i wątróbki z kurcząt ekologicznie hodowanych, z sił opada, przez ręce leci i z osłabienia nawet główki z fotela nie podnosi. Jeśli idziemy po pomoc, ufne jak dzieci, z ukochanym zwierzątkiem, któremu grozi śmierć głodowa na naszych oczach, a słyszymy diagnozę wypowiedzianą pod pozorem troski, że NASZ KOT JEST ZA GRUBY, BO PRZEKARMIONY PO PROSTU, A DO TEGO LENIWY I ROZPASKUDZONY, to przecież się facet tylko o śmierć prosi i językiem sobie grób kopie!!! Nie no! Takiego łajdaka nie można przy życiu pozostawić!
I tu rodzi się prawdziwy problem...

sobota, 5 maja 2018

Tuśko-bazarek - podsumowanie i wieści

W pierwszych słowach chciałam bardzo, bardzo serdecznie podziękować wszystkim, którzy wzięli udział w tuśko-bazarku i tym samym udzielili OLBRZYMIEGO wsparcia finansowego naszemu stadu.
Jestem bardzo wzruszona takim wspaniałym odzewem, ciepłem, życzliwością! Te dobre emocje, jakie towarzyszyły licytacji były mi równie potrzebne jak finanse, a kto wie czy nie bardziej!
Fanty zostały rozesłane, mam nadzieję, że już dotarły do Adresatów i zakupy nikogo nie rozczarowały.
(Nie wszyscy jeszcze się po swoje fanty zgłosili, także jak komuś się alzheimer cofnie, to zapraszam - a jeśli z jakichś powodów ktoś nie może lub nie chce - Kochani, jest ok, przymusu nie ma)
Jak zwykle przy takich okazjach dzieje się magia i tym razem było tak samo.
Specjalnie na okoliczność bazarku na googlu zalogowała się Aga Maga z Wro i się spotkałyśmy w celu przekazania fantów. Spotkałyśmy się kolejny raz w życiu... ostatnio widziałyśmy się na szkolnych korytarzach naszej podstawówki :) Fajnie, nie?
Myślę, że nie był to ostatni soczek, który razem wysączyłyśmy :D

Dzisiaj byliśmy u NNNŚ Weta i melduję, co następuje:
Tusięty jest zdrowy jak ryba i nie ma konieczności inwestować w drogie testy alergologiczne. Owszem, coś go uczuliło i zareagował, ale teraz jest ok, a czynników, które mogły wywołać taką odpowiedź jest w czorta i ciut i nie ma gwarancji, że testy je wykryją.
Testy na razie możemy odpuścić.
Trzeba natomiast w trybie dość pilnym usunąć dwa dolne połamane kły, bo są tkliwe, zepsute i przeszkadzają kotu w normalnym jedzeniu.

Tusiek wygląda obecnie jak pączek w maśle, waży ok 7 kg (raczej więcej niż mniej) i jest żywym dowodem na to, że naturalnym środowiskiem występowania kota jest fotel ;)
Po przejażdżce do Weta, gdzie w sumie był tylko do towarzystwa, przylazł do kuchni i głośnymi rykami - czego nauczył się od kocic - zażądał wypłaty zadośćuczynienia za straty moralne w kocich kabanosach!