poniedziałek, 11 maja 2020

Uwaga! Umowa adocyjna!

Długo mnie tu nie było.
Bywa.
Bywa w życiu większości blogerów, a może każdego blogera, że musi sobie zrobić przerwę.
Musi, bo się udusi.
To nie to, że brakuje tematów, tylko człowiekowi okresowo zmieniają się potrzeby i przesuwają życiowe punkty ciężkości.
Dlatego temat musi być naprawdę szczególny i bardzo ważny, skoro uważam za swój obowiązek go poruszyć na blogu. A nawet szczerze w tym momencie żałuję, że mój blog jest niszowy i o niewielkim zasięgu.
Otóż.

Otóż 31. marca odeszła od nas Kreska. Chcę wierzyć, że do swojego ukochanego pana, który za młodu pasł ją czipsami i poił piwem - co uwielbiała, dla którego była całą rodziną, a on był tylko dla niej. U nas jedynaczką nie była, z którego to powodu była mocno nieszczęśliwa.

To ostatnie zdjęcie Kresiuni. Była z nami 6 lat, odeszła w wieku 15 lat, 4 miesięcy i około 2 tygodni.


A teraz przepraszam wrażliwych, ale będzie opis agonii, konieczny dla dalszych rozważań.
Kreska nie odeszła ze starości. Nie zabił jej idiopatyczny zespół przedsionkowy wespół z niedoczynnością tarczycy, na które cierpiała. Kreska się prawie udusiła. Prawie - bo udało nam się dotrzeć do weta i skrócić psu cierpienia.
Oczywiście z niefrasobliwością charakterystyczną dla małych dzieci i zwierząt domowych moment "wybrała sobie" idealny! Zaczęła się dusić w poniedziałek rano, a tu kwarantanna, zakaz przemieszczania się i większość lecznic zamkniętych na głucho lub pracujących na pół gwizdka. 
Z pomocą przyszła pani doktor Olga Pyżyńska, jak zawsze niezawodna i przyjechała na wizytę domową. Jak wiadomo, widok weterynarza działa ozdrowieńczo i pies przy pani doktor oddychał lekko i swobodnie. Pani doktor popatrzyła na mnie z pewną dozą niedowierzania - no wiecie, coś w tym stylu: pani kochana, znamy się trochę i zawsze byłaś więcej rozsądna, a teraz histeryzujesz - i wyraziła przypuszczenie, że sprawy mogą być sercowe.
No niby tak, ale ja wiedziałam, że nie, bo wtedy pies się dusi inaczej i właśnie tego inaczej nie udało mi się opisać słowami. Jak się tylko drzwi za panią doktor zamknęły, suka znowu zaczęła się dusić, jakby jej kto pętlę na szyi zaciskał. Skorzystałam z dobrodziejstw techniki i nagrałam kilka krótkich filmików, które udało mi się do gabinetu przepchnąć po łączach. Przyszła szybka odpowiedź, że wcisną nas dnia następnego awaryjnie na wizytę (bo kwarantanna, bo rejestracja, bo przyjmują kilku pacjentów dziennie, bo pracują tylko 3 dni w tygodniu).
Noc była straszna, bo pies nie mógł się nawet położyć. Jak widać na zdjęciu podkładałam jej poduszkę pod pyszczek, żeby nie było od dołu nacisku na krtań. Ta noc i poranek były tak straszne, że do gabinetu pojechaliśmy z podjętą decyzją. Oczywiście istniały promile szans, że jest to ciało obce w krtani albo jakaś nietypowa reakcja alergiczna do rozgonienia sterydem wziewnym, ale były to promile i nie miały pokrycia w rzeczywistości. Pies już z trudem łapał powietrze wyciągając szyję i łeb i próbując zassać choć odrobinę powietrza, oraz obficie się ślinił. Po wejściu do gabinetu, pan doktor Kiełbowicz spojrzał na biedną Kresię, wyraz twarzy mu się zmienił i na tyle składnie, na ile pozwalało mu zdenerwowanie, zaczął nam tłumaczyć, że to JUŻ! TERAZ i nie ma na co czekać. Chyba mu ulżyło, że nie musi się dodatkowo zmagać z naszą rozpaczą, a nie daj Boże histerią, gdy powiedzieliśmy, że wiemy i jesteśmy gotowi. I tak to się skończyło. Kreska miała guza, który od góry zarastał jej krtań. Czy można było go zdiagnozować wcześniej? Pewnie tak, gdyby były jakieś objawy i człowiek by wiedział czego ma szukać. Czy można było coś z nim zrobić? Nie, co potwierdziło troje lekarzy.

Odpękaliśmy stan jednopsia i oczywiście zaczął nas uwierać wolny wakat po Kresce. Ponieważ schroniska są zamknięte, a olx i fb pękają od ogłoszeń o potrzebujących psach, to wydawało nam się, że znaleźć psa do adopcji i dać mu przyzwoity dom, to sprawa dość prosta.
WYDAWAŁO NAM SIĘ!

Po pierwsze ogłoszenia. Oczekuję w nich podstawowych informacji, jak płeć, wiek psa, informacja o jego charakterze, stanie zdrowia i miejscu pobytu. A co jest? Grafomański głazoszczypatielnyj opis najeżony tiutiutiu zdrobnionkami, jak było strasznie, jak jest nieszczęśliwie i jak nikt pieska nie chce! Bo ludzie to potwory! Po dwóch tysiącach zbędnych słów można się dowiedzieć, że choć jest zaznaczone, że pies jest z Wro lub okolic, de facto pies jest w Radomiu, Lublinie lub innym Olsztynie! W 80% ogłoszeń brak podstawowych informacji o psie, a lokalizacja to przytulisko na drugiej półkuli. A czasami i tej informacji brak, bo nie można ujawniać miejsca pobytu drogocennych istot.

Z pomocą przyszła nasza koleżanka, która dla różnych organizacji pro zwierzęcych wykonuje tzw. wizyty przedadopcyjne. Zarekomendowała nas pewnej kociej fundacji, pod opieką której przypadkowo znalazł się pies, słowami, że swojego psa by nam powierzyła (co ma nastąpić w okresie wakacyjnym nota bene). Odbyłam rozmowę i zostałam na wstępie zdyskwalifikowana jako osoba wielce podejrzana i nieodpowiedzialna. Fundacja była kocia, a ja mam dla kotów dom WYCHODZĄCY! Na wsi! Dom z nieosiatkowanymi otworami i kominem! (Odpływ z kibla też mam nieosiatkowany, a kot zawsze może wyprysnąć i tędy). 
Poza tym spytałam prostodusznie, czy pies nie ma tendencji do łazikanctwa i ucieczek. Znamy tu takie egzemplarze, psów wielorodzinnych, które spożywają śniadanie u jednych sąsiadów, meldując się rano w kuchni. Prześpią się i zanim sąsiedzi zadzwonią po prawowitego właściciela, taki cyrkowiec z miejsca skacze przez 1,5m ogrodzenie lub jak po drabinie wchodzi na 2m siatkę i idzie na lanczyk do innego lokalu. Jak wiadomo Pyza też chadzała na przysmaki po sąsiedzkich kompostach i to przeważyło! Nie umiem zabezpieczyć psa!

No ok.

Drugi rekomendowany pies i druga fundacja. Przeszłam test pomyślnie o dziwo. Odbyłam rozmowę. Tu informacji otrzymałam więcej, choć nie wszystkie (uwaga! to kluczowe dla sprawy!). Oczywiście była możliwość przyjechania z Pyzą na spacer zapoznawczy tylko że.... Dom tymczasowy, który miał być pod Wrocławiem okazał się być niemal pod Łodzią - ale paniom fundacjonistkom z Warszawy geografia w życiu nie przeszkadza i to, co za rogatkami stolicy to pewnie już Wrocław. 
Ok, a co tam! Pojadę!
Ale coś mnie tknęło i poprosiłam wcześniej o wzór umowy adopcyjnej, gdyż szukając psa po internetach właśnie na takie umowy zwróciłam uwagę. Miałam też sygnały od znajomych i lekarzy weterynarii o nieuczciwych, kuriozalnych wręcz umowach adopcyjnych i koszmarnych następstwach podpisania takich umów!

I teraz clou! Czyli UWAGA! UWAGA! UWAGA! To jest coś tak bezprawnego, jak tylko być może.
Jak sobie wpiszecie w google hasło: umowa adopcyjna fundacja, sami się przekonacie, że nie jestem gołosłowna. Tu kilka przykładowych linków:





A tutaj umowa jaka została mi przedstawiona do podpisu (usuwam nazwę organizacji, bo nie chwalą się tą umową w internetach - bo i nie ma czym):

 §2 
1. Opiekun zobowiązuje się otoczyć właściwą opieką adoptowanego psa, zapewniając mu wikt, warunki do zdrowego życia, bezpieczeństwo, włączając w to właściwe zabezpieczenie miejsca i terenu na którym przebywa, chroniąc przed ucieczką, przypadkowym wyjściem, pogryzieniem, kradzieżą itp. oraz obowiązkowe szczepienia oraz niezbędne leczenie. 
2. Opiekun przyjmuje do wiadomości, że w razie złego traktowania zwierzęcia grozi mu odpowiedzialność karna na podstawie Ustawy z dnia 21.08.1997 r. o ochronie zwierząt. 
 §3 
1.Opiekun określa miejsce pobytu psa pod adresem: ..……………….………………………………………………………………………………… …………………………………………………………………………………………………... …………………………………………………………………………………………………... i zobowiązuje się do pisemnego powiadomienia w terminie do 7 dni o zmianie adresu pobytu psa. Nie dotyczy okazjonalnych i krótkich wyjazdów. 
2. Jako miejsce przebywania psa, Strony ustalają: mieszkanie (dom) na ogrodzonym i zabezpieczonym terenie posesji . 
 §4 
1.Fundacja ma prawo przeprowadzenia zapowiedzianych i niezapowiedzianych kontroli w miejscu pobytu psa, w czasie których Opiekun musi okazać psa i książeczkę zdrowia do wglądu. 
2.Opiekun zobowiązuje się umożliwić kontrolę osobom reprezentującym Fundacje. 
3.W razie stwierdzenia nieodpowiednich warunków Fundacja ma prawo odebrać psa Opiekunowi. Opiekun zobowiązuje się w takim przypadku bezzwłocznie wydać psa . 
 4.Stwierdzenie i ocena warunków utrzymywania psa przysługuje wyłącznie osobom reprezentującym Fundacje. 
 §5 
1.Opiekun zobowiązuje się, że nie pozbędzie się, nie sprzeda, nie porzuci, nie odda psa osobom trzecim bez uzyskania pisemnej zgody reprezentantów Fundacji. 
2.Opiekun zobowiązuje się do: - leczenia psa wg. zaleceń przekazanych przy odbiorze psa - opłacenia podatku za posiadanie psa, - corocznego szczepienia psa przeciw wściekliźnie i innym chorobom wraz z poddaniem psa badaniu ogólnego stanu zdrowia u lek. weterynarii z wpisem do książeczki i karty badań, - nie wypuszczania psa w miejscach otwartych bez dozoru, - spełniania wszelkich obowiązków wynikających z prawa miejscowego., - 
§6 
Jeżeli zwierzę nie zostało wysterylizowane lub wykastrowane opiekun musi zlecić wykonanie tego zabiegu lekarzowi weterynarii w terminie wskazanym przez Fundację. Przeprowadzony zabieg opiekun zobowiązuję się potwierdzić pisemną informacją od lekarza weterynarii wykonującego zabieg wraz ze zdjęciem rany pooperacyjnej i dostarczenia w dogodny sposób reprezentantom Fundacji np.; pocztą, e-mailem, osobiście. 
§7 
Opiekun oświadcza, że stan psa jest mu znany, zapoznał się z nim i nie rości w związku z nim żadnych pretensji. 
§8 
1.W przypadku zmiany warunków życiowych i braku możliwości dalszej opieki nad psem Opiekun niezwłocznie powiadomi reprezentantów Fundacji. 
2.W przypadku poważnego zachorowania psa, wypadku, śmierci, Opiekun zobowiązuje się niezwłocznie zawiadomić reprezentantów Fundacji podając szczegóły, w terminie 1 dnia. 
3. Jeżeli zaistniałaby jakakolwiek przyczyna do uśpienia psa, Opiekun może to uczynić wyłącznie po uzyskaniu pisemnej zgody od Fundacji, po czym przedłoży Fundacji zaświadczenie od lekarza weterynarii o wskazaniach do wykonania zabiegu, w terminie do 7 dni. 
§9 
1. Opiekun zobowiązuje się do przekazywania informacji o adoptowanym psie minimum co pół roku oraz w miarę możliwości przesyłania fotografii na adres [-----] 
2. Opiekun wyraża zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych niezbędnych do realizacji umowy, zgodnie z ustawą z dnia 29.08.1997 r. o ochronie danych osobowych. 
 §10 
1.W przypadku niedotrzymania któregokolwiek z warunków Umowy Adopcyjnej pies przechodzi z powrotem na własność Fundacji bez dodatkowych oświadczeń woli, a opiekun zobowiązuje się do bezzwłocznego wydania psa Fundacji. 
2.Strony ustalają karę umowną za niedotrzymanie warunków umowy na kwotę 2000 zł, płatną w terminie 7 dni na pierwsze wezwanie Fundacji. 
3.Niezależnie od kary umownej Fundacja ma prawo wystąpić o zwrot poniesionych kosztów. 
 §11 
Ilekroć w umowie jest mowa o osobach reprezentujących, chodzi o osoby, które legitymują się pisemnym upoważnieniem lub są wymienione we władzach fundacji w KRS. 
 §12 
Ewentualne spory poddaje się rozstrzygnięciu sądowi powszechnemu właściwemu dla siedziby Fundacji. 
 §13 
Umowę sporządzono w dwóch jednobrzmiących egzemplarzach, po jednym dla każdej ze stron. 
 §14 
Wszelkie zmiany niniejszej umowy wymagają formy pisemnej. 


Jeśli ktoś doczytał do końca, to chyba się teraz nie dziwi, że takiej umowy absolutnie nigdy nie podpiszę! Daje ona szerokie pole manewru do nadużyć i wyłudzania pieniędzy!
I jest czymś pośrednim między umową laesingu a lichwiarskim wekslem.
Po pierwsze nie do przyjęcia jest &10 pkt. 2 - kary finansowe jakie roszczą sobie fundacje (zwróćcie dodatkowo uwagę na ekspresowy termin płatności!) nie mają umocowania w nadrzędnych aktach prawnych - czyli są bezprawne. A fundacje mają fantazję! Kary opiewają od 200 do 7000 PLN!
Zapytałam o to przedstawicielkę fundacji, która - o ile zrozumiała, co to są nadrzędne akty prawne - nie potrafiła mi ich wskazać.
&10 pkt 3 - nie sprecyzowano o jakie koszty chodzi. Może zakup nowego samochodu, którym fundacjonistki wybiorą się psu na odsiecz?

&8 pkt 2 i 3, ściśle wiążą się z &7. Pies, którego miałam adoptować, cierpiał na niedoczynność tarczycy, o czym zostałam poinformowana przez osobę, która z ramienia fundacji przeprowadzała ze mną rozmowę. Owa fudacjonistka nie była w stanie udzielić mi prostej odpowiedzi na pytanie, jaką dawkę leku pies przyjmuje.
- Ale proszę się nie martwić. To tylko jedna mała tabletka raz dziennie! zaćwierkało mi w słuchawce.
Pies! Tarczyca! Tabletka raz dziennie! No ludzie kochani!
Bez wdawania się w biochemiczne szczegóły działania śródkomórkowych receptorów dla hormonów tarczycy i ich oddziaływania na chromatynę w jądrze komórkowym, to każdy student pierwszego roku weterynarii już wie z zajęć z fizjologii, że u drapieżnych wyrzut hormonów tarczycy następuje dwa razy na dobę! DWA, do cholery! I podawanie psu hormonu raz dziennie go pomału zabija, bo huśta mu hormonami.
A panienka z fundacji nie wie! Ale patrz & 8 pkt 2 i 3.
Zapytałam rzeczoną fundacjonistkę, która znała historię Kreski, co w sytuacji, gdy muszę decyzję o eutanazji podjąć w przeciągu minut.
- Wtedy może pani do nas zadzwonić... - tym razem niepewnie zaćwierkało mi w słuchawkę. Otóż pani nie może zadzwonić, bo 1. nie ma o tym nic w umowie, 2. jak pani dzwoniła w sprawie adopcji, to nikt nie odbierał. Dostałam smsa, że fundacjonistka nie może rozmawiać i oddzwoni. Oddzwoniła po trzech godzinach. W tym momencie mam w oczach obraz mojego duszącego się psa, który musi czekać na litościwą eutanazję, aż niedouczona weterynaryjnie fundacjonistka albo oddzwoni (co może być potem zakwestionowane) albo odpowie na pisemny wniosek - zgodnie z prawem w terminie 30 dni od złożenia pisma. No i jeszcze pokażcie mi weterynarza, który będzie wypisywał elaboraty niedouczonym fundacyjnym lasencjom, czekając na ich łaskawą decyzję. Czyli uważaj: decyzja może być odwlekana w nieskończoność - może być odmowna i mają ją podjąć fundamentalne fundacjonistki o zerowej wiedzy weterynaryjnej. SZOK!

Wróćmy jeszcze do &8 pkt. 2.
Niektórzy z P.T. Blogoczytaczy pamiętają tragiczne dla naszej rodziny wydarzenia z dnia 2. lipca 2015, kiedy to rozpędzone BMW zmiotło z przejścia dla pieszych mojego Mężczyznę z psem Foxem.
Fox zginął, Mężczyzna też zginął - na szczęście na chwilę, bo długa reanimacja jednak dała efekty. Walka o jego życie na OIOMie trwała dwa tygodnie, z czego pierwsze trzy dni były...
Dziękuję WSZYSTKIM! którzy w tym czasie swoją modlitwą szturmowali ze mną Niebo i nas wspierali. Nigdy nie będę w stanie powiedzieć słowami, jak jestem Wam za to wdzięczna.
Gdyby Fox był psem adoptowanym z fundacji miałabym 1 dzień - słownie: JEDEN na powiadamianie,wysyłanie raportów, dokumentów od weta itd. do fundacjonistek. A jak się słusznie domyślacie, w takiej sytuacji nie to byłoby dla mnie priorytetem.

Wreszcie &4 pkt 4, dający nieograniczone pole do nadużyć! NIEOGRANICZONE!
Stwierdzenie i ocena warunków utrzymywania psa przysługuje wyłącznie osobom reprezentującym Fundacje. Nie służby mundurowe do tego powołane - policja lub specjalne oddziały straży miejskiej funkcjonujące w każdym większym mieście, nie powiatowy lekarz weterynarii właściwy dla miejsca przebywania zwierzęcia tylko: ta dam! FUNDACJONISTKI! I czasami fundacjoniści, choć środowisko jest sfeminizowane i parytety tam nie funkcjonują. Czyli jak wyciągną argumenty, że pies nie ma misek z miśnieńskiej porcelany i mu się krzywda dzieje, to nikt oprócz sądu nie może tego zakwestionować.
A czym to się może skończyć i czym się kończy, o tym traktuje ten film:


Zachęcam do obejrzenia tego filmu. Mnie osobiście najbardziej poruszył fragment w 37 minucie filmu. Nie dotyczy on zwierząt, ale budzi we mnie chęć mordu.

I teraz Kochani wnioski:
1. uważam, że nikt przy zdrowych zmysłach, kto ma choć blade wyobrażenie o skutkach prawnych takiej umowy, nigdy czegoś takiego nie podpisze;
2. tego typu umowy są bezprawne, a intencje fundacji mocno podejrzane, dlatego organizacjami, które podsuwają ludziom do podpisu takie umowy, powinny zająć się prokuratury stosowne dla miejsca działania organizacji - zastanawiam się, czy tego nie zgłosić. Serio! Trudno tu bowiem nie mieć podejrzeń, że część organizacji działa ewidentnie w złej wierze (liczne przykłady w internetach - poszukajcie sobie, kto jest zainteresowany.)
3. obowiązki i odpowiedzialność jaką ponosi właściciel zwierzęcia określają zapisy w kodeksie prawa cywilnego, kodeksie karnym i ustawie o ochronie zwierząt;
4. ponieważ fundacje jak widać de facto nie chcą wyadoptowywać w oparciu o funkcjonujące prawo i działają nieuczciwie, dlatego zaprzestaję finansowego wspierania takich organizacji. Oczywiście każdy może robić ze swymi pieniędzmi, co zechce, więc każdy decyduje sam. Ja w każdym razie wolę wspierać osoby prywatne, które społecznie zajmują się pomocą potrzebującym zwierzętom, lub organizacje, których działalność jest transparentna i nie budzi moich zastrzeżeń.
5. To już teraz wiecie, dlaczego tyle "piesków czeka na domki", a fb i olx pękają w szwach od ogłoszeń i dlaczego wielu weterynarzy na hasło fundacja dostaje drżączki wzdłużnej? "Bo ludzie są potworami!" i potrafią czytać ze zrozumieniem umowy podsuwane im do podpisu.
6. czy w Polsce można adoptować psa? Tak. Ze schroniska. Znakomita większość schronisk ma umowy adopcyjne zgodne z prawem i nie budzące zastrzeżeń. Sprawdziłam wyrywkowo strony niektórych schronisk i jeśli był na nich zamieszczony tekst umowy, w większości nie budził moich zastrzeżeń. Można od osób prywatnych, które też posługują się umowami adopcyjnymi i od organizacji, które umowy mają sformułowane uczciwie i jednoznacznie. Są takie wbrew pozorom.

O tutaj:
Schronisko Azorek w Obornikach (Wielkopolskich): http://schroniskoazorek.pl/kontakt/wzor-umowy-adopcyjnej

 Bardzo szczegółowa a jednak zgodna z prawem umowa adopcyjna Schroniska na Paluchu: https://www.napaluchu.waw.pl/files/editor/umowa_adopcyjna.pdf

Czyli można? Można. Chyba, że na biednych zwierzątkach chce się kosić kasę...
Dla chcących adoptować zwierzę zalecenie: CZYTAĆ ZE ZROZUMIENIEM i nie podpisywać, jeśli budzi wątpliwości!

67 komentarzy:

  1. Ja mam na mojego Jagusia Mefisia i Alexa umowę z Kociej Mamy, ale tam nie było nic budzącego zastrzeżenia. Dane, adres i podpis, że w razie czegoś to kot zostaje zwrócony do Fundacji a nie do schroniska czy na ulicę.
    Tylko tych zwierząt szkoda w takiej fundacji gdzie tak nieuczciwe osoby pracują... 🥺

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kocurku, to nie jest jedna fundacja! To jest niestety częsta praktyka i faktycznie zwierząt żal. Są oczywiście ludzie, którzy takie umowy podpisują, a potem są dramaty. Koty, jak wiadomo same do mnie poprzyłaziły i nic mi do podpisywania nie dawały, he he he. Poza Burą, którą mam od Gosianki i na Burą mam umowę - normalną i zgodną z prawem. Na psy też miałam podpisane umowy ze schroniskiem i też umowy zupełnie transparentne, uczciwe i zabezpieczające dobro zwierząt zgodnie z prawem. Wejdź sobie w tę umowę schroniska na Paluchu - wg mnie modelowa. Bardzo szczegółowa, ale nie opresyjna.

      Usuń
  2. Dziś rano tak sobie myślę, gdzie to nas Pies w Swetrze się podziewa, i proszę, Pies od razu jest. I to jak jest. Z przytupem i akcentem.
    Umowa, którą przedstawiasz, jest kuriozalna.
    Teraz idę grać w karty, bo pada, leje, tłucze deszcz. Ach, jakie szczęście!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, jaki piękny róg na czole Ci wyrósł! Dawno mnie nie było, to przegapiłam.
      Ano kuriozalna, a potem siepomaga i zbiórka za zbiórką na hoteliki.

      Usuń
    2. Jednym wyrastają korony, innym rogi. W sumie jedno drugiego nie wyklucza.
      Psince na pewno teraz już dobrze, a niebiańskie czipsy i piwo z pewnością są zdrowe.

      Usuń
    3. Mamy uzasadnione podejrzenia, że już się załapaliśmy na koronowanie zaraz końcem lutego początkiem marca. Umierałam ledwo żywa dwa tygodnie, ale wtedy jeszcze nie było głośno o royalsach.
      Czipsy i piwo... tiaaa :) Ale nawet po tej stronie życia sucz pędziła zacną i wygodną egzystencję.

      Usuń
    4. Ja tez umieralam w lutym!!! Mlody mial zapalenie oskrzeli tez! i taki suchy katar i kaszel, czyzbysmy byli po?!

      Usuń
    5. Jeśli jesteśmy po, to tym lepiej dla nas.

      Usuń
  3. Wiedzy nigdy za wiele i chociaż nie mogę mieć psa, przeczytałam z zainteresowaniem.
    Mojego kota przynieśli mi od znajomych, był trochę niedożywiony, bo mama go nie chciała. Po prostu wzięłam taką biedę, rodzeństwo też poszło do ludzi bo kotki były cudnej urody.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tą drogą dane Ci było zamieszkać z kotem, bo dla fundacji mogłabyś się okazać niegodna.

      Usuń
  4. Kochana, byznes yst byznes i jak widać są fundacje od fundowania fundacyjnym dobrego żywota. Mła sądzi też że często z byznesem w parze idą czysty dyletantyzm, pięknoduchostwo i przekonanie wypieszczone o dobroci własnej. Ludzie już tak majo. Potrzeba nadmiernej kontroli z tych fundacyjnych umów wynika, nie to że mła nie jest zwolenniczką kontroli dobrostanu adoptowanych źwierząt, ale trzeba zachować zdrowy rozsądek ( pod warunkiem że się go wcześniej posiadało ). Mła wspiera fundacje ale robi duży odsiew ( żal zwierzaków ale naciągactwu nie i to stanowcze ) a co do kontroli to uważa że to musi działać w dwie strony - fundacje dla własnego dobra powinny same się jak najczęściej poddawać kontrolom różnistym a oprócz wolontariuszy muszą wykombinować albo kasę na fachowców albo liczyć na ich społecznikowskie zacięcie . I ni ma że ni ma. Gdyby nasze państewko tekturowe porządnie prowadziło "rynek fundacji" to połowa tej patologii by odpadła. No ale fundacja to pralnia doskonała, lepiej nie regulować sytuacji bo się jeszcze komuś kiedyś przyda. Odejścia Kresuni bardzo współczuwamy ale pamiętamy tyż że czerpała radość z zarządzania mieszkankiem w bloku a potem radość z zarządzania domem i podwórkiem ( sądzę że były nawet próby zarządzania okolicą, Kreska była tzw. silną osobowością a jednocześnie su z dobrym charakterem ). Niech jej tam to piwo z czipsami smakuje!
    P. S. Mrutek twierdzi że mam bardzo dużo szczęścia że mnie adoptował, dzięki temu nie zażeram się wołowiną co podobno wychodzi mi na zdrowie ( nie wiem skąd ma takie info ). :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Potrzeba kontroli i owszem, ale przecież może być zgodna z prawem. Np. ta umowa z Palucha - wszyściutko wyszczególnione jak się należy, a jednak bez tego marginesu na cwaniacki przekręt. I o ten przekręt właśnie chodzi. Jest nawet jedna znana fundacja, mająca są nazwę od mitycznego stworzenia z labiryntu, która w ankiecie adopcyjnej wymaga zdjęcia legowiska i karmy dla psa, którego jeszcze nie masz! I cytuję: "oferty bez zdjęć nie będą rozpatrywane"! Zajebiaszczo!
      Aligator to była sucz wyjątkowa. Charakter miała gówniany i uroczego lekkiego zezika. Ale dożyła pięknego wieku w dobrobycie i luksusach.
      Mrutek ma rację! A wiesz, że z żadnej fundacji byś Mrutka nie dostała? Bo jesteś NIEODPOWIEDZIALNA i wypuszczasz koty? Współczuć pozostaje wszystkim trzymanym w zamknięciu i zakiszonym po domach tymczasowych Klopsom i Mrutkom świata, bo dostają hopla lub duże dawki zylkene, ordynowane przez oświecone fundacjonistki.

      Usuń
    2. Na to legowisko focone to ja paczę inaczej - teścik dla takich co to piszo że chco ale głównie chco a o zwierzaku nie myślo. To nie jest tak do końca że do biorących zaufanie trza mieć 100%, przeca na jedną Zaswetrowaną Psicę przypada z dziesięciu kretynów którzy mają pomysła. Sztuczki psychologiczne dopuszczam, takoż uświadomienie że nie bierzesz rzeczy tylko stworzenie za które odpowiadasz. Natomiast akcje z umowami pod tytułem "Zobaczysz jak zabulisz" są absolutnie niedopuszczalne i należy je tępić mieczem ognistym. Co do wychodzących i tych co nie wychodzą - zdaniem mła o ile jest możliwość wypuszczania stworzeń na dwór należy z niej korzystać jak najczęściej. Natomiast należałoby zamknąć i to starannie coby nie uciekli nawiedzone i nawiedzonych. Zwierzę to nie jest wyposażenie domu, przebywa w nim w sposób ciągły kiedy nie ma możliwości skorzystania z inszych warunków, przeca to jasne. wiesz bo mieszkałaś w bloku i znasz problem od podszewki - zapewnić bezpieczeństwo sprawą prostą w takich warunkach nie jest ( i tak zresztą nikt z nas nie jest w stanie dać gwarancji że dom jest bezpieczny, znam historię pudliszki która dawno temu powiesiła się przez przypadek w domu na obróżce antypchelnej ). Rozumiem że opieka nad stworzeniem musi być ale hodowla w warunkach wiwaryjnych to nie jest stan optymalny dla zwierzaka. Jak któś tego nie rozumie to ma problem ze stosunkiem do zwierząt. Stworzyliśmy zwierzęta domowe nie po to by przebywały z nami w domu tylko dla inszych celów, teraz nam się wzięło i zmieniło i mamy albo obozy śmierci albo zapieszczalstwo domowe ( jedno i drugie sprzeczne z naturą i okrutne ). Walka z biologią skazana jest z góry na porażkę i taka walkę właśnie nazywam nawiedzeniem. Howgh! Mrutek z fundacji zostałby porwany albo sam uciekł w kierunku madki, to jest jeden z tych kotów który w zamknięciu by cierpiał ( nie wszystkie takie są, niektóre mają domowe charaktery - przeca co zwierz to inna osobowość ). Obecnie Mrutku tłumaczę że jak się zdziera pazurki na robinii to nie trzeba ich już zdzierać w domu na mebelkach co je madka odnowiła. Mrutek twierdzi że lekko pieprzę i żebym uważała bo poszuka dla mnie fundacji dla durnych pańć. ;-)

      Usuń
    3. A ja myślę, że to jednak opłacalne pieska kisić po DT i trzeba rzucać kłody pod nogi potencjalnym adoptującym. Nie uwierzę, że pies względnie młody i niekłopotliwy, bez problemów behawioralnych (te są charakterystyczne dla fundacjonistek) siedzi 6 lat i dłużej i NIKT go nie chce. Tylko z tego, co się znam na matematyce i domowej ekonomii, to utrzymanie zdrowego psa - w sensie karma, bo reszta to dach domu tymczasowego to od 50-100 PLN w zależności od karmy i wielkości psa +/- 20-40 PLN za jakieś leki np. na tarczycę, a tu można puścić zbióreczkę za zbióreczką na fb, na zrzutce etc. Można psu wmówić kilka jednostek chorobowych i zbierać na tomograf za 2000 tys, gdy badanie kosztuje max 800; zbieranie 6 tys. na operację oczu, która jest niepotrzebna a wręcz szkodliwa.
      Poza tym na fotce możesz zamieścić wszystko, nawet łoże z baldachimem i co z tej fotki wynika?
      P.S.
      Mrutek ma rację!

      Usuń
    4. Jak to Mrutek ma rację?! No co Wy?! To ja tu nad Mrutkiem pracuje, wzorce świetlane przedstawiam, te mniej świetlane pomijam milczeniem ( Laluś i Danuś by nigdy mamusi do żadnej fundacji nie oddali, Felicjan groził mła oddaniem do rabolatorium ) a Wy że dobrze! Mruti jeszcze fluidy wyczuje i jego rozbisurmanienie wlezie na wyższy poziom ( to już są Himalaje - tak Mruciu, tak, madka sparzy teraz wątróbkę indyczą, madka się odwraca a pół surowizny zakupionej i niesparzonej już wyżarte a w kierunku mła są pretensje wnoszone że mało, zupełnie jakby nie było lekcji uświadamiającej że wątróbkę to my tak tylko od czasu do czasu w stosownych ilościach ).
      Co do zdjęciów - dla wielu "zainteresowanych adopcją" to nawet zamieszczenie cudzego zdjęcia to już zbyt dużo, jakiś tam odsiew jest. Co do kiszenia to jak pisałam byznes rzundzi się swoimi prawami. Zwierząt szkoda.:-( Tak w ogóle to mła się cóś przypomniało, takie zdanie z książeczki dla dziewcząt w wieku pokwitającym - "Dobry a głupi to tylko poczciwy.". Mła myśli sobie że sporo z wszelkich fundacji jest prowadzonych przez poczciwych a jeszcze więcej przez cwanizny. Smętne to.

      Usuń
  5. Dzień dobry. Poza pierwszym w karierze kociej mamy kotem wszystkie moje kotozwierzaki/futrzaki to biedy i biedki zbierane z ulicy i nie tylko. Ostatni, wybacz Tabaazo imię, ale nie znałam Twojego bloga w tym czasie i o Felicjanie nie miałam pojęcia ,został znaleziony w lesie (grzybobranie późno październikowe) w zawiązanej na supeł dużej mocnej reklamówce zawieszonej na karpie przewróconej sosny. Wydrapał i wygryzł sobie dziurki i ryski w folii dzięki czemu się nie udusił. Jako niewielki kilkutygodniowy szczylek nie miał żadnych szans na wolność i życie. Po jakim takim odchuchaniu zwiał mi (blok, 3 piętro, centrum miasta) i musiałam futerko ratować wyciągając wystraszonego spod samochodu i odpędzając polujące nań psie pyski. Bez kagańców, puszczone luzem gdyż panowie omawiali ważne sprawy przy piwku w pobliskiej badziewce. A pieski podobno łagodne.
    Taaa. Dlatego moje koty nie wychodzą i dlatego ten najmłodszy to Feliks. Bo szczęściarz. Trzy miesiące temu musiałam po 14 szczęśliwych latach po długiej i kosztownej walce pożegnać Maciusia, mojego kociego szefa stada, chodzącą dobroć i łagodność. Nie było to pierwsze ani drugie ani trzecie ani czwarte (dalej liczyć proszę) bolesne pożegnanie.I niestety muszę się liczyć z tym że niedługo będę musiała pożegnać moje kocie gender, o rok młodsze od Maciusia, ciężko znoszące nieobecność szefa, zmagające się z kolejnymi infekcjami, coraz paskudniejszymi. Gender dlatego, że gdy zaniosłam zaświerzbione, zagrzybione zarobaczone maleństwo do weterynarza uznał że to kotka bo nie ma śladu "nabiału", a maluch się wywijał jak piskorz. Nabiał się pojawił , ale stworzenie reaguje wyłącznie na: Kiciunia,Lisia,Lisiunia i przejawia kruchość delikatność i bojaźliwość motyla. Nigdy w życiu nie podpisywałam żadnej umowy adopcyjnej i przeraziło mnie zdrowo to co teraz czytałam. A chciałam/rozważałam przygarnięcie kolejnego futerka, bo Feluś potrzebuje silnego towarzyszą zabaw, ew. Nowego guru. Jedyne co mnie powstrzymywało to obawa przed reakcją Lisia. Beznadziejna walka o życie Maciusia trwała tak długo, bo sam Maciuś chciał żyć. A Lisio jakby nie chce. Mimo że mnie kocha, to dla niego za mało. A nowy kot, to wielka niewiadoma i ryzyko jaki będzie wobec tak słabego delikatnisia jak Lisio. Zwłaszcza że jest jeszcze równolatek Felusia, znaleziony miesiąc przed Felusiem w piwnicy. Nieufne,introwertyczne i aroganckie dziecko ulicy. Zaborcze wobec mnie, uparcie piorące na poważnie pozostałe futrzaki, jedyny Maciuś był nietykalny i szanowany, Gacek bije by zabić, więc nawet Feluś odpuścił zaczepianie. Nie zaczepiany ma wszystkich gdzieś, ALE niedługo (chyba) opuści (chyba) nasze towarzystwo, ponieważ zakochał się z wzajemnością w synku koleżanki. I cóż że ze Szwecji. I nawet nie wiem jak powinnam o nim mówić. Czy jeszcze Gacek, czy już Flip. Czekamy na otwarcie granic i sprzyjające wiatry, sprawdzimy czy uczucie przetrwało. Stanowczo, miałam do tej pory dużo szczęścia nie natykając się na takie fundację.. Wychodzą, nie wychodzą, uporczywie leczyć, nie leczyć bo się tak męczy... warunki takie, siakie,
    A przecież to obustronne jest, pies, kot nas potrzebuje, ale ci co się stworami opiekują po jakimś czasie wiedzą że potrzebują psa, kota...
    Och, szkoda zwierzaków i chętnych do ich przygarnięcia. Pies będzie, myślę że już się Kresunia postara, żeby się fajna miejscówka nie marnowała. Nie była przecież ostatnią świnią?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękne historie! Z kotami jest łatwiej, bo więcej tego łazi luzem lub jest po domach prywatnych. Dlatego jeśli poczujesz głęboką potrzebę posiadania kota, wchodzisz na olx i masz wybór jak w supermarkecie. Istnieją - choć trudno w to uwierzyć - całkiem normalne fundacje. Ale jest to duża rzadkość. Jak mieszkałam w bloku, w środku miasta, to też koty były osiatkowane w mieszkaniu, ale na wsi - w dodatku takiej jak moja - byłoby to normalne znęcanie się nad zwierzakiem. Kot ma prawo do bycia kotem.
      Z drugim psem u nas co ma być to będzie. Czyli pewnie będzie.

      Usuń
    2. Ja brałam moje z olx poźniej, ale głównie jak widziałam, że jakaś bida z nędzą pod miastem, wiocha i koty niesterylizowane itd to brałam - często goscie jacys pachnacy piwem i z tekstami, ze jak dwoch nie wezme to on sie tym drugim zajme - dlatego mam Sherlocka i Daenerys, choc Sher nieplanowany to najkochansze kocie dziecko na rowni z Mefitiem - obaj czarni i obaj przytulaśni do bólu.
      Kocie historie piękne! Aż bloga Romany bym chciała o tych historiach, ale nie wiem czy jest :)

      Usuń
    3. Bardzo Wam kochane, dziękuję, ale bloga nie będzie. Tak wielkie niemoty informatyczne powinny się trzymać daleko od bloggera bo murowane,że zepsują. Cieszę się z powrotu Psa w swetrze, czytam z lubością ten blog i kilka innych, ale sama.. no cóż. Wczorajszy wpis (spójrzcie proszę na godzinę) był efektem adrenalinowego powrotu z pracy, jak widać udanego. A jednak noc zarwana, trzeba było odpracować nerwową trzęsionkę, wpis na futrzane tematy pomógł, a trzy futerka czuwały że mną porozkładane w swobodnych pozach na kuchennym blacie. Jakby wiedziały że to o Nich.
      Pozdrawiam serdecznie, piszcie, bo ja tu czytam...

      Usuń
    4. Aż się boję zapytać, gdzie pracujesz, bo mi wychodzi, że albo w służbach specjalnych albo w BORze. Opcjonalnie w edukacji lub służbie zdrowia.
      I nie przesadzaj z tym niemoctwem. Skoro jesteś w stanie napisać komentarz, to post też. Pisze się tak samo, tylko jest dłuższy ;)))

      Usuń
    5. Właśnie, chce bloga :) Bardzo prooooszęęę :)

      Usuń
    6. No to poczytajcie dlaczego tak.
      Od 29 lat pracuję w firmie, która swoje zaplecze od 13 lat ma w Katowicach. Firma ma zapędy korporacyjne i wymaga by mówić o niej dobrze lub wcale. O firmie nie będzie za wiele, tylko tyle ile konieczne.. Będzie o tym dlaczego tak. Trzynaście lat temu podjęłam kilka decyzji mających skutki do dziś. Dano mi wtedy wybór: albo won, albo praca w Katowicach. No i od 13 lat dojeżdżam z Częstochowy do Katowic i z K do C, czyli w ciągu tygodnia jadę sobie z Zakopanego do Gdańska i z powrotem. I od poniedziałku do piątku wstaję o 4 wracam przed 18. Widzę jakimi torami potoczyły się losy moich koleżanek, które wybrały "won", i uważam że to była słuszna decyzja. Tak, miałam już wtedy futerka, i ze względu m.in na nie została podjęta druga ważna decyzja: nigdy więcej mój czas poświęcony pracy nie będzie przekraczał 8 godzin dziennie, a czterdziestu tygodniowo. Nie ma zostawania po godzinach, chyba że "do odbioru" lub za godziwą płacę. A siedziałam, jak jaka durna od siódmej do siódmej albo i dłużej, brałam na sobotę, niedzielę rzeczy do tzw. kończenia... Ówczesna moja szefowa miała z mojego powodu bogate premie. Ja nie. No ale to było przed tym "albo won". Tak, lubię moją pracę i jestem w niej niezła. Ale w rankingu wygrywają ci, którzy biorą robotę do domu, chętnie wezmą udział w tygodniowym szkoleniu, dokończą w domu raporcik. Szczerze? I oni usłyszą swoją wersję "albo won".
      Nawet jeśli zajdą wysoko. No a dla mnie śmierć mojego domowego komputera zafajdanego jak nie wiem co służbowym exelem była świetną wymówką dlaczego nie i już. Z internetu zrezygnowałam wkrótce po śmierci kompa. I nie myśleć tu proszę że czegoś mi brakowało. Moja praca to patrzenie w monitor, a ja po powrocie do domu wolę zajęcia w realu. Papierowa książka, płyta którą można dotknąć, rozmowa twarzą w twarz, cały wachlarz zajęć z których coś wynika albo i nie wynika. I dlatego nie jestem przygotowana na obecne czasy. Dobra firma " dała mi" służbowego laptopa twierdząc że "mogę pracować w domu". Acha. Czyli albo mam widzieć na ekranie laptopika to co widziałam na dwóch dużych monitorach (nie obraziłabym się za trzeci, przydałby się), albo se kupić monitory za zarobioną na życie kasę... tak? I jak to nie ma pani internetu? Mam w telefonie do woli. No to może pani wykorzystać telefon jako router..(była próba, beznadzieja kompletna) albo lepiej postarać się o stałe łącze. Tak oczywiście. Bo bez tego sedes mi nie działa. Między nami mówiąc, stopniowo zaopatrzę się i w łącze, i w stosowny sprzęt, ale do cholery nie dla służbowego laptopa, i nie teraz gdy dochodzę finansowego dna po chorobie własnej i kuracji Maciusia. Co do tego niemoctwa komputerowego, to jest święta prawda. Zanim zrozumiem jak coś działa, że trzy razy to zepsuję. Informatycy traktują mnie na zasadzie dokładnie takiej jak krakowscy tramwajarze Wodeckiego. (Po kolejnej samochodowej kraksie z krakowskim tramwajem usłyszał zrezygnowane "o Wodecki. A mówili mi w zajezdni żebym na pana uważał"). A bloggera nie miałby chyba kto naprawiać? I myślę że ze smartfona się jednak nie bardzo da...
      p.s poniedziałkowy koszmar z firmą miał tyle wspólnego, że zdarzył się podczas powrotu z firmy. Pozdrawiam.



      Usuń
    7. :)))) Tego z Wodeckim nie znałam :))) Przednie!
      Blogera nie da się popsuć, a od naprawiania jest gugiel, więc nie ma czym sobie zaprzątać swojej pięknej blond główki - to tak, jakbyś jednak zechciała rozważyć... ;)
      Wiesz, a może dla podreperowania budżetu będziesz przesyłki na trasie brała? Taka mini firma kurierska.
      Przecież Ty wyjeździsz więcej niż Kubica na torze! Z drugiej strony, jeśli to była jedyna alternatywa dla "albo won"... I masz rację - żeby nie wiem, jak się zaorać, każdy usłyszy swoje "albo won".
      Po ośmiu godzinach gapienia się w monitory, to miałabym obrzydzenie nawet do ekranu telefonu, więc świetnie Cię rozumiem.
      Maciuś już ma dobrze bo sobie pewnie mruczy na kolanach św. Franciszka, lub się Panu Bogu o nogi ociera, ale Ty się nie daj! O swoje zdrowie się dobrze zatroszcz i nie daj się tłamsić!

      Usuń
    8. Ja tylko powiem że ja z fona wpisy robię, ale to trzeba i tak menu powiększać sobie palcami i cierpliwym być jak ekran cofnie na dół albo na górę itd.
      Ale przyjemnie się czyta kocie historię w komentarzach nawet. W końcu zwierzolubow łączy milosc do zwierząt :)

      Usuń
    9. Czyli muszę rozważyć, ew. przeszkolić się, spokojnie zwalić nieuniknione naprawy na Googla... Ok. Próbę podejmę, ale ja i ze smartfonem dopiero się oswajam. Do niedawna z tzw. prywatnych łączy miałam telefon stacjonarny (nadal mam), i coś w rodzaju zombie komórki, wyciąganej z szuflady od święta na dłuższe wyjazdy. Hmm . Trzymajcie się wiosennie, czyli kwitnące i zdrowo.

      Usuń
    10. Rozważałam, spróbowałam.Chyba to widać skoro mam dwa miłe komentarze od Tabazelli i Boguśki. Odpowiedzieć na razie na nie nie umiem, ale będę się uczyć. Ale już nie dziś. Nie da rady. Opisałam adrenalinowy powrót do domu. Bardziej dla siebie, żeby zrozumieć co mną tak pokotłowało i żeby pamiętać. Bo lada chwila wszystko się przecież zmieni. Ciekawe, zakoduje nam się ten strach przed drugim człowiekiem?

      Usuń
    11. Dobra, dobra - już nadrobiłam zaniedbania :)
      A widzę, że przez ten czas opanowałaś trudną sztukę odpowiadania na komentarze.

      Usuń
    12. 😀 tak. Nobla proszę.

      Usuń
  6. Psie drogi, dodam i ja swoje trzy grosze na temat rozbieznosci miedzy wysrubowanymi wymaganiami stawianymi chetnym do adopcji zwierzaka a realnymi warunkami stwarzanymi futrzakom przez same, bynajmniej nie oswiecone, a raczej nawiedzone fundacjonistki. Otoz, moja siostra po otrzasnieciu sie po smierci ukochanego Rudzielca zapragnela nastepnego kota. Wybor padl na mloda szara kicie, przebywajaca w domu tymczasowym u pewnej fundacjonistki w duzym miescie wojewodzkim. Stawiane warunki oczywiscie standardowe, tzn. dom Boze uchowaj wychodzacy, z osiatkowanymi oknami. Siostra ani myslala sie przyznac, ze dom BEDZIE wychodzacy, poniewaz mieszka w kocim raju: na najdalszych peryferiach malego miasta, w miejscu, gdzie konczy sie asfalt, a do niego jest jeszcze kilkadziesiat metrow prywatnej drogi, wokolo pola z mnostwem myszek i obok domu wiele drzew z ptaszkami, no zyc nie umierac. Skwapliwie przytakiwala fundacjonistce, ktorej jakos nie usmiechalo sie fatygowac blisko 50 km celem sprawdzenia warunkow. W dniu odbioru kici z domu fundacjonistki siostra przezyla szok: na ok. 60 m swojego mieszkania zacna ta paniusia stloczonych miala SZESNASCIE kotow! Sama kicia wydobyta zostala na oczach siostry spod jakiegos mebla, gdzie zdaniem pani prawie bez przerwy przebywala ze strachu przed pozostalymi kotami. Kiedy poznalam kicie, byla w swoim nowym domu juz miesiac i rzeczywiscie przez ten czas nie wychodzila, aby porzadnie sie oswoic z otoczeniem i rodzina. Byla jednak wciaz bardzo plochliwa i miala bardzo nedzne futerko, bardzo rzadkie, jakby je stracila wczesniej z powodu stresu? Przypominala mi raczej wylenialego szczurka, nie kota. Siostra skarzyla sie wtedy, ze fundacjonistka molestuje ja telefonami i wypytywaniem o detale. Telefony te powtarzaly sie jeszcze przez dlugie miesiace, az wreszcie siostra stracila cierpliwosc i przestala je odbierac, majac dosc babska. Kicia jest u siostry juz dwa lata i kiedys widzialam ja na skype: sliczna kotka z pieknym jasnoszarym futerkiem, wychodzaca kiedy tylko chce, teraz majaca mlodszego kotka do towarzystwa. Siostra tylko smieje sie, ze nie nadaza uprzatac darow, jakie oboje jej znosza do domu.
    Pozdrawiam serdecznie i prosze o czestsze wpisy na blogu, uwielbiam Cie!
    dee

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za miłe słowa :)
      Jednym słowem Twoja siostra uratowała kota!
      Szczęście od Boga, że nikt się nie pofatygował na kontrolę, bo by jej kotkę odebrano i znowu zakiszono pod szafą w jakimś mieszkaniu. Niestety to standard. Widziałam już takie domy - osiem kotów na powierzchni 32m2. Czyli o połowę mniej przysługującej powierzchni na kota niż podają behawioryści. W ogóle - choć naprawdę w głowie się to nie mieści - psie fundacje należą do tych normalniejszych. Kocie to w ogóle jakiś odlot i oszołomstwo. W dodatku kociary są tak oświecone, że każda wie najlepiej i nie potrafią się w niczym dogadać. Dlatego czasami w jednej dzielnicy miasta są po 2-3 fundacje! Dlatego współpracuję z dziewczynami, które we Wro trzymają się na dystans od fundacji, współpracują z niektórymi wybiórczo i same prywatnie odwalają kawał dobrej kociej roboty. Tabaaza ma od nich Mrutka. Za umowę adopcyjną starczyło moje poręczenie, za wizytę blog i kot pojechał wprost do kociego raju! Frajda przyrodnika ma od nich Rockiego, a moi sąsiedzi Tośkę i Stefana. Dziewczyny potrafią też idealnie dopasowywać domy do kotów. Temperamentnemu czortowi znajdą dom wychodzący z hektarami przestrzeni do szaleństw, a pierdołowatej boiduszy spokojny cichy dom z dużą ilością rąk do głaskania.

      Pomijając jednak to oszołomstwo, mnie najbardziej ruszyła nieuczciwość tej umowy i taka jej konstrukcja, że można dowolnie nękać osobę adoptującą, a także zarabiać na niej kasę przez nałożenie kar finansowych. Potem są dramaty. Ludzie wygrywają w sądach, bo to każdy prawnik rozczołga, ale nerwy, stres, odbieranie zwierzaka, trzymanie go w hotelikach do czasu zakończenia sprawy - czasem rok lub dwa. To jest kosmos.

      Usuń
  7. Przeczytałam z zainteresowaniem. Od dawna mam swoje zdanie o fundacjach, nie tylko tych od zwierząt, że to zwyczajne naciąganie ludzi o dobrym sercu. Po tym jak wpłaciłam pieniądze, a osoba dla której wpłaciłam ich nie dostała, "bo to Fundacja decyduje, kto i ile dostanie ze zbiórki", przestałam napychać kieszenie pazernym prezesom fundacji. W schroniskach jest tyle piesków, że łatwo wybrać odpowiedniego, są też ludzie prywatni, którzy muszą z powodów losowych rozstać się z pupilem. Życzę Ci powodzenia w adopcji nowego pieska. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To, o czym piszesz jest straszne! Czyżby chodziło o tę fundację: https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/cienie-fundacji-rycerze-i-ksiezniczki/v7qfqk8
      Zastanawia mnie dlaczego przy tylu przekrętach prawo nie zostało jeszcze dostosowane do większej kontroli nad takimi organizacjami.

      Usuń
    2. No co Ty? A jak forsę prać? Fundacje wszelkiego rodzaju to pralnie idealne, na palcach policzyć takowe które do przekrętów nie służo.

      Usuń
    3. No tak. O ja gupia, niekumata!

      Usuń
    4. Nie bój się, tak źle nie jest. Człowiek ma po prostu tendencję żeby sądzić "po sobie" . Jak sam cóś robi na ten przykład dla idei to myśli że inni tyż tak. A inni tymczasem domek do wynajmu kupują za fundacyjne pod lasem. I tralala.

      Usuń
  8. Nasz Edunio jest z małego schroniska, prowadzonego przez nauczycielkę, koleżankę z pracy. Formalności były ograniczone do minimum. Kiedy zadzwoniłam na początku epidemii, czy nie trzeba ich wspomóc finansowo (niestety, mieszkamy za daleko, aby dopomóc pracą czy karmą), Agatka powiedziała mi, że radzą sobie na razie i wskazała adres bardziej potrzebujących. Takiej umowy, jaką przytoczyłaś, nikt przy zdrowych zmysłach by nie podpisał.
    P.S. Jesteś wspaniałą i mądrą kobietą. Cieszę się, że cię poznałam :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozdrów ode mnie Agatkę i jakby czegoś potrzebowała, to wiesz.
      Ze wzajemnością! Naprawdę się cieszę, że w internetach znalazłam się w tak doborowym towarzystwie! :)

      Usuń
  9. Potwierdzam to co napisała przedmówczyni,jesteś Dorotko wspaniałą i mądrą kobietą.
    Kurde muszę jeszcze raz przeczytać,jakaś nowa metoda wyłudzania,"na pieska".
    Czego to nie wymyślą.
    A ja latam,Mokotów i z powrotem;)
    Ściskam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty znowu na ten Mokotów za karę.. ;)
      Hannuś, Ty wiesz, jak się cieszę się, że mam Ciebie i resztę doborowej ferajny, poznanej via internety :)

      Usuń
  10. Marzyniu i Hanno!
    Dziękuję za miłe i niezasłużone słowa - wbijacie mnie w pychę!
    Przykład Marzyni i Dziewczyn komentujących powyżej tylko potwierdza, że można! Można wydać do adopcji zwierzę na podstawie umowy zgodnej z prawem!
    Hannuś "wyłudzenie na pieska" zrobiło mi dzień! Uśmiałam się jak norka! Tym samym od dzisiaj wyrażenie "na pieska" nabrało nowego znaczenia :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żebyś wiedziała za karę, na hydraulika czekaliśmy dwie niedziele,wreszcie ślubny sam zrobił.
      Do dziś się chwali;)
      A propos wyłudzania,spirytus salicylowy przed zarazą kosztował coś 3 zeta.Dziś kupiłam a on na wagę złota 6,50 za 100ml.Nie chciało mi się szukać paragonu bo bym im to pyrgła z powrotem.
      A w lidlu spirytus rektyfikowany 200ml-11 zł.
      Zadanie: ile 100ml buteleczek 3% spirytusu można zrobić z 200ml 98%, hę?
      Biznesik jak talala.
      Odezwę siem,już końcówka;)

      Usuń
    2. No to wzięłam i obliczyłam.
      Inwestuję 11 zł a wyjmuję 433.
      433-11=422 czyli wychodzi ok 3800 % zysku.
      Robimy biznesy?!

      Usuń
    3. Zaczynam przetrząsać szafki i piwnicę w poszukiwaniu fikuśnych szklanych flaszek i lecimy z tym byznesem!
      Czyli jednak! Pieniądze leżą na ulicy! A przepraszam! Chlupoczą w szkle! :)

      Usuń
    4. Ludzie z poczuciem humoru, łączcie się!
      P.S. Co do obfitości ciałka to ostatnio usłyszałam od Babci,którą odwiedziłam po tym czasie izolacji(fajnie mieć babcię w wieku 53 lat, chociaż nie musiałaby być taka szczera): "Aleś się spasła!"

      Usuń
    5. A zwłaszcza na tym blogu, amen! :)
      Zakładam, że podałaś swój wiek, a nie szanownej Babci, bo w pierwszym czytaniu przy mojej ociężałości umysłowej wyszło mi, że masz fajną, młodą Babcię. Ale musisz mi wybaczyć i zastanowić się, z kim się zadajesz, bo ostatnio tak jakby mi się zwoje wyprostowały.
      Jednakowoż szczerość szanownej Antenatki jest z tego cięższego kalibru... Nie łam się!
      Moja ś.p. Mamusia, ilekroć się bałam przed egzaminami, pocieszała mnie słowami: Nie masz co się przejmować. Nie takie GŁĄBY jak TY zdawały i zdały. Dlatego zawsze na egzamin szłam z mieszanymi uczuciami...

      Usuń
  11. Podarek-Darek był psem znalezionym w parku Tołpy, bratanica odwiązała go od drzewa.
    Po Morusa pojechaliśmy do wrocławskiego schroniska, tego starego jeszcze. Trafiliśmy na porę karmienia. Kilka psów w boksie pałaszowało z misek, a jedna bida siedziała z boku, potem poszła wylizać miski. Dlatego padło na bidę, która została naszym Morusem.
    Myka brat ściągnął z drzewa w Leśnicy. Taki podrośnięty już trochę kociaczek siedział na drzewie i płakał.
    Tak to tylko Morus miał umowę adaptacyjną, była ona dość zwięzła o ile pamiętam. Było tam napisane, że mogą przyjechać i skontrolować jak mu u nas jest, ale przez 10 lat nikt nie pofatygował się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Morusem chwyciłaś mnie za serce!
      Ano tak. Takie historie, że psa/kota się brało z ulicy. A teraz mam wrażenie, że trzeba się spieszyć zanim zdąży takiego nieboraka "przygarnąć" fundacja, bo utknie na długo bez swojego domu...
      Żeby nie było! Ja nie jestem przeciwna umowom adopcyjnym - ale niechże one będą uczciwe. Nawet powinny być szczegółowe, jak ta z Palucha, ale ZGODNE Z PRAWEM! A nie jak to napisała Tabaaza: "Zobaczysz jak zabulisz!"

      Usuń
  12. Och, Psie, hlip, dlugo dalas na siebie czekac :)
    A moze bys pomyslala o Przemku - Schronisko Orzechowce (Stowarzyszenie Kudlate Serce). Jesli bym mogla, od niego brala bym praktycznie w ciemno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hejka Leciwa!
      Zlituj się! Gdzie Rzym, gdzie Krym!
      Oni są w Przemyślu, my pod Wrocławiem. Nie pojadę przez całą Polskę, żeby Pyza mogła sobie kumpla wybrać. Bo tak naprawdę po psa muszę jechać z Pyzą i jej zdanie się liczy najbardziej. Jak się psy nie zaakceptują, to nici z adopcji, bo ja nie będę tutaj się pałować z walczącymi psami. Bliżej mam Dzierżoniów, Kalisz, Wałbrzych, Jelenią Górę - z tych bardziej przepełnionych schronisk.
      Poza tym, z całym szacunkiem, ale na stronie Orzechowców nie jest dostępna umowa adopcyjna... Regulamin adopcji nie budzi zastrzeżeń, ale treści umowy nie ujawniają. Są stowarzyszeniem, a to niestety budzi moją podejrzliwość, że potrafią przywalić adoptującym między oczy umową w stylu tej, jaką przedstawiłam powyżej.

      Usuń
    2. Szkoda, ze daleko.. :( Po Przemku bym sie czegos takiego nie spodziwala, bo on na prawde ma fiola na punkcie futer, chociaz czasami czlowiek nawet na kims zaufanym moze sie przejechac.

      Usuń
  13. Jakiś czas temu (raczej dłuższy) ktoś namówił mnie do opłacenia szczepienia pieska ze schroniska. Weszłam na stronę, wybrałam zdjęcie psa najpiękniejszego inaczej i wypełniłam specjalny formularz sfinansowania szczepień (to nie było tanie!) z podaniem dokładnie, którego pieska chcę zaszczepić. Otrzymałam odpowiedź, że bardzo mi dziękują i mój Fredzio (Henio czy też Reksio) jest już zaszczepiony. Po jakimś czasie weszłam raz jeszcze na stronę, gdzie umieszczone były pieski do zaszczepienia i "mój" nadal tam był. Zaczęłam szperać. Okazało się, że wpłaciłam pieniądze fundacji, organizującej akcję szczepień dla piesków, nie na konto schroniska. A "mój" piesek nie istnieje. Na stronie fundacji znajdują się zdjęcia psów, którym poszukuje się rodzin adopcyjnych, ale te pieski nie istnieją. Nie chcę powiedzieć, że te fundacje nie zajmują się adopcją zwierząt, bo tego nie wiem. Ale na pewno nie są to adopcje tych zwierząt, których zdjęcia zamieszczone są na stronach. I to już jest nieuczciwe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jeszcze dodam, że wiem, jak bardzo straciłam zaufanie do tego typu akcji i teraz trudno jest mnie na mówić do wpłacenia pieniędzy na jakąś zbiórkę. Żadne "chrońmy rysie", "ratujmy foki" czy "zbudujmy milion domków dla nietoperzy" nie wydaje mi się godne zaufania.

      Usuń
    2. Smutne. Ale prawdziwe. Jeszcze foki, rysie i nietoperze to jak cie mogę, większość jest weryfikowalna, ale pieski/kotki - masakra. Dotyczy to także fundacji ludzkich. Zarabiać na wirtualnych zwierzętach to jedno, a okradać chore dzieciaki, których rodzice walczą o życie - to już syństwo rzadkiej klasy. https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/cienie-fundacji-rycerze-i-ksiezniczki/v7qfqk8
      Dlatego wolę pomóc wokół siebie. Tak jak np. starszej pani ze stadem kotów, od której były u mnie trzy rude gracje przed Bożym Narodzeniem. Trafiły cudnie i ich historie się ładnie potoczyły - muszę wreszcie przysiąść i napisać. U pani zostały już tylko 4 koty, pokastrowane, a ja im co dwa miesiące kupuję wór karmy. Czyli mam możliwość na własne oczy zobaczyć zwierzęta, które karmię.
      Jeśli chodzi o weryfikowanie działań fundacji prawo MUSI się zmienić!

      Usuń
  14. Kiedy po raz pierwszy przeczytałam to: https://www.gosc.pl/doc/2467063.Gdy-piesek-odchodzi, byłam zszokowana i mało brakowało, żebym dołączyła do rzeszy oburzonych czytelników, którzy zasypali autorkę protestami. Pięć lat później, m.in. za sprawą takich historii jak z daną fundacją, zaczynam podejrzewać, że faktycznie niektórzy ludzie posuwają się za daleko w swojej prozwierzęcości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heloł! Wreszcie się doczekałam! :))))
      Oburzać to ten artykuł mnie nie oburza, choć jest dość kategoryczny. Frazeologia mnie aż tak nie rusza. A sprawa zdychania i umierania jest dyskusyjna. Wolę określenie odeszła Kreska niż Kreska zdechła. Po pierwsze dlatego, że tak jak autorka przytacza przykład z jęz. francuskiego, na szerokie znaczenie słowa adoptować, tak uważam, że w naszym języku przyjęła się wieloznaczeniowość słowa odchodzić. I raczej nie dokąd a skąd, czyli z tego świata. Słowo zdychać ma w naszym języku bardzo pejoratywne znaczenie, które mam wrażenie z latami zyskuje na ostrości. Choćby powiedzenie "obyś zdechł!". Pszczoły umierają. Drzewa umierają (stojąc). Rośliny (ob)umierają. Oczywiście zwierzęta padają - zjawisko masowe, spowodowane chorobami; lub się je zabija. De facto Kreska została zabita, czyli uśpiona. Tym jest eutanazja - zabiciem. (He, he, he no i wracamy do pewnego tematu, który już tutaj na blogu był wałkowany).
      Moniś, wydaje mi się, że mniejsza o frazeologię, chyba, że ma ona pomóc utrzymać w ryzach zdrowy rozsądek w działaniu. W kwestii frazeologicznej raczej widzę problem z cyklu, co było pierwsze: jajko czy kura? Tzn. co było pierwsze i co z czego wynika, czy frazeologia ze zwierzooszołomstwa, czy zwierzooszołomstwo z frazeologii.
      Mając wykształcenie jakie mam i zainteresowania, jak również długie lata życia w licznym stadzie wielogatunkowym WIEM, że miłość do zwierząt polega nie na uczłowieczaniu ich potrzeb, ale zaakceptowaniu ich natury. Pies jest szczęśliwy, gdy się wytarza, wybiega, nażre i nie ma poczucia zagrożenia. Nie musi spać w łóżku, a nawet często nie chce. Pies jest stadny. Nie śpi w łóżku bo to łóżko, tylko dlatego, że śpi z osobnikiem wyżej w hierarchii. Kot się pakuje do łóżka, bo to łóżko właśnie, a w łóżku jest źródło ciepła. Jak ma do dyspozycji fotel obok kaloryfera, albo legowisko na kaloryferze polezie tam, bo kaloryfer się nie wierci. Kot jest szczęśliwy gdy się nażre, może polować i nikt za bardzo się nie wtrąca w jego kocie sprawy, chyba że na wyraźne życzenie kota.
      I odnoszę wrażenie, że właśnie ze zrozumieniem tych prostych prawd fundacjonistki mają największy problem.

      Usuń
    2. Heh, wyjątkowo nie kwestie językowe mnie ruszyły, tylko podejście (przyjęłam, że tutaj to jednak język wyrasta ze światopoglądu). I w sprawie niektórych fundacji dopatrzyłam się postawy z przeciwnego bieguna. "Dobro" zwierzęcia wydaje się ważniejsze niż działającego w dobrej wierze człowieka. Nie mogę jednak wykluczyć, że za umowami, o których piszesz, nie stoi wcale idea, ale zwykłe wyrachowanie i chęć zysku.

      Usuń
    3. Ależ za większością tych umów stoi idea! (Jeszcze) Tylko nie wiem czy na szczęście, czy niestety. Bo ta idea wzięła rozbrat ze zdrowym rozsądkiem tak dawno, że najstarsi górale... I to się przekłada na język. A na nowym języku kształtowany jest światopogląd kolejnych pokoleń fundamentalnych fundacjonistek. To się nakręca.
      Po czym jakiś operatywny cwaniak wkręca się na prezesa fundacji - własnej lub przejętej - i jest płacz i zgrzytanie zębów. Wtedy taka bezprawna umowa, będąca u swego źródła tylko wyrazem idei (chorej, ale jednak idei), staje się narzędziem represji dla osób, które przygarnęły zwierzaka.

      Usuń
  15. A wiesz, Piesku, że chyba kolejny piesek z byłej schroniskowej rodzinki mojego Edunia znajdzie dom? Przestrzegłam mamę przyjaciółki córki (i stryjecznego szwagra Władka tyż, hie hie), żeby nie szukała przez wielkie fundacje, tylko udała się do schroniska do Agatki. I jutro się wybierają!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I o takie postawy nam chodzi! Trzymaj kciuki w niedzielę - jedziemy po piesa na wieś. Pies podwórkowo-kojcowy ale mamy nadzieję, że ogarniemy, udomowimy, może nie zeżre wszystkich kotów na raz ;)

      Usuń
  16. Nie bez przyczyny fundacje mają kiepskie opinie i ludzie do większości z nieufnością podchodzą. Że o dogomanii nie wspomnę. Wielu ludzi z "tymczasowania" zwierząt zrobiło sobie sposób na życie i utrzymanie, dlatego z niektórych domów tymczasowych czy fundacji ciężko jest w ogóle jakiekolwiek zwierzę adoptować. A jak widać nawet jak się uda, to można wpaść w różne pułapki!
    I jak pies podwórkowo-kojcowy? Jest u Was, czy kotów jednak nie toleruje?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci, że teraz jak słyszę "fundacja" to mnie trzepie!
      :) Mamy go!
      Niedługo o nim będzie :)

      Usuń
  17. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  18. Piesu w sweterku, a co to znaczy " niedługo"? Jakoś smutno bez wieści. Ok jest?

    OdpowiedzUsuń