Ano tak.
W kocim temacie ostatnie słowo nie zostało powiedziane.
Sądzę, że nawet nie przedostatnie.
Akcja się rozwija i nabiera rumieńców.
A było tak:
Poprzedni właściciel posiadał kilkunastoletnią czarną kotkę o imieniu Tosia, którą rzecz jasna zabrał ze sobą. Pytałam się, czy tu przychodzą inne koty, ale nie otrzymałam jakiejś wyczerpującej odpowiedzi. Ot czarno-biały kot sąsiadów (Jest takowy - trzyma sztamę ze swoimi: bokserem i wilczurem).
Dla Tośki była klapka na czip i właściciel innymi kotami ani się nie interesował, ani sobie nie życzył z nimi bliższych kontaktów.
Kilka dni po przeprowadzce, kiedy jeszcze moje zwierza siedziały w kocim pokoju, zobaczyłam Groszkę przemykającą przez podwórko i znikającą za garażem.
Oczywiście puściłam się pędem, żeby złapać uciekiniera! Wołam, wabię, a kot popatrzył się na mnie i czmychnął przez szparę w płocie. Z obłędem w oczach sadziłam po trzy stopnie na piętro, żeby się dowiedzieć JAK i KTÓRĘDY udało się tej małpie zwiać?!
A małpa siedziała spokojnie na krokwi i robiła za sowę :)
Tak poznałam Łazankę.
Widywaliśmy też -ale z daleka, najczęściej z okna - czarno-białego kota na naszym pomoście i w krzakach przy oczku wodnym. Czasami myliłam go z Jupą lub Jojką, bo z daleka maską na pysiu przypominał tę pierwszą, a ciemnym grzbietem tę drugą.
I tak poznałam Białego.
Miałam też podejrzenia, że tych burych pręgusków jest więcej. Ale ten drugi jest płochy i raz widziałam ogon, czasem kawałek ucha, albo mignęła mi gdzieś na deskach czarna pięta.
I tak poznałam... a zresztą, potem się dowiecie, kogo poznałam :D