sobota, 20 sierpnia 2016

22. Bolesławieckie Święto Ceramiki




Bylim i widzielim. A co!
A wszystko dzięki Kwiatowej 22, na której blogu impreza została zaanonsowana. Bo Kwiatowa 22, to w ogóle niezły KaOwiec i różne takie ciekawe rzeczy opisuje i imprezy podrzuci. Także no, dzięki Kwiatowa! :)



Bo ja 1. bardzo nieruchawa jestem i zwykle o takich cud-miód fajnych imprach dowiaduję się post factum lub po prostu trudności obiektywne (w tym własna opieszałość) nie pozwalają mi uczestniczyć;
2. w tym roku, po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy, zbuntowałam się przeciwko okolicznościom życiowym i powinnościom różnym względem różnych osób i spędzam urlop tak jak JA CHCĘ!
Czyli w domu. Własnym tempem. Poświęcając czas czynnościom, na które mam ochotę. I mam nadzieję, że będę mogła się pochwalić owocami moich działań :) A przy okazji nadrabiam kulturalnie, żeby nie zdziczeć.

Ale wracając do Bolesławca...

Byliśmy wczoraj i niewykluczone, że pogna mnie tam jeszcze jutro (bo do jutra włącznie ta cała zabawa trwa).
Co za CUDA, CUDEŃKA psze Państwa kochanego! Przeszło to moje najśmielsze oczekiwania.
W Bolesławcu byłam po raz pierwszy, ale już wiem, że nie ostatni.
Zachwyciła mnie mnogość wystawianego rękodzieła, a przy tym fantastyczna, radosna i kameralna atmosfera niewielkiego miasteczka. Naprawdę dobrze się tam czuliśmy i wspaniale się bawiliśmy.
Zaczęliśmy od obejrzenia ekspozycji i sklepu na podwórcu przed Zakładami Ceramiki Bolesławiec. Tam też porzuciliśmy samochód, bo jak się okazało (w porównaniu z odległościami wrocławskimi) do Rynku było rzut beretem.
Potem poszliśmy oczy paść na giełdę staroci, gdzie było wszystko. Szkło, porcelana, repliki i nierepliki broni obok noży do chleba i chińskich monet, klucze do zamków w dawno nieistniejących drzwiach obok sukni ślubnych :)



















Odpracowawszy starocie, gdzie mocno trzymałam się w ryzach, żeby czegoś nie kupić (bo naprawdę NIE MAMY już miejsca, a sama mogłabym otworzyć z pięć takich stoisk), pokłusowaliśmy do straganów z ceramiką.

O-ja-cie!
Przeżycia mieliśmy orgastyczne!
Oczywiście leząc w zachwycie jak te błędne owce, co i rusz gubiliśmy się w ciżbie. Narodu było sporo. Jak przyjechaliśmy w okolicach 14.00 wydawało mi się, że są tłumy, ale dopiero w okolicach 17.00 (parada była) przekonałam się co to tłum.
Z Mężczyzną było prosto. Jak się zgubił - oczywiście, że on się gubił nie ja - to tylko rozglądałam się, gdzie na wysokości 196 cm połyskuje łysa glaca. Kiedy Mężczyzna zgubił mnie, ze swej wysokości rozglądał się gdzie w tym ścisku o wzroście średniej europejskiej jest dziura. Dziura oczywiście mogła oznaczać zagubione dziecko poszukujące rodziców, ale wtedy ku tej wolnej przestrzeni zwracali się zatroskani dorośli. Jeśli zaś dziura była sporej średnicy i poruszała się energicznym choć chaotycznym slalomem między straganami - byłam to ja!

No to bomba w górę!
Zdjęcia nie są super, bo trudno robić zdjęcia i jednocześnie obracać w łapach wszystkie potencjalnie tłukliwe ciajcia, czasem przy tym jeszcze negocjując cenę ;)





Oprócz ceramiki można się zaopatrzyć w obrusy, podkładki, fartuszki i inne szmatki z motywami bolesławieckimi. Nabyłam jedną poduszkę sowę w prezencie dla pewnego kolekcjonera sów :)







Były halloweenowe klimaty, które budziły spore zainteresowanie







Był spory zwierzyniec. Ceramiczny i nie tylko.
Dwie żaby skaczą już po naszej lodówce :)















Obok ceramiki dużo uszytków. Torby, wdzianka, ale mi najbardziej przypadły do gustu łowickie słonie, żyrafy i dinozaury :)



Nawet fauna morska miała swoich przedstawicieli:







I coś, co sprawiło, że zaczęłam się rozglądać za Haną:



Było malowanie bombek



i duże stoisko z piękną, moją ukochaną, cudowną wikliną!
Nabyłam. A co miałam nie nabyć! Oczywiście, że nabyłam. Biały koszyczek na drobiazgi do łazienki. Nie malowany tylko z wikliny okorowanej.



Nabyłam również glinki zapachowe, bo uwielbiam różne tego rodzaju zapachy pchać do szaf. A tu jeszcze były w formie zapachów do samochodu. Wielokrotnego użycia, bo się toto nasącza olejkiem i jest jak nowe :)





Absolutnym hitem było dla mnie stoisko Jargiło Glass Studio wraz z pokazem formowania szkła w takim małym fajniastym piecu. (Byłam tak zagapiona, że oczywiście nie robiłam zdjęć w trakcie ale na ich stronie jest filmik)













Drugie stoisko też przyciągające uwagę to Ceramika Irmina
Nie ze względu na figurki czy ceramiczne kwiatki (tych było zatrzęsienie na straganach, a są rzeczywiście piękne) ale ze względu na ręcznie malowane filiżanki.





Nie udało nam się zobaczyć wszystkiego, choć łaziliśmy ponad cztery godziny.
(Prosiłam mojego Chłopa, któremu ostatnio powypadkowa noga coraz bardziej dokucza, weź sobie kulę. Jak będzie cię bolało, lżej ci się będzie chodzić. To nie! Gieroja mi tu będzie zgrywał. Ale już w drodze powrotnej tak jakby skruszał i na planowaną wyprawę do Książa kulę sobie weźmie)
Nie dotarliśmy na warsztaty zdobienia ceramiki stempelkami, ale widzieliśmy warsztaty garncarskie przygotowane dla dzieci. Dla dzieciaków w ogóle było sporo atrakcji łącznie z "plażą".



Zmęczeni nieco atrakcjami i natłokiem bodźców zwiedziliśmy sobie jeszcze Bazylikę Maryjną w Bolesławcu czyli Kościów Wniebowzięcia NMP i św. Mikołaja, którego początki architektoniczne sięgają XI wieku. Kto ciekaw, może sobie o Bazylice poczytać >>>TU<<<
Kościół piękny, zbudowany z kamienia, z barokowym ołtarzem głównym, amboną i ołtarzami bocznymi. Akurat trafiliśmy na Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Wewnątrz kościoła cisza, spokój i modlitwa, na zewnątrz głośna parada i jarmark, a i tu i tu radosna atmosfera.




Zdjęcie jeno poglądowe, bo w czasie modlitwy nie chciałam ludziom cykać zdjęć przed nosem.



Na koniec jeszcze zapuściliśmy się w odpustowe stragany z kolorową chińszczyzną, by doczłapać pod scenę koncertową gdzie były stragany z paszą treściwą. (Na koncert Golców nie czekaliśmy, choć lubimy, bo miał być o 22.00! A o tej godzinie to my się już w betach lubimy wylegiwać :)
Zeżarlim jadło jarmarczne. Chłopisko kiełbachę tłustą i niezdrową, ja tuczącą pajdę chleba ze smalcem i ogórasem, popilim colą i zakąsilim goferem z bitą śmietaną - a co! raz się żyje!
Zakupilim dla nieobecnego Tofika wiadro waty cukrowej (przysmak z dzieciństwa i nadal stare konisko ze dwa razy w roku żre tę watę, oblepiając się nią po uszy) i syci wrażeń, widoków i śmieciowego żarcia ruszylim w drogę powrotną.

Ja już chcę replay!

No i oczywiście spełniłam swoje marzenie o bolesławieckiej biżuterii :)
Ludzie kochane, co to za ciężka robota sobie korale wybrać w tej mnogości piękna!



P.S.
Jeszcze raz dzięki Kwiatowa 22 :)

24 komentarze:

  1. Ale mi sprawiłaś przyjemność tą relacją ! Ja się nie wyrwałam, ale dzięki Tobie wszystko wiem:) Wszystko piękne, ale ta duża hallowenowa dynia w tradycyjne bolesławieckie wzory jest moim absolutnym faworytem. Korale super. Dzięki za wszystko - Wasz Kaowiec.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja jestem wdzięczna za podpowiedź, bo pewnie bym przegapiła takie święto cudowne! Dynie faktycznie przewijały się niemal na każdym stoisku. Takie w tradycyjne wzory były na stoisku wyprzedażowym obok zakładu Bolesławca, a te bardziej fikuśnie malowane niemal na każdym stoisku manufaktur zajmujących się samym zdobieniem. Było też trochę wzorów bożonarodzeniowych, ale nic oryginalnego - lampiony i formy w kształcie choinek, kubki, miseczki.
      Najwięcej korowodów było z wyborem korali. Bo mi się podobały WSZYSTKIE! Na stoisku samego Bolesławca ostały się jeno cztery ostatnie sznurki i to w cenach zaporowych, a na innych stoiskach albo nie było, albo było tyle, że kręćka dostawałam ;)

      Usuń
  2. O matko. Skrętu kiszek z żądzy dostawszy. O matko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wicie, to co roku jest. Więc można sobie zaplanować.

      Usuń
    2. Co roku :) I aż wstyd, że 21 edycji przegapiłam, bo zwykle sierpień spędzałam w górach. Ale teraz no way! Bolesławiec musowo wpisany na listę cyklicznych atrakcji wakacyjnych :)))

      Hanuś, to wyobraź sobie co ja tam czułam musząc porzucić te śliczności choć serce się do nich wyrywało. Tam można w godzinę niemałą fortunę przehuśtać, dlatego mieliśmy założenie - tylko to co w portfelu i ani grosza więcej. Poza tym na te cuda trzeba mieć miejsce, żeby je ładnie wyeksponować. Taka dynia na przykład. Gdyby tej wielkości dynia wyrosła na grządce, to wstydu by ogrodnik nie miał ;)
      No i te kogutki! Przyznaj, że przytuliłabyś takiego ;) A były we wszelkich rozmiarach, łącznie z naturalnym.

      Usuń
    3. Współczuję Ci. Bardzo. Mnie skręca na podstawie zdjęć, co dopiero na żywca. Koguty są przepięknościowe, urzekły mnie też dynia, morskie stwory, jamniki, domki... tam chyba nie było niczego brzydkiego! Jak ja Cię rozumiem! Też nie mam już miejsca, chociaż generalnie mam miejsce. Dlatego strasznie cierpię na tego typu imprezach:(

      Usuń
    4. Na szczęście na miejscu byłam w takim amoku, że nie zdążyłam tak bardzo cierpieć. Teraz patrząc na zdjęcia cierpię podwójnie. Ja już widziałam łazienkę w tych rybach, rozgwiazdach i konikach morskich!
      Na całym Rynku i w okolicach nie było NIC, co można by uznać za brzydkie lub kiczowate. W części rozrywkowej z odpustową chińszczyzną dopiero.
      Teraz sobie przypominam stoiska, których nie obfociłam i sobie w brodę pluję. Tam były same cudowności. Także piękna ceramika naszych południowych sąsiadów z Czech i Słowacji. Jak ja mogłam zdjęć nie zrobić tym piaskowo oliwkowym skarbom?!

      Usuń
  3. Uwielbiam bolesławicką ceramikę, a korale, to już w ogóle ! Też mnie skręca, że mnie tam nie było. Tyle cudności, tyle cudności !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ewa, za rok mus nam się umówić w Bolesławcu większą paczką :) Tylko już od dzisiaj trzeba składać do świnki skarbonki (też były na straganach!) i dużą furmankę zamówić, żeby się zakupy zmieściły :)

      Usuń
  4. Taki entuzjastyczny opis wzbudza chęć obejrzenia. W przyszłym roku będę pamiętać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obowiązkowo! Za rok też będę chciała pojechać. Dojrzewam do tej dyni :)

      Usuń
  5. Kury!!! Ja chcę kury!!!!!!
    Że też mnie tam nie było!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kury były the best! Spoko, w przyszłym roku chyba ruszymy na Bolesławiec tłumnie, może nawet zwartą kolumną :)

      Usuń
    2. Jak dożyjemy to na serio można o tym pomyśleć, byłoby miło

      Usuń
    3. 1. Planuję dożyć :)
      2. ja na serio o tym myślę, tylko czy Bolesławiec jest na to gotów ;)

      Usuń
  6. Super relacja i zdjęcia :-))
    Ja też zawsze mam niedostyt , a byłam oglądać to wszystko ze trzy razy ;-)))
    Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj! Zazdroszczę, że mogłaś się przegalopować ze trzy razy. Ja tylko raz i mi za mało!

      Usuń
  7. Piękne rzeczy i nowe i stare, fajnie tak sobie połazić, pooglądać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj fajnie! Ale tyle autentycznego, pięknego rękodzieła w jednym miejscu to człeka przyprawia o erupcję endorfin :)))

      Usuń
  8. KOCHAM takie rzeczy. Jarmarki, festiwale rękodzieła i inne itepe. Kocham, uwielbiam, mogłabym co tydzień bywać. Potem przypominam sobie, że nie stać mnie na... no, w zasadzie na nic, co bym tak NAPRAWDĘ chciała mieć i w ten sposób pocieszam się, zamiast załamywac odległością, jaka dzieli mnie od Boleslawca (i, na ten przykład, Kolbuszowej). Wizja pokonywania tej odleglości wraz z moimi kochaniutkimi dzieciątkami sprawia, że jakby mniej mi żal, że nie byłam i nie widziałam.

    Ale kocham niezmiennie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam. Mnie też nie stać i miejsca nie mam. Jak widzisz bolesławiec to se mogę jedynie jeszcze na szyi powiesić :) ale gapić się na te cudowności to mogę po całych dniach!

      Usuń
  9. No to ja się przyznam FANKĄ bolesławickiej a może bolesławieckiej ceramiki jestem od lat ....... (nie wiem czy ja takie intymne:) rzeczy mogę zdradzać ale co tam) co najmniej 25 i na te "gary" nie dość że już wydałam majątek to dalej wydaję i końca nie widać BO ONE ZŁOŚLIWE SOM i co kawałek nową dekorację wymyślą a one takie są pięknościowe i cudowne że mnie już tak ta ostatnia szara komórka po czaszce lata i się tak echem obija że po prostu musem nie kce ale musem je mieć i tylko te unikaty kupuję bo najpiękniejsze są, najcudowniejsze i w ogóle naj, naj, naj, a potem je przemycam cichcem do domu odklejam szybko wszystkie nalepki, myję i wstawiam na półki a jak mnie przyłapią to zmyślam że to już tu z pół roku stoi tylko nie zauważyli i jeszcze tak mam że kompletuję w pionie znaczy kubek, talerz, talerzyk, kieliszek, serwetnik i co tam jeszcze chce kto sobie dodać w jednej dekoracji są to jak goście przychodzą to każden jeden swój wzór dostaje i dzioba w sąsiada nie zamacza chyba że chce mu podkraść frykasy przez cudowne gospodynie zrobione (znaczy mnie) i WSZYSTKIE znaczy Pan Mąż i Synu wiedzą że zbicie "gara" kończy się karczemną AWANTURĄ i wypominane jest to Im przez najbliższy miesiąc co najmniej jedynie Niuniowi (dobermankowi) to było wybaczane bo on kochał masełko a ja maselniczki i tak ze trzy co najmniej zakończyły swój krótki żywot w koszu i mam, mam nie powiem specjalnie malowaną ręcznie w motyle na moje zamówienie deskę a w zasadzie dechę do serów i cudna jest i koszmarnie droga i znalazłam kolejne nowe dekoracje i ....... SZALEŃSTWO TOTALNE

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to faktycznie szaleństwo totalne :)))
      Stary sposób przemycania nowych rzeczy do chałpy, he, he.
      - Kochanie przecież to już stare jak świat jest! Nie pamiętasz? W 2005 kupowaliśmy to razem jak byliśmy z wizytą u Jacków i cioci Krysi! No co ty! Naprawdę nie pamiętasz???!!!

      Ja tak mam z serwisem herbacianym. Nie mogłam się zdecydować na jeden wzór to zaczęłam kupować tzw. zestawy śniadaniowe - talerzyk, spodek, filiżanka - różnych europejskich manufaktur z lat od 20. do 40. i też każdy ma swój zestaw :D

      Usuń
    2. Tylko od kiedy są koty rzadko wyjeżdża na stół :(

      Usuń