Ale zanim do meritum, to tutaj
>>>LINK<<< do ważnego i ciekawego posta na blogu Krzyśka Koniecznego, który to wpis część PT Blogoczytaczy mogła przegapić - a szkoda by było.
Poniższe wywody publikuję z pewną taką nieśmiałością, bo to wchodzenie w obszary, po których chyba najlepiej porusza się
Czarny(w)Pieprz i kudy mi tam do Pieprza. Ale temat gradacji negatywnych emocji, jakie mężczyzna jest w stanie zafundować kobiecie, zaczął mnie bardzo nurtować, od kiedy zdałam sobie sprawę, co jestem w stanie odpuścić, a za co byłabym skłonna zabić ;)
Podkreślam: odpuścić, a nie wybaczyć i zapomnieć - bo ani ja Chrystus, ani nie mam Alzheimera.
Krewkość mam po przodkach zapisaną w genach, a wiadomo genów kijem nie wybijesz.
Kiedyś trafiłam na taką złotą myśl, że w życiu kobiety musi być trzech mężczyzn, których może ona obdarzyć bezwarunkowym zaufaniem: dentysta (mam - anioł nie człowiek), ginekolog (trwają poszukiwania kandydata) i mechanik samochodowy (też mam - panie Piotrusiu, pozdrawiam!).
I tak sobie myślę w kontekście mojego zwierzyńca, że jeszcze musi być weterynarz. Ba! Nawet przede wszystkim musi być weterynarz!
Taaa... każdego innego łatwo wymienić w sumie.
No bo załóżmy, że nas taki ślubny/nieślubny kantem puścił - proste - nie był idiota wart tego szczęścia, a niechże idzie i szerokiej drogi. Tego kwiatu jest pół światu i jakiś czasoumilacz zawsze się znajdzie.
Zyskujemy przestrzeń życiową i miejsce w szafie.
Jeśli mamy do tego konto bankowe na nasze nazwisko, na którym umieściłyśmy przezornie satysfakcjonującą nas część oszczędności jego życia, to tym bardziej otwieramy mu drzwi na oścież i broń Boże nie zatrzymujemy niewdzięcznika, przemilczając tę drobną kwestię reparacji wojennych.
Jeśli puścił nas kantem z naszą osobistą "przyjaciółką" - a niechże idą oboje w czorty!
Wiadomo, że ta flądra przypali mu nawet wodę na herbatę, jej drożdżowym można gwoździe wbijać, a po bigosie wszyscy lądują na oddziale zatruć - i dobrze mu tak!
Można nawet pokusić się o oddanie naszego przechodzonego i wyjątkowo męczącego egzemplarza w tzw. dobre ręce jakiejś znajomej, namolnej zołzie. Potem zrobić scenę i już! Obydwoje mamy z głowy!
Oczywiście zawsze należy zadbać wcześniej i o byt, i te kilka poręcznych zwitków biletów Narodowego Banku Polskiego w słusznych nominałach na otarcie łez.
(No i co z tego, że łzy raczej nieszczere? Szczere, szczere Taka jest wersja oficjalna i kurczowo się jej trzymamy.)
Gorzej jeśli egzemplarz oddali się nie tylko z "przyjaciółką" latawicą, ale ze srebrnymi łyżeczkami Frageta po babci - wzór irysy - i oszczędnościami NASZEGO życia, choćby i czynionymi z jego pensji.
O, kanalia!
Ale wiadomo, kradzionym się nie utuczy! Nie upasie się na naszej krzywdzie!
Niech ma i niech się udławi!
Zapewne ta wydra wszytko wyda na stroje i kosmetyki!
A najlepiej niech kupi sobie szybki, sportowy samochód i niech się nim zawiną wokół najbliższego drzewa!
(Pomyślny sobie to tak serdecznie, mściwie z głębi trzewi i od razu zrobi nam się lepiej. Wszak nie można tłumić negatywnych emocji. Dalej się sprawą nie katujmy, bo nie warto niszczyć sobie zdrowia dla tych padalców)
To, że ślubny/nieślubny może się okazać być szują, to nic nadzwyczajnego.
Ot statystyczna hipoteza, a nawet aksjomat, rzekłabym nawet.
Najważniejsze to być przygotowanym na taką ewentualność.
Nie duchowo, czy uczuciowo - MATERIALNIE przygotowaną.
Po czym poprawiamy liliowy kapelusz, fryz i mejkap i ruszamy na bal życia, o!
Oczywiście statystycznie jest też możliwe, że akurat nasz egzemplarz jest miłym, domowym, na wskroś porządnym chłopem, zaradnym, troskliwym, przewidującym, zrównoważonym i ...................................... (w miejsce kropek wstaw brakujące wyrazy), a nawet przystojnym i w dodatku trafia brudnymi skarpetami do kosza na pranie.
(No dobra, która trafiła szóstkę w totka? Jakoś nie widać... ale oto jest kilka pomniejszych nagród. Nie jest źle)
Temat związków i rozwiązków tu można uznać za zamknięty.
Wszystko w sumie da radę wpisać w schemat więc nie rozpaczamy, nie żałujemy, nie zatrzymujemy tylko zapobiegawczo lub w odwecie skubiemy, a następnie żyjemy długo i szczęśliwie. The end.
Z ginekologiem czy dentystą sprawa też nie przedstawia się tak tragicznie.
Jeśli podpadnie nam rzecz jasna.
Łatwo toto wymienić na inne, a nawet w takiej wsi na 500 tys. mieszkańców nie jest trudno szepnąć słówko tu i tam, zrobić kilka MERYTORYCZNIE ugruntowanych wpisów na forach internetowych z opiniami o lekarzach i wieść idzie pocztą pantoflową jak lotem błyskawicy obniżając takiemu przychód i dochód. I w ogóle nie jest trudno sprowadzić na delikwenta tzw. pecha. Każda umiarkowanie pomysłowa za to bardzo wkurzona kobieta to potrafi.
Mechanicy samochodowi często posiadają bardzo zazdrosne żony. Jak tak się czasem przyglądam tej grupie zawodowej, to tej żoninej zazdrości nijak nie jestem w stanie pojąć, ale z drugiej strony nie znam stanu wspólnego ich konta i w ogóle nie to ładne, co ładne...
Jednak niech nam taki coś grubo, grubo podpadnie. Głowicę źle splanuje lub zepsuje komputer podpinając pod niewłaściwy program diagnostyczny, przestawi w dieslu ząbki na pompie przy wymianie rozrządu, bo nie użył właściwych blokad, ALBO POPLAMI SMAREM NOWE DYWANIKI, no to chłopak będzie miał ciepło!
Zawsze znamy kogoś, kto zna kogoś, kto zna panią Jadzię z mięsnego, która zna panią Stasię z kiosku, która zna kucharkę ze stołówki w zakładzie pracy najlepszej przyjaciółki żony mechanika. I właśnie ta przyjaciółka, zupełnie przez przypadek, dowie się przy bufecie, że oto mąż jej najlepszej przyjaciółki siedzi w warsztacie po godzinach, bo konserwuje podwozie klientkom.
Po czym z satysfakcją czytamy w lokalnej prasie codziennej o przemocy domowej na ulicy Bławatkowej i poranna kawa od razu lepiej smakuje :)
I dochodzę do wniosku, że najgorzej ma się sprawa z weterynarzem.
No bo jeśli na ten przykład idziemy zatroskane z naszym kotkiem do weterynarza: z naszym ślicznym, puchatym, smukłym koteczkiem, któren właśnie od jakiegoś czasu nie ma apetytu, nos odwraca od polędwicy wołowej i wątróbki z kurcząt ekologicznie hodowanych, z sił opada, przez ręce leci i z osłabienia nawet główki z fotela nie podnosi. Jeśli idziemy po pomoc, ufne jak dzieci, z ukochanym zwierzątkiem, któremu grozi śmierć głodowa na naszych oczach, a słyszymy diagnozę wypowiedzianą pod pozorem troski, że NASZ KOT JEST ZA GRUBY, BO PRZEKARMIONY PO PROSTU, A DO TEGO LENIWY I ROZPASKUDZONY, to przecież się facet tylko o śmierć prosi i językiem sobie grób kopie!!! Nie no! Takiego łajdaka nie można przy życiu pozostawić!
I tu rodzi się prawdziwy problem...