poniedziałek, 8 grudnia 2014

Bazyl, Bajzel, Rudzieńkie - Pulpet nasz kochany!



     O Bazylu pisać mi jest trudno, bo był moim psim ukochaniem. Każdy, kto miał w życiu więcej niż jednego zwierzaka wie, że oczywiście wszystkie się je kocha ale z niektórymi po prostu łączy nas coś innego, coś wyjątkowego i ten, a nie inny zwierzak zapada nam głęboko w serce i duszę. Tak było z Bazylem i ze mną.
   Bazyla adoptowałam w sierpniu 2006 roku - oczywiście z przepełnionego po wakacjach schroniska. W tym miejscu się przyznam, że schronisko ma w stosunku do mnie 100-procentową skuteczność, za każdym razem wracam z niego ze zwierzem. Dlatego rodzina zakazała mi odwiedzania schroniska w godzinach pracy biura - czyli wtedy, kiedy można adoptować psa.
  W 2006 roku wpadło mi do głowy, że fajnie byłoby mieć oprócz Foxa jeszcze jednego psa. Tak zupełnie sam z siebie ten pomysł nie przyszedł. On we mnie jest, nie wiem od kiedy, ale w sumie winę mogę zrzucić na rodziców- biologów i książki, jakie się w naszym domu czytało. Od zarania dziejów wiedziałam, że relacja pies-człowiek jest jedyna w swoim rodzaju, ale jeszcze ciekawsze jest obserwowanie relacji pies-pies!
    Wszystko sobie długo planowałam, potem ze starszą siostrą uknułyśmy intrygę, jaką bajkę wcisnąć rodzicom, żeby wykład zwrotny nie trwał za długo. Gdyby moi rodzice od początku wiedzieli, że ja - samotna matka z małym dzieckiem, psem i kredytem mieszkaniowym - biorę sobie na głowę kolejnego psa, mieliby temat na powieść w odcinkach. Dlatego akcja musiała być dobrze zaplanowana i przeprowadzona i tak też się stało. Ponieważ Fox jest dużym psem, postanowiłam, że drugi będzie mały - głównie ze względu na Tofika, który już od dawna dudłał, ze chce mieć swojego psa, bo Fox był zdeklarowany po mojej stronie ;)
    W upalny, sierpniowy piątek wyruszyłyśmy do schroniska - moja starsza siostra, moja siostrzenica i ja. Łazimy między boksami, psów w nich całe stada ale jakoś TEGO nie ma. Były tam wolontariuszki. Jedna nas grzecznie zagadnęła, czy może nam w czymś pomóc. Wyłuszczam po co przyjechałyśmy, jakie mamy oczekiwania względem burka i w ogóle, że wezmę takiego, co go nikt nie chce. Dziewczyna się przejęła i zaczyna nam z boksów wyprowadzać różne zwierzaki, a mnie aż głupio, bo wybrzydzam, bo żaden to nie TEN. Widzę, że dziewczyna zaczyna tracić pomału cierpliwość i myśli, że ma do czynienia z marudną wariatką, wspieraną przez dwie takież same nienormalne. W końcu, gdzieś z końca boksu wywlekła opierającego się żółtego psa. Sporego, krępego, wilczkowatego pulpeta na króciutkich łapach. Jedno ucho stoi, drugie nawet nie zamierza. W zasadzie dzikiego, bo do krat i ludzi w ogóle nie podchodził. A we mnie jakby piorun strzelił - TEN!!! Dowleczony do nas pies rozpłaszczył się na ziemi, stulił uszy i łypie spode łba!
- Biorę!
Siostra go obejrzała sceptycznie... - No, wiesz... on wcale nie jest mały...- W tym momencie Bazyl pokazał zęby. Charakterny zawsze był!
- Mały jest. Znam się na tym. Bierzemy!
    Jeszcze tylko przyprowadziłam Foxa z samochodu, żeby zobaczyć co on na nowego kumpla. Bazyl przez cały czas leżał przyklejony do ziemi i łypał nieufnie. Fox stanął nad nim, obwąchał od nosa do ogona ten rozpłaszczony krępy wałek i popatrzył na mnie w stylu bierz tego dziwoląga i choć już, bo gorąco.
No to bierzemy burka na sznurek i ciągniemy w stronę biura, dokonać formalności. Ale burek ani myśli iść! Albo leży zaparty łapami, albo skacze na boki, wyrywa się i ciągnie wrzeszcząc, jakby go ze skóry obdzierali! Ewidentnie chce wracać do bezpiecznego, znanego boksu. W końcu udało nam się przejść te 30 metrów do biura - wpadłyśmy tam upocone, umordowane jak po corridzie! Potem wspólnymi siłami wpakowałyśmy miotające się bydle do samochodu - siostrzenicy na kolana, bo tylko to gwarantowało względny spokój.
      A kilka dni później, stojąc przed rodzicami i patrząc im w oczy (trzy dorosłe baby!) wciskałyśmy łzawą bajeczkę, jak to ja z siostrzenicą - będąc w pobliskim lesie - odwiązałyśmy psa od drzewa (w piekle się będę smażyć, ale przynajmniej wiem, że warto było!).
   Bajeczka tak całkiem bajką nie była. Bazyl faktycznie został porzucony w okresie wakacyjnym w mieście i przywiązany bodaj do słupa, jako pięciomiesięczne szczenie. A potem siedział rok w schronisku, bo jak nas poinformowały wolontariuszki - takich niskich, tłuściutkich nikt nie chce - bo brzydkie!
    Szybko też się wydało, dlaczego spotkał go tak okrutny los. Otóż Bazyl był bardzo inteligentnym psem, a to oznacza, że niepokoiło go wiele zjawisk, na które inne psy nie zwracają uwagi. Bazyl był jak Osioł -  przyjaciel Shreka - wszystkie swoje emocje nosił jak odzież wierzchnią! Samochodów nie rozumiał i reagował na nie wymiotami. Nie była to wcale choroba lokomocyjna! W późniejszych latach Bazyl haftował w samochodzie tylko, jak gdzieś wyjeżdżaliśmy. Wystarczyło jednak powiedzieć "Bazylku wskakuj! Wracamy do domu!", a wskakiwał radośnie do samochodu i całą drogę spał lub gapił się przez okno. Potem, kiedy całkowicie mi zaufał i opanowaliśmy razem kilka stałych tras, wiedział, że zawsze jedzie się na trochę gdzieś i wraca. Jeździł więc spokojnie.
Ale -skubany - zawsze zapamiętywał trasę i nie mogłam zmienić drogi, gdy Bazyl znał cel podróży!
    Co roku jeździmy na wieś, w góry. Droga wiedzie 200 km autostradą i 50 km drogami szybkiego ruchu. Czyli zawsze powyżej 80 km/h. Przy tej prędkości Bazyl spał. Kiedyś jednak pojechałam inną drogą, bo na autostradzie były straszne korki - wypadki, remonty etc. - jechałam wolniej, zaniepokojony pies nie dość, że cały czas skamlał, to jeszcze rozstroił nerwowo pozostałą dwójkę!

Ale wróćmy do początków.
     Przywieziony do domu ze schroniska czuł się obco i nieswojo. Szybko załapał, że pełnię rolę opiekunów - czyli napełniam miskę, ale oparcie może mieć tylko w kumplu! Fox! Nie okazywał agresji więc Bazyl nieśmiało próbował jakoś się do niego zbliżyć. Obłaskawiony przeze mnie przysmakami nawet dawał się pogłaskać i jakoś tak pod koniec pierwszego dnia już stosunki między nami były przyjacielskie. Jednak wieczorem poszłam pod prysznic i wylazłam z mokrą głową. Pies cieszył się jak dziecko, gdy wyszłam z łazienki, bo cały czas pilnował pod drzwiami, czy aby nie zwieję mu odpływem. Obwąchał mnie uważnie i zadarł pysk w radosnym uśmiechu i wtedy...! Wtedy WŁĄCZYŁAM SUSZARKĘ!!! Bazyl nie wiedział, gdzie uciekać! Chciał podbiec i przytulic się do mnie, ale to ja trzymałam to straszne coś! Zobaczył Foxa leżącego spokojnie na dywanie w pokoju, podbiegł do niego, schował się za Foxem i bezpieczny znad jego grzbietu obserwował dalszy rozwój wypadków.
      Fox! To on był przyjacielem, nauczycielem, mentorem. Razem stanowili tandem jak Filemon i Bonifacy. Bazyl zawsze obserwował Foxa i robił wszystko to, co Fox. Fox po przyjściu ze spaceru szedł pod drzwi balkonowe i siadał, żeby mu otworzyć - zawsze kładł się na balkonie. Bazyl widząc, że Fox kieruje się na balkon, biegł, wyprzedzał go i... walił głową w szybę, której nie znał. Fox patrzył na młodego głupka z politowaniem. Po dwóch dniach Bazyl podbiegał do drzwi balkonowych i grzecznie siadał, żeby mu otworzyć! Z miną: widzisz, ja też już umiem!
     Drugiego dnia po adopcji, rano Bazyl podszedł do szafy podniósł nogę i z ulgą na pysku opróżnił pęcherz. Jakież było jego zdumienie, gdy Fox rzucił się do mnie z przeprosinami! Albowiem dobrze wychowany Fox wiedział, że w domu się nie siusia i w dodatku czuł już się odpowiedzialny za smarkacza. Bazyl gapił się na tą scenę zdumiony, potem sprawę sobie przemyślał (!) i NIGDY więcej nie załatwił się w domu!
  Bazyl i Fox - zawsze razem!



Ulubiona zabawa na każdym spacerze - przeciąganie kija. Czasami ludzie się gapili, jak dwa "agresywne" psy, warcząc groźnie biją się o patyk. Ale miałam ubaw, bo te rzekome walki faktycznie wyglądały spektakularnie.








Pani poszła pod prysznic. Łóżko jest nasze!





Nie ma takich dwóch, jak nas trzech:


No dobra. Wiem, że przeskrobałem, ale żeby zaraz wykład z kapciologii...


Nie myśl sobie! My tez mamy coś do powiedzenia:


Miło mi, Bazyl jestem.

A pies Ci mordę lizał!



   Bazyl, Bajzel zwany również Pulpetem nigdy nie chorował. Cokolwiek zjadł, działał jak czarna skrzynka. Wiadomo, co na wejściu, wiadomo, co na wyjściu ale w środku tajemnica. Co najwyżej wydęty brzuszek i bulgoty - ale jak koza Bazyl trawił wszystko. Dlatego, kiedy w czerwcu Bazyl zaczął jeść namiętnie trawę potem raz zwymiotował od razu byłam u weterynarza. Niestety Nasz Weterynarz Cudotwórca wyprowadził się z miasta i trafiliśmy do bardzo miłej pani. Zrobiła Bazylowi badania krwi - wszystko w porządku - dała antybiotyk i środki na odrobaczenie i wszystko wróciło do normy. Ale na krótko. A w domu był wtedy jeszcze chory Pixel, którego z bólem serca odprowadziliśmy za Tęczowy Most 30 czerwca :(
    Na początku lipca stan Bazyla zaczął się szybko pogarszać. Przyszło wodobrzusze, potem wyniki badań krwi (podstawowe nadal świetne!) pokazały, że pies ma odbiałczenie kompletne i brak elektrolitów. Kroplówki, lekarstwa pomogły! Dawały nadzieję. Ale diagnozy nadal nie było! Walczyłam 2 tygodnie! Badania! Weterynarze! W końcu odnalazłam Naszego Weta via internet. W niedzielę wysłałam na maila wszystkie wyniki badań, prześwietlenia. W poniedziałek skoro świt zadzwoniłam. Powiedział, że jest źle ale chyba nie beznadziejnie, choć wszystko wskazuje na nowotwór. Kazał przyjechać jak najszybciej. Wyszłam z Bazylem i Foxem na poranny spacer. Psisko szło wolno i było słabe. W domu nie chciał się nawet napić. Zachęciłam go do wyjścia.
- Choć Bazylku. Jedziemy po ratunek do naszego pana doktora.
Bazyl popatrzył na mnie, potem poszedł do leżącego na legowisku Foxa, usiadł koło niego przytulony zadkiem, wstał i ruszył ze mną do drzwi. Nie wiedziałam, że to było ich pożegnanie... Fox wiedział.
Pognałam 40 km ze słabiutkim psem po ratunek. Nasz cudowny Wet czekał w pełnej gotowości bojowej. 
Ściągnął nawet asystenta i byli przygotowani do trudnej operacji. Jak mi powiedział, do końca miał nadzieję, że to np. jeden płat wątroby i uda się psa uratować. Niestety usg wykazało, że nowotwór zajął wszystko - żołądek, trzustkę i wątrobę. Nie wiadomo, gdzie był na początku, bo to wszystko były przerzuty. Blade dziąsła, które rano tak strasznie mnie zaniepokoiły, świadczyły o ustaniu pracy nerek. 4 sierpnia Bazyl wyruszył za Pixelkiem do Krainy Wiecznych Łowów. Nie miał nawet 9 lat, a jego pierwsza choroba okazała się ostatnią.
     Jechałam rycząc z powrotem do domu. Już bez Bazyla. Trzy razy pomyliłam drogę, a na obwodnicy wlekłam się otumaniała jakieś 50 km/h. Nie pamiętam jak dotarłam do domu. Wlazłam i nikt mnie nie przywitał. Zrozpaczony, stary i na wpółślepy Fox leżał na posłaniu i się nie ruszył do końca dnia. 
   Następne dni były straszne. Fox, dla którego Bazyl na koniec życia był wsparciem, obrońcą i oczami (role się odwróciły), nie chciał jeść, nie chciał wychodzić, wyciągnięty na spacer ze strachu (bo nie widzi) rzucał się na inne psy. 
     Tu wyjaśniam tym, którzy tego nie wiedzą. Pies nie ma fenomenalnego wzroku i nie musi, bo większość bodźców odbiera nosem, uszami i EMOCJAMI! Kiedy przed Foxem szedł Bazyl i spokojnie reagował na znajome psy, bo je widział i czuł z daleka, Fox wyczuwał jego emocje i szedł spokojnie za Bazylem. Psy w znacznej mierze komunikują się swoimi nastrojami!!!
   W domu Fox czasami wstawał i podchodził to do mnie, to do chłopaków i pytająco zaglądał nam w oczy swoimi zamglonymi ślepiami. Tak jakby chciał, żeby mu wyjaśnić, dlaczego po ośmiu latach nagle stracił swoją sforę i został sam... Wiedziałam, że jak czegoś szybko nie zrobię, Fox odejdzie z rozpaczy. Widać było gołym okiem, że to odejście zbliża się olbrzymimi krokami. 
   I tak nastała nam Kreska, ale to już następna psia historia.

     A żeby nie było tak smutno na koniec, Bazyl w tym roku odwiedzi nas wszystkich w zaprzęgu Świętego Mikołaja! Może nawet "wygryzie" Rudolfa, kto wie.




Plenerowe zdjęcia moich czworonogów pochodzą w dużej mierze z >>> TEJ STRONY <<< gdzie można zobaczyć ich o wiele więcej po w pisaniu w okienko wyszukiwania imienia psa.


8 komentarzy:

  1. Ze "niskich, tłuściutkich nikt nie chce "????? Bo brzydkie????? Takie sa przeciez najsliczniejsze, glównie do takich bije moje serce! (co pewnie widac po moich obrazkach). Takie klocki wlasnie, prawie jak bochenek tostowego chleba na czterech krótkich nózkach. Przecudne, przeslodkie. Nie dziwie sie wcale wcale wcale, ze wzielas :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć Diable! A masz takie cudo na stanie? Ano niestety. Takie rustykalne rasowce nie są w cenie. Jeszcze jak cię mogę takie nakolankowe jamnikopochodne, właśnie bochenek tostowy, to pójdą, bo toto można pod pachę wziąć (Pixel). Ale takie jak podwójna zgrzewka 10kg cukru-dużo-tanio-tesco, czyli wielkość baseta i ciut większe (czyt. cięższe), na krótkich łapach, to już lipa. Bazyl wbrew pozorom był spory (18 kg). Ale każda potwora itd. Ja właśnie taki fason uwielbiam!!! Co się objawi w którymś z następnych postów, bo teraz króluje na włościach Kreska :)

      Usuń
    2. A, to znaczy taka grubsza Krecha raczej? :)
      My nie mamy zadnego zwierzynca, bo nie ma nikogo, kto móglby sie nim zajmowac jak wyjezdzamy. Ale zawsze mówie, ze jakbym mogla, to obowiazkowo kot, miniaturowa swinia (no to juz wymaga domu i ogródka, eby sobie mogla ryc), i taki wlasnie klockowaty pies. Piekna trójca by byla!

      Usuń
    3. Kresiulec tłuściutki i długaśny :))) Mnie się też zawsze świnka marzyła - choćby wietnamska - świnie są bardzo inteligentne! Ja swoją sforę zawsze zabieram ze sobą i jedziemy ahoj cygańska ballado! Dla psów kupiłam samochód kombi, ale to i tak nic! Mój mechanik kupował samochód dla... koszatniczki! Musiał być z klimą, bo mysza nie może się przegrzać! Co miłość do zwierząt robi z ludzi... ;)

      Usuń
  2. Ojej... Jednak mi bardzo smutno teraz. :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, tej straty chyba nigdy nie przeboleję...

      Usuń
  3. :* ... najsmutniejsza strona psa ...

    OdpowiedzUsuń