wtorek, 14 lutego 2017

Cywilizowane gumno

Ledwo pod ostatnim postem napisałam "Choć jak na złość mój żywot często ubarwia się sam, wywołując u mnie ataki paniki ;)" a słowo ciałem się stało.
Zaraz po nowym roku życie podstawiło mi nogę, a gdy fiknęłam orła to dopadło i skopało po siniakach. Skubane jedne! Żeby ono - to życie - miało zadek! O jakże ja bym je chętnie po nim kopała! Tak z fantazją, od serca i z półobrotu!
Miało być pięknie, miałam sobie odzipnąć, popisać na blogasku i może wreszcie coś poszyć - a wyszło jak zawsze. No i jeszcze to zimno.
Ponoć to już końcówka. Już ma iść ku lepszemu, znaczy cieplejszemu, ale uwierzę jak poczuję. Jak się spocę w za ciepłej kurtce ;)
No i właśnie skiż tego zimna naszły mnie rozważania przyszłościowo-gumienne.
Zima to ta pora roku kiedy bycie blokersem (słowotwórstwo zaczerpnięte od Megi) doskwiera mi najmniej, w porywach do wcale. Odkręcam kaloryfer, owijam kocem, wlewam w siebie hektolitry gorących płynów i dbam, żeby moje terrarium się nie rozszczelniło.
A zima atakuje. Dzisiaj rano za mym oknem roztaczały się plenery do Ekspresu polarnego, Opowieści z Narnii i Mrocznych materii razem wziętych.
Trzeba się było jednak z psunami na spacer zebrać - co wywołuje u mnie niechybnie fale żalu nad mym ciężkim losem i współczucia dla mnie samej, że jako ta dziewczynka z zapałkami... (No i co, że mam puchową kurtkę, otulona jestem w wełny od stóp do głów i solidnie obuta - przecież WIEM, jak tam się czuję w środku tego wszystkiego! I żal mi tej istoty, co na mróz bladym świtem itd.)





Brzozy moje ukochane, które niestety susza z 2015 zabiła na śmierć:


I tak od miesiąca.



I przyjaciółki moje, wrony:



co to zawsze czekają, co im z kociego stołu spadnie



A pierwszy atak zimy w tym sezonie przeżyłam w połowie listopada, gdy mnie poniesło na rodzicielskie gumno.
Siedziba owa jest położona malowniczo, w górach - choć dla niektórych Beskidy to nie góry. Zapewniam jednak, że w czasie zimowym, a zwłaszcza w porównaniu ze stolicą Dolnego Śląska, Beskidy to góry. No i w połowie listopada było tam już górzyście zimno.
Ponieważ mój Rodzic akceptuje wybiórczo osiągnięcia cywilizacji, przeto pobyt na beskidzkim gumnie poza sezonem letnim suchym rodzi we mnie uczucia ambiwalentne. Ogrzewanie kominkowe jest ok, pod warunkiem, że w kominku aktualnie buzuje. Łazienka bez ogrzewania stałego (piecyk olejowy się nie liczy), z przepływowym, mało wydajnym ogrzewaczem wody jest ok w upalne lato. Ścieżka wydeptana w trawie jest ok, pod warunkiem, że nie musimy się wydostać na drogę zanim obeschnie rosa lub nie trzeba się wykopywać ze śnieżnych zasp, opcjonalnie gdy nie pada i człowiek nie musi brnąć po kostki w gliniastym błocie. Naprawdę brak utwardzenia na dróżce do domu sprawia, że dla mnie - urodzonego mieszczucha, przebrnięcie tych 30 metrów staje się sportem ekstremalnym (komu wyobraźni nie staje, niechże sobie przypomni scenę z Nocy i dni, jak to Bogumił Niechcic z małżonką zajeżdżają przed dom do Serbinowa).
Nie jestem w tych uczuciach odosobniona. Reszta rodziny też tak ma. Niemniej im trudniejsze warunki, tym większy banan na licu Rodzica, któren czuje natenczas bliskość natury.

Widoczki z gumna listopadowego. O, prosz:



Pyza - nasz domowy ziarnojad - czyści karmik



Kreska - miejska paniusia - mocno zdegustowana, stąpając ostrożnie, oddalała się od domu  na kilkanaście metrów, celem defekacji i pędem wracała.



Na owym beskidzkim gumnie, w ciężkich warunkach bytowych (stare piece, szpary między deskami sufitu, nieszczelne drzwi i sławojka na zewnątrz) upłynęło mi dzieciństwo i młodość - znaczy wakacje i ferie. A studnia widoczna powyżej, to nie fantazyjna ozdobna atrapa, tylko źródło wody pitnej, od niedawna zaopatrzone w hydrofor w środku i abisynkę na zewnątrz. Do 2010 roku ciągnęło się wodę wiadrem. Doceniam również wynalazek pt. tara do prania. Kto musiał prać ręcznie i miał okazję spróbować z tarą wie, o czym mówię.
Tak, drzewo też umiem rąbać. Ale nie żebym za tym tęskniła.

No i tu przechodzimy do meritum, czyli opowieści o Babce mego znajomego z naszej wiochy. W tamtych stronach do dziś często zamiast słowa babcia, używa się słowa babka. Również w zwrotach bezpośrednich. Ładnie mi to brzmi :)

No więc rzeczona Babka zamieszkiwała sobie w chałpie, na stoku powyżej pól i łąki, już przy samej granicy lasu. Żyła sobie czerstwa starowinka sama, bo mąż już ją odumarł a dziecka poszli na swoje. Żyła sobie, jak ojce kiedyś żyli i to życie jej służyło. Koło siebie zrobiła, i w obejściu, i wokół żywiny - bo i kury były i koza. Takie tam zwyczaje kiedyś były, że w obejściu była krowa, a jak samotna osoba zostawała na gospodarstwie, panna bez rodziny lub wdowa, to sobie kozę sprawiała.
Latem w polu Babce zrobiły dziecka i wnuki, jesienią opału nanieśli, a zimą sobie sama mieszkała. Krzątała się po domu i w obejściu, jajko sobie ugotowała i ziemniaków z mlekiem, kota pogłaskała, różaniec zmówiła i dobrze jej było.
No i spadł śnieg którejś lepszej zimy. Spadł i nie chciał stopnieć. Nie dość, że spadł raz, to jeszcze padał cyklicznie. Zaspy były po nos i w związku z tym Babka została odcięta od świata.
Nie żeby to Babce przeszkadzało.
Światu zaczęła jednak ta sytuacja uwierać, a dokładnie rodzinie, co to w ciepełku na dole we wsi siedziała. Frasunek wielki rodzina miała, a z frasunku jak wiadomo dziwne wizje i lęki się lęgną. Zobaczyli więc oczyma duszy, jak to Babka pod śniegiem zamarzła, jak to wilcy jej zamarznięte zwłoki ciągają (czemu te wilcy nie miały się zająć kurami i kozą, no i skąd te wilcy - nie wiadomo) dość, że wkręcili się równo i rodzina przy wsparciu wsi i służb stosownych zorganizowała ekspedycję ratunkową.
Ruszyli tedy gromadnie. Przodem wóz strażacki w pług zaopatrzony i strażaków krzepkich z łopatami do śniegu. Policja, też krzepkie chłopaki, żeby strażaków wspomóc w razie by co, no i żeby protokół spisać przy zwłokach Babki. Pogotowie, żeby zgon stwierdzić, a gdyby jakimś cudem jednak się w Babce jeszcze życie kołatało, żeby owe życie reanimować - ale bądźmy szczerzy, jakie życie pod tym śniegiem, ech... No i przedstawiciele rodziny, żeby Babkę godnie pożegnać i żywinę zaopiekować. Pozostała rodzina zajęła się przygotowaniami do niechybnego pogrzebu i opłakiwaniem Babki.
Sama zainteresowana rąbiąc sobie szczapki na rozpałkę w obejściu, zobaczyła z góry, że ku niej ta oryginalna procesja zmierza. Zakrzątnęła się przy piecu, żeby herbaty ciepłej przygotować, bo jak się takim Kolędnikom zachciało do niej z wizytą iść, to trza ich godnie podjąć, gdy za kilka godzin zmarznięci staną u drzwi. Naszykowała Babka herbaty i poczęstunek i zajęła się swoją robotą.
Tak ją też umordowana ekspedycja zastała :)
- No diabły i janioły widzę, a Turonia żeśta po drodze nie zgubili? - powitała ich promienna Babka rozciągając usta w bezzębnym uśmiechu.
Zbaraniałe służby i rodzina, mocno zaskoczone zastaną sytuacją (a nawet urażone niestosowną żywotnością Babki w obliczu zbiorowego poświęcenia sił i środków na ratowanie tejże), jęły tłumaczyć staruszce powód swojej wizyty. Uśmiała się Babka, że ho, ho!
Oświeciła młodzież, że zima to i owszem była, ale w sezonie 1939/40, a potem to jeno prószyło jak z rozprutej pierzyny. No ale skąd oni mogą o tym wiedzieć, skoro takie młode som. Napoiła utrudzonych ciepłą herbatą, z uprzejmości dała sobie zmierzyć ciśnienie i do gardła zajrzeć, skoro dochtór się pofatygował i jęła wyprawiać do domu nazad.
A tu zarówno służby, jak i rodzina bez Babki wracać nie chcieli. Myślę, że nadal obrażeni na Babkę, że ta nie była jednak uprzejma zamarzać, skoro oni przyszli ją ratować. Przepychanki trwały długo. Wszyscy po kolei próbowali Babce do rozumu przemówić, choć Babka swój rozum miała bystry i na miejscu.
- No niechże Babka nie będzie dziecko, niechże się Babka pakuje i wraca z nami, bo jeszcze tu Babka zemrze i co?!
No i tu się Babce cierpliwość wyczerpała. Zwłaszcza, że jak to objaśniła słuchającym, Pan Bóg wie, kiedy ma ją z półki wziąć, a jej to by nawet było na rękę, bo więcej ma bliskich tam niż tu i nikt między Pana Boga a Babkę wtrącać się nie będzie, o!
Pogoniła towarzystwo i wiem, że jeszcze sobie pożyła, nie dam głowy czy długo ale z pewnością szczęśliwie.

Tak to historia krzepkiej staruszki, zimno za oknem i doświadczenia beskidzkiego gumna sprawiły, że poważnie się nad gumnem zaczęłam zastanawiać. Jakież ono ma być, to wymarzone.
Czy w ogóle jest jeszcze możliwe, żeby sobie żyć jak owa Babka z kozą i kurami, własnym rytmem i przyrody rytmem, z Panem Bogiem jak z najlepszym przyjacielem.

Te rozważania przeniosły się na sesję herbacianą przy stole w kuchni Ani (Frajda Przyrodnika), gdy delektowałyśmy się podnoszącym na duchu szatańskim darem Diabła w buraczkach (dzięki Ci, ach dzięki za cudownie diabelski dar Diable!)
I wyszło nam z tych rozważań, że:
1. najlepsze jest gumno takie po środku niczego, w głuszy kompletnej, daleko od cywilizacji - no wiecie, szum wiatru w koronach drzew, ptasie trele, no niechby już nawet te wilcy - ale:
2. z internetem szerokopasmowym;
3. i żeby były blisko szkoły i przedszkola, bo dzieci jeszcze małe (to Ania)
4. i ośrodki zdrowia i szpital, bo Rodzic już młodszy nie będzie (to ja, a Ania trochę też)
5. no i Biedronka, oraz pociąg, bo trzeba czymś do pracy dojeżdżać;
6. no i żeby nie był to Serbinów bis (to ja - mam taki beskidzki uraz)
7. żeby było ciepło i komfortowo ale żeby było dziko...
No i masz babo placek - jak to pogodzić? :)))

A jakby tam kogo jednak na Żywiecczyznę pognało, czy to latem, czy zimą i posilić by się chciał godnie, suto i w cenach ludzkich to Karczma w Żywcu jest jak najbardziej rekomendowana.
Dobrze w mordę dają. Zjeść można smacznie bardzo i do wypęku za kilkanaście zyla, że się człekowi jeszcze długo pełny żołądek rozleniwieniem błogim objawia.
Cokolwiek tam zamówicie, będzie Wam smakowało, za co ręczę, bo jestem od tamtej kuchni uzależniona. Zawsze mam dylemat z wyborem, ale zupy nigdy nie przepuszczę. Zwłaszcza kremu z borowików, choć serowa też palce lizać. Dostaje się pół litra gęstego jak sos kremu, ze złotymi, chrupiącymi grzankami, usypanymi w piramidkę na osobnym talerzyku. Zupy to koszt rzędu 8-10 złotych. Po takiej zupie mało co można jeszcze wcisnąć, ale mnie się zawsze udaje ;)
No i "pszczeli dzbanek" trzeba koniecznie zamówić i spróbować. To herbata korzenna, podawana w dzbanku (spokojnie starcza na 2-3 osoby, ale ja obalam sama ;) ) i osobno pyszny miód do osłodzenia. Desery też mają, ale nigdy nie doszłam tak daleko ;)

>>> TU <<< jest ich strona. Jeśli kto ceni zwiedzanie kulinarne na równi z turystycznym, to doceni ten adres. Osobiście z wiekiem zwiedzanie kulinarne zaczęłam przedkładać nad jakiekolwiek inne :)





P.S.
Podczytywałam w międzyczasie Wasze blogaski, ale teraz dopiero wezmę się za nadrabianie lektury, a i to w ślimaczym tempie - dalsze trudności obiektywne i nawet nie ma kto mi wywiesić napisu "przepraszamy za usterki"

34 komentarze:

  1. No bo to jest tak - Na starość im człowiek ma gorzej tym dla niego lepiej. Rozsądne korzystanie z wygód lubi się szybko przerodzić w wygodnictwo a wygodnictwo w lenistwo a od lenistwa się zamiera, czasem na śmierć. Gumno ma być odpowiednio położone, rzecz najważniejsza w gumieństwie. Dom gumienny dobrze jak jest w rozsądnych rozmiarach, taki do ogrzania a ogród najlepiej jak jest duży, taki żeby człowiek się w nim czuł swobodnie. Serbinów jest dopustem ciężkim, jako osoba posiadająca drogę ( skromne parędziesiąt metrów ) do kamienicy położoną na gruncie gliniastym dobrze znam ten ból.:-/ Gliniasto - wilgotnym klimatom drogowym nasze stanowcze nie!:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A toś mnię Tabasiu przeraziła, że ja ku śmierci wielkimi krokami zmierzam. Czas widać jednak za gumnem się rozejrzeć, zanim człowiek zgnuśnieje do końca i skończy źle. Ogród jednak nie za duży, żeby niemożność obrobienia nie wpędzała we frustrację. No i zdecydowanie nie Serbinów, co to, to nie!
      P.S.
      Oj jakie mam względem Ciebie wyrzuty sumienia, boś tyle ciekawego napisała, a ja nawet jednym okiem nie miałam kiedy zerknąć! Ale zerkać będę:)

      Usuń
    2. Nie przejmuj się blogowym czytelnictwem, grunt że real w porzo i opanowany. Gnuśność w starszym wieku źle się kończy, widzę wokół mnie ( bliziutko )zagłaskiwanie siebie i to co może zrobić się z tego powodu z człowiekiem w ciągu zaledwie jednego roku. Tatuś ma rację - żyć na full do upadłego a nie odchodzić przez zależenie. Ale co tam smęty, grunt że plan gumienny jest!:-)

      Usuń
    3. Real jeszcze nie w porzo ale opanowany. Rodzic mi zaległ w szpitalu, operowany trzykrotnie w ciągu 10 dni na ten sam wyrostek (dobrze, że choć zaczęli po dobrej stronie, bo i tak podejrzewam, że u staruszka jajnika szukali... wyrwałam biedaka ze szponów Narodowej Fikcji Zdrowia równo po miesiącu - jeszcze wciąż żył) i samochód mi umarł. Ale tak, gumienne plany są. Tu wbijamy ząb, tam pazurek i tak pomalutku, po troszku przysuwamy się do celu ;)

      Usuń
    4. Taa, po kontakcie z NFZ trzeba długo dochodzić do siebie. No to Ci nieźle dało popalić.:-/

      Usuń
  2. To Ty jesteś góralska dziołcha! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sensie, że krewka taka i ciupagą mogę przeżegnać? No bywało, bywało, choć była to deska do krojenia ;)

      Usuń
    2. Jakby co, to, no wiesz, ja zawsze się z Tobą zgadzam, a jeśli nie, to przez pomyłkę! ;-)

      Usuń
    3. Jak miło, że jesteśmy jednomyślne ;)
      Ostatnio zakupiłam Mężczyźnie w prezencie magnesik na lodówkę z napisem mniej więcej tej treści:
      Oczywiście Kochanie, że mogłabym się z Tobą we wszystkim zgadzać, ale wtedy oboje bylibyśmy w błędzie! ;)

      Usuń
  3. Jako gumno spełniam wszystkie warunki. Poza krajobrazowymi, no ale wszak nie można mieć wszystkiego, jak to mówio. Nikczemne górki też mam, co - jak na Wielkopolskę - to jest Beskid. Szkoła i przedszkole w odległości 3 km co i tak mnie (już) nie interesuje, ośrodek tzw. zdrowia - 8 km (przytomnie zaprzyjazniłam się z panią doktor), szpital - 20 km. Może być? Do huty nie muszę jezdzić, gdyż hutę posiadam na gumnie wraz z internetem szerokopasmowym. Są takie gumna, Psie. Zapraszam na rekonesans. Jest tu jedna chałupa na sprzedaż (ze stawkiem).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja na swoje gumno nie narzekam, chociaż kiedy odśnieżyć trzeba tych ponad 100 metrów do drogi, to czasem sobie myślę, a trzeba było bliżej wybudować tę chałupę. Albo kiedy wali snieg i grad i listonosz dzwoni do bramy i trzeba lecieć do niego przez te żywioły. No, ale czymże jest tych kilka metrów więcej w porównaniu z miłą prywatnością.

      Usuń
    2. Ja na swoje też narzekać nie mogę, choć nie tak dawno chciałam sobie okoliczności przyrody zmienić (z powodów czysto genetycznych). Odkąd mam porządny wehikuł gumienny i cztery psy (w tym dwa słusznych rozmiarów i pracujące na zewnatrz) nawet nie odsnieżam, psiule robia piekne ścieżki we wszystkie strategiczne miejsca. Na listonosza nie reaguję. Sąsiedzi zawsze w domu i od drzwi do furtki mają 2 kroki. Odbieram od nich pocztę każdą w terminie późniejszym. Mam co prawda z własnej woli gumno cywilizacyjnie pokrewne temu beskidzkiemu Twego Taty, ale łazienkę już mam w chałupie i nawet pralkę, lodówke i internet. Na tym się kończy cywilizacja. Lubimy ogień a palenie w piecach jest naszym hobby. Do tego sporo zwierząt gospodarskich i arsenał ręcznych narzędzi niezbędnych na gumnie. Wideł dwuzębnych, trójzębnych, amerykańskich, laubzegi, krajzegi, grabie wszelakie, dzieże niecki i łopaty do chleba, etc. Jak pisze wyżej Taba, na starość im ma się "gorzej", tym lepiej. Jestem tej prawdy najlepszym przykładem.
      Obyś znalazła gumno dla siebie odpowiednie!

      Usuń
    3. Dziewczyny kochane, moje gumno (tak jak wszystkie inne gumna) będzie zapewne wypadkową: kompromisu między marzeniem a realnymi potrzebami, oferty rynkowej, naszych (nie)możliwości finansowych, okoliczności życiowych i łutu szczęścia :)
      Jedno wiemy na pewno - ono, to gumno, BĘDZIE!

      Hanuś - żadnych zbiorników wodnych, póki komary nie zostaną wpisane na listę gatunków zagrożonych wyginięciem! poza tym mieszkam w mieście 5 rzek (z licznymi kanałami) i ponad 100 mostów - owszem, malowniczo, ale wszyscy tu trzeszczą z reumatyzmu. No i niestety nadal jesteśmy etatowcami, więc musimy dojeżdżać do naszych fabryk.
      Agniecha - jeśli jest to 100 metrów wyłożonych choćby płytą dziurawką, lub wysypane żwirem/koksem/popiołem whatever to nie jest to wydeptana w glinie ścieżynka i jest ok :)
      Rogata - gumno Rodzica też unowocześniało się stopniowo. Na początku wieku stanęła lodówka w sieni, dekadę później pojawiła się łazienka, a w niej pralka (wcześniej była Frania, czego nie liczę), o internecie można pomarzyć - dom stoi po niewłaściwej stronie górki, do niedawna nawet z komórki można było porozmawiać stojąc na ławeczce obok studni ;) A ogień jest fajny i też lubimy, ale nie wtedy gdy rano trzeba biec na pociąg i jechać do pracy. Wymarzone gumno powinno więc obok centralnego posiadać kuchenny piec kaflowy :)))

      Usuń
    4. Jakby tu rzec, ze względu na doświadczenia podobne do tych Serbinowskich na początku naszego pobytu, sypaliśmy tzw. kliniec oraz niesort ( lokalne produkty kopalni bazaltu ) na naszą drogę chyba ze 3 razy. Było to wysokiej błoto, błociszcze, bagno, zwane na mapie oraz przez urzędników drogą gruntową, w którą wsypaliśmy te tony kamieni i one za pierwszym razem po prostu znikły, wessały się bez śladu. No za drugim trochę zostało, a za trzecim uzyskaliśmy drogę utwardzoną. Myślę że odtworzenie okolicznych rowów melioracyjnych, których szukaliśmy w terenie z mapą w ręku, bo raczej nie było ich widać, spowodowało opadnięcie poziomu wód gruntowych w miejscu naszego uroczego siedliska i dlatego tylko udało nam się w ogóle wybudować coś, co się od razu nie zapadło w błoto po dach.

      Usuń
    5. BY the way, jakże chciałbym, ale później oczywiście, osiągnąć stan opisanej przez Ciebie Babki.

      Usuń
    6. No to wszystko zgodnie ze sztuką budowania dróg. Bo mój Mężczyzna - skończony budowlaniec - zawsze mi tłumaczył, że taka ścieżynka musi być zrobiona od 30 do 50cm wgłąb gruntu. Czyli akurat tyle kamorów udało Wam się w te drogę wcisnąć :)
      Zakładam, że chodzi Ci o stan umysłu Babki. Takie swoiste, babkowe ZEN ;) Też bym chciała.

      Usuń
    7. Stan umysłu. Jakże by inaczej. Mogłabym nawet nie mieć zębów.

      Usuń
    8. Faktycznie, jedynie stan uzębienia budzi pewien niepokój. Ale ziemniaki z mlekiem da radę rozciapać na gładką masę i przeciumkać ;)

      Usuń
  4. TAKI SNIEG od miesiaca?! Na bogów Walhalli (bo to chyba oni w takim razie przejeli wladze nad Wroclawiem) toz to straszne jest!!!

    Gumno urocze niezwykle - ale wygódki na zewnatrz nie znioslabym. Nie, nie, nie. To co wypunktowalyscie z Ania przy herbatce (chetnie dosle, tylko daj znak!) to wlasnie tez cos w mój gust, cieplo, ale dziko. I z internetem. Telewizji byc nie musi. No i spokojnie, na uboczu, ale jednak blisko do cywilizacji z powodów zdrowotno-zakupowych ;)
    No, i zamiast "nie Serbinów" u mnie ogólnie "nie Deutschland". Bo jednak jakbym juz miala gdzies dom kupowac, to jednak na znanych, wlasnych smieciach. Albo tez np. Portugalia, zeby miec w zimie +15° :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie śniegi zdążyły stopnieć, potem zamarznąć, potem dopadać, potem znowu się zbić i zamarznąć (nogi można połamać) i pomimo obietnic meteo, że ma się ocieplać codziennie rano widzę u siebie -7 lub -8 bleeeee. Ale dzisiaj jest słoneczko i chyba faktycznie już idzie na + :)
      Jakoś Ci się nie dziwię, że nie Deutschland... też mnie jakoś tam nie ciągnie.

      Usuń
  5. Psie w Swetrze odpowiadając na Twoje pytanie, czy to się da, to mnie się wydaje, że to połączyć się nie da, chyba. No, chyba, że życie pogłówne wieść w blokowisku, a życie poboczne na wsi wesołej i zielonej, jedynie w dniu wolne od pracy zawodowej, tj. na urlopie, (dwutygodniowym, jak dla mnie), bo tzw wekend jest za krótki na rozsmakowanie się,no i na rozpakowanie.

    Ech, to życie...

    Serdeczne uściski posyłam,
    BB

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! No way! Nigdy życia na dwa domy! To właśnie odkąd pamiętam mamy z rodzicielskim gumnem. Jedziesz na "wakacje" co roku w to samo miejsce, gdzie musisz odrobić roczne zaległości, masz huk roboty doraźnej oraz musisz zabezpieczyć wszystko na zaś. Co roku w zasadzie trzeba coś remontować, naprawiać, inwestować. A jak już z grubsza uda Ci się wyjść z robotą na prostą i oto mogłabyś przysiąść z ksiązką na trawce i się napawać, to trzeba się pakować i wracać.
      Pal licho, jak lokalizacja umożliwia przyjazdy w weekendy, ale nasz dom leży 256 km od Wro. Pobyty tam pamiętam jak niekończącą się orkę na ugorze. Radość posiadania takiego domu szybko staje się przymusem i jesteś do niego uwiązana. W okresie wakacyjnym przypomina sobie o Tobie lwia część rodziny i spore grono znajomych, wszyscy "wpadają" na kilka dni "bo u was tak pięknie".
      Beatko - przerabiałam i nigdy więcej. Ja chcę mieć gumno, które będzie moim domem na stałe i definitywnie opuścić blokowisko.

      Serdeczności kochana! :)

      Usuń
    2. Zgadzam się z Tobą Psie w Swetrze, że najlepiej się wyprowadzić i już, tylko co z tym lekarzem, szpitalem i Biedronką ;-) ?

      Usuń
    3. Zgadza się - myślę, że wypracujemy kompromis między dzikością a Biedronkami :)

      Usuń
    4. Dzika Biedronka - widzisz to oczyma duszy? Jak ona biegnie, leci, tupocząc kopytami, furkocząc skrzydłami, w mordzie trzymając Twoje zakupy, trochę oślinione.

      Usuń
    5. I składa je u stóp twych, merdając ogonkiem.

      Usuń
    6. A wiesz, że miałam podobne wizje po napisaniu tego komentarza ;) No bo jak może być mleko z biedronki i szynka z biedronki, to te biedronki muszą być spore. Ale nie wiem czy ortopteroidalny aparat gębowy biedronki pozwala donieść zakupy w jednym kawałku ;)

      Usuń
    7. i dlatego w swoim czasie ogarnęłam się i nie kupiłam wakacyjnego gumna :-D
      Trzeszczą z reumatyzmu?? co ty powiesz?? Ja tam lubię mieszkać kole wody :-)

      Usuń
    8. Megi, wykazałaś się wyjątkową przezornością i przytomnością umysłu :)
      Trzeszczą. Ja wiem, że Hitler to nie autorytet, ale za Hitlera to co cenniejsze dla społeczeństwa egzemplarze (oficerowie i ludzie z wyższym wykształceniem) nie mogły mieszkać w Breslau dłużej niż 5 - 10 lat, urzędnicy 10 -15 lat itd. Potem się musiało towarzystwo przenieść do suchszego klimatu.

      Usuń
  6. Ależ Ty cudnie piszesz ;-)
    Normalnie to ja takich dłużyzn na żadnym blogu nie czytam, a tu proszę, wsiąkłam w historię Babki.
    A Twoje biało_czerwone zdjęcie przepiękne! Ach, co tam mróz, skoro tak maluje ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eeeeee, yyyyyyyyyyyyy, oj. Spłonęłam rumieńcem zakłopotania, ale jakże mi miło :)
      Zawsze staram się krótko, a potem samo tak wychodzi, że jest długo...
      Fajne jest to, że zdjęcia zostaną a mróz sobie pójdzie ;)))

      Usuń
  7. Mieszkałam sporo czasu koło Serbinowa, Kurzy, co dalej Kurzą jest, i innych okołonocodniowych. Do Nieznanowa jeździłam na zakupy. Ty wiesz, że tam błota nie ma??? Ino kostki betonowe, ścieżki gracowane i inne doskonałości? To by się Barbara ucieszyła. Pojadę tam na wiosnę, bo dalej koło Kalińca mieszkam, to pokażę. Gumno rodzicielskie cudne. A Ty swojego szukaj, aż znajdziesz, jako i ja znalazłam, a może bardziej ono mnie. Czego Ci życzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jak to nie ma błota? Skandal! Mój nocodniowy świat runął. Ukradli? Wynieśli? Czy jednak Bogumiłowi udało się osuszyć? Czekać będę z niecierpliwością na relację z wyprawy :)
      Gumno rodzicielskie cudne - fakt. W zasadzie to gumno pradziadkowe. Cudne, tylko niepraktyczne po całości. No i daleko.
      Nasze gumno, gumienko, gumieneczko gdzieś jest i na nas czeka. Nawet mamy pewne przypuszczenia gdzie to być może, gdzie się ono zaszyło ;)
      Mam nadzieję, że porzuciłaś niedorzeczną myśl porzucenia swojego gumna? Przeszło Ci? Rozchodziłaś? Prawda?

      Usuń