Proroctwo o mrufkach jak zemsta faraona czyha na mnie, gdy tylko przekroczę próg naszej i tak przepełnionej klatki na króliki, szumnie zwanej mieszkaniem.
Dwie soboty temu nazad guzdrałam się niemiłosiernie i powlokłam się na obowiązkowe zakupy spożywcze niemal w okolicy południa (a mogłam wyjść wcześniej).
Polazłam na placyk i niespiesznie nabywałam dobra wszelakie, upychając w je w rozliczne siaty (a mogłam się pospieszyć). Nabyłam również produkty kruche - w tym 20 jaj i butelkę - szklaną - żurku. Objuczona zakupami jak wielbłąd, czyli jak przeciętna Polka- karmicielka rodziny, zamiast popruć do domu najprostszą drogą, wybrałam trasę widokową. Przez osiedle. Bo tak pięknie słoneczko świeciło. I wcale mi się nie spieszyło. (A mogłam pójść prościutko!)
No to wylazłam sobie z przejścia pod blokiem w okolicy naszego dużego parkingu (a mogło mnie tam wcale nie być!) i słyszę, że coś na owym parkingu rozpaczliwie miauczy.
Po drugiej stronie ulicy byłam i pokusa, żeby tego płaczu nie usłyszeć naprawdę była spora. Bo jednak słuch trzeba było wytężyć z tej odległości, żeby ten płacz uchem wyłapać. (A mogłam nie wytężać...)
Przelazłam przez ulicę i co ja widzę. Kocię widzę. Czarno-białe kocię, co to siedzi pod żywopłotem między samochodami i płacze. Brudne to było niemiłosiernie, ale bardzo eleganckie w umaszczeniu :)