Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jojo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jojo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 listopada 2021

środa, 6 stycznia 2021

Wieczorynki

     Paskudny rok nam się skończył, a nowy jakoś mnie nie napawa optymizmem. Mimo wszystko, życzę Wam Wszystkiego Najlepszego na ten Nowy Rok kochani. Teraz chyba bardziej niż kiedykolwiek przedtem, jeśli chcemy, żeby Nowy Rok przyniósł nam coś dobrego, musimy się sami o to zatroszczyć.

Tak mi się porobiło w tym wszystkim, że upodabniam się do niejakiego Piżmowca z Doliny Muminków - leżałabym tylko pod kocem i czytała traktaty "O niepotrzebności wszystkiego". Ale się nie da, niestety.

No to postanowiłam zebrać się w sobie i wrócić.

Nie wiem na jak długo. Zapewne na trochę, bo mam PLAN. Plan zwłaszcza dla tych wszystkich kochanych Blogoczytaczy, którzy o mnie nie zapomnieli i nie usunęli mojego blogaska z listy czytelniczej.


    Ech, na początek przywalę hiobową wieścią, że nie ma już z nami Jojo. Podjęłam tę najokropniejszą dla mnie decyzję 12. października i do dzisiaj nie mogę się otrzepać. Uprzedzając pytania, których mam nadzieję mi oszczędzicie, Jojo mogłaby pewnie żyć do dnia dzisiejszego, ale wymagałoby to uwięzienia jej w domu na stałe. Oznaczałoby to zamknięcie jej w kocim pokoju, bo mój dom jest specjalnie dla kotów rozszczelniony i stado sobie cyrkuluje dowolnie. Utrzymywanie Jojo przy życiu wymagałoby również ciągłego podawania leków przeciwbólowych i uspokajających psychotropów. W mojej ocenie takich rzeczy nie robi się ukochanemu kotu i muszę udźwignąć ciężar tej decyzji.

No i tak, że tak.

Oczywiście luki w naszym stadzie zawsze wypełniają się samoistnie i o tym też trochę będzie, a na razie przechodzę do realizacji mojego sprytnego planu.

czwartek, 20 sierpnia 2020

Owca

 

Aliści to musiało wreszcie nastąpić, że stan jednopsia przeminął był.

W sumie Pyza nam wystarczała i zaspokajała wszelkie potrzeby w związku z posiadaniem psa. Pyzie się podobało, Mężczyźnie też, a mnie jak zwykle korciło.

Siedziałam w internetach i wyszukiwałam potencjalnych kandydatów na dopsienie domu. Po opisanych wcześniej perypetiach z adopcją któregoś z dwóch psów fundacyjnych (oba psiaki nadal kiblują w domach tymczasowych, bo "ludzie to potwory i nikt takich psiaczków nie chce"), skupiłam się na ogłoszeniach od osób prywatnych (schroniska jeszcze w większości były zamknięte) i w tym celu czesałam olx oraz oswoiłam fejsbuka (brawo ja!).

Oczywiście wybór padał głównie na przedstawicieli ras rustykalnych o niskim zawieszeniu. Pech chciał, że zwykle były to zwierzaki z nadmorskich wybrzeży lub krainy wilka i niedźwiedzia, a choćby z województwa bagienno-szuwarowego. Mężczyzna zerknął na mapę i wycedził, że do 100 km to proszę bardzo i ani decymetra dalej.

Zadzwoniłam do schroniska Azyl w Dzierżoniowie - jedynego, które się nie zamknęło na Dolnym Śląsku (i jakoś nikt nie umarł z tego powodu) i nawet wstępnie byłam już po słowie z miłym panem, choć wyboru prawie nie było. Społeczeństwo głodne adopcji psów, wyczyściło schronisko do gołej podłogi ostatniego boksu, do kochających domów uprowadzając na smyczach nawet psy rzekomo nieadopcyjne. 

Już już mieliśmy jechać, biorąc jednego z kotów na przynętę. W Azylu kotów nie mieli i nie było jak sprawdzić reakcji psa na kota. Pan poradził, żeby wziąć własnego, co ponoć jest powszechnie praktykowane i ludziska przyjeżdżają po nowego członka rodziny w asyście kotów, żółwi, papug i chomików. Nie odnotowano chyba tylko wizyty złotej rybki. Już był dopracowany plan wyprawy do Dzierżoniowa, kiedy na fejsbuku pojawiło się takie nieduże i nieszczególne zdjęcie, nieszczególnego osobnika.

I ten psi osobnik na mnie patrzył z tego zdjęcia.


Zawezwałam przed monitor Mężczyznę. Patrz! - mówię mu. Popatrzył. Pies ze zdjęcia popatrzył na Mężczyznę, no i rzuciłam się pisać wiadomość do pani od ogłoszenia.

Do oddania były w sumie trzy psy, które obecnym właścicielom były podarowane "dla dzieci" przez znajomego. Znajomy to dość nieodpowiedzialny człowiek, któremu suka szczeni się regularnie, a ten oddaje potem pieski, "bo na wsi zawsze się uchowają". Stan umysłu i nie ma co bić piany na ten temat. Właściciele mieszkali i owszem na wsi, ale w wynajętym domu, a mając pod opieką gromadkę bardzo małoletnich dzieci, pieskami byli wysyceni po kokardki. Jak na warunki wiejskie to psy źle nie miały. Nie były głodne ani zaniedbane, miały kojec ale nic więcej. Doba w końcu nie jest z gumy. Dlatego za namową młodszej siostry, postanowili oddać psy w dobre ręce, sobie ujmując kłopotu, a psom dając szansę na lepsze życie.



Pani Iza była przekonana, że chcemy adoptować młodego, biszkoptowego blabladora (taka dziesiąta woda po labradorze) i była bardzo zaskoczona, że chodzi nam o czarnego kosmacza. Wszystkie psy były przyrodnim rodzeństwem i idąc tym tropem nasz wybranek był w jakimś sensie blabladorem. Na zdjęciu kosmate zwierzę wyglądało na niewielkie i szorstkowłose, ale pani twierdziła, że jest wielkości blaladora. Ponieważ jednak my już wiedzieliśmy, że to ten, a pies ze zdjęcia ciągle na nas patrzył, to pojechalibyśmy po niego nawet gdyby był wielkości cielaka.

Skrupulatnie sprawdziłam lokalizację. Mężczyzna oczywiście wykazywał czujność w kwestii odległości, jednak Google Maps było po mojej stronie. Zmieściłam się w wyznaczonym promieniu o włos, a dokładnie o 3,1 km! I tak ostatniego dnia miesiąca maja wyruszyliśmy po psa, zabierając ze sobą Pyzię mało zadowoloną z takiego obrotu sprawy.

Na rogatkach Ząbkowic Śląskich coś mi błysnęło z lewej strony, ale nie zwróciłam uwagi, zakładając, że słońce odbiło się od szyby mijanego samochodu. Dojechaliśmy na miejsce, poznaliśmy panią Izę i rodzinę psa. Pies okazał się być wcale nie taki duży, bo ciut za kolano (blablador choć masywniejszy też nie był zbyt wielki) i nie szorstkowłosy, tylko długowłosy w loki. Wołali go Dżeki, w książeczce ma Brutus, nie reagował na żadne z tych imion. Poszliśmy na spacer wszyscy razem. Znajomość z Pyzą została zawarta ale bez entuzjazmu ze strony wyżej wymienionej. Po wymianie uprzejmości zapakowaliśmy futrzaka do samochodu i powieźliśmy do domu, pozostawiając w kojcu osamotnionego blabladora. 



Na wyjeździe z Ząbkowic coś nam błysnęło po stronie prawej i Mężczyzna zaklął szpetnie. A zaklął szpetniej, jak pisnęłam, że już raz błysnęło na wjeździe. Miesiąc później dostaliśmy pocztą pamiątkową fotografię z Ząbkowic, dokumentującą, jak to nam się po pieska i z pieskiem śpieszyło :)

Tym sposobem mamy nowego psa - pięcioletni, nie bity, z małym przebiegiem, który wygląda i porusza się z płynnością i gracją lalek/marionetek Jima Hensona, krótko mówiąc jak jeden z Muppetów.

Po bliższych oględzinach okazało się, że masę psa robi futro, a pod spodem jest mało psa w psie. W sensie kudły kryły sylwetkę charta. Choć jest dwukrotnie wyższy niż Pyza, to o 2 kg lżejszy. I nie chodzi o to, że chudy, chociaż chudy był, a nawet jest. Po prostu taka konstrukcja. Żebra można było wyczuć, ale konia z rzędem, kto utuczy tego psa. Je głównie by zrobić przyjemność człowiekowi, wszystko dokładnie obwącha zanim raczy wziąć do pyska, nie chwyci NICZEGO, co zostanie rzucone w jego kierunku, a żółty ser wkładałam mu do paszczy bokiem. Pyza, która jak powszechnie wiadomo ma naturę odkurzacza, kiedy patrzy na to marnotrawstwo po prostu traci cierpliwość i wyręcza szanownego kolegę w łapaniu w zęby i sprzątaniu z podłogi.

Ponieważ na zadku ma gustowne loki, a puchaty ogon początkowo nosił nisko, przyklejony do tylnych łap, od tyłu wyglądał jak owca. Czarna co prawda, ale owca. I tak został Owcą, a w zasadzie Owcem czasem Owiecem i od razu załapał, że to do niego.


Owiec jest tchórz, cykor, trzęsidupa i ostatnia pierdoła. Początkowo zastanawialiśmy się, czy umie szczekać. Aż na którymś spacerze szliśmy obok pastwiska, Owiec węszył w trawie, nagle podniósł łeb i zobaczył, że dwa metry od niego stadko jałówek stoi i się gapi. Ponieważ uznał, że te zwierzęta go atakują, zaczął rozpaczliwie cienko szczekać z nutą skowytu na końcu każdego szczeknięcia. Dźwięki w każdym razie były przeraźliwie przykre dla ucha. Ciekawskie bydło ruszyło w jego kierunku, by sobie dokładniej to cudo obejrzeć, a to spowodowało, że Owiec niemal zszedł ze strachu. 

Rodzina zachwycała się inteligencją Owca. Za przebłysk geniuszu zostało uznane wprowadzenie się do mojego łóżka już drugiego dnia po przyjeździe i natychmiastowe opanowanie foteli. Stało się to zanim Owiec nauczył się nie częstować się samemu ze stołu i nie siusiać w domu (zdarzyło mu się wszystkiego dwa razy i czasami się zapomina i próbuje dom oznakować). Zaiste błyskotliwy umysł. 



Że niby nie tak cały się na łóżko wepchnął, bo łapki to jeszcze prawie na podłodze :)
Że niby nie tak cały się na łóżko wepchnął, bo przecież tylne łapy to niemal na podłodze :)


Owiec jest niestabilny. To znaczy ciągle się przewraca. Jak się cieszy - buch na grzbiet, jak go pogłaskać - buch na grzbiet, jak się do niego mówi - fyrt na grzbiet i oczywiście jak się boi, to też kołami do góry. 

Na spacerze wygląda to mniej więcej tak:  

- Owiec chodź tu! Dawaj ten ogon, bo masz cały w rzepach. Nie! Nie kładź się w tym syfie! Oooooooooowiec! Musiałeś? Jak teraz wyglądasz ty psi idioto?!

A Owiec gapi się nic nierozumiejącym wzrokiem, jakby mówił:

- என்னிடமிருந்து நீங்கள் என்ன விரும்புகிறீர்கள் என்று எனக்குத் தெரியவில்லை, ஆனால் நான் எப்படியும் உன்னை நேசிக்கிறேன், அதனால் நீங்கள் என்ன சொல்கிறீர்கள்

Co w wolnym tłumaczeniu oznacza mniej więcej "Nie wiem czego ode mnie chcesz, ale i tak cię kocham, więc o co ci chodzi?".

Pierwszy raz w życiu widziałam, jak wet czyści gruczoły pod ogonem psu leżącemu na pleckach. Zacny widok. Ze względu na NNNŚ Weta starałam się nie śmiać, ale już chichot trudno było powstrzymać.

Na linii z Pyzą bywa różnie. Na linii z kotami również.













Łazanka oraz Klops profilaktycznie naprały burka po pysku. Profilaktycznie. Żeby sobie nie myślał. Tzn. Klops podszedł i strzelił na odlew, a do siedzącej na podwórzu Łazanki głupi pies sam się pchał. Łazanka obdarzyła psa twardym spojrzeniem, potem padł strzał znikąd w psi pysk, a Łazanka nawet nie ruszyła tłustego zadu z polbruku.

Niedawno takie oto sceny się działy. Ruszyłam się sprzed komputera i pomaszerowałam do kuchni po herbatę. Owiec oczywiście jak cień za mną. Wzięłam kubek i wróciłam do biurka u siebie w pokoju, Owca gdzieś zgubiłam po drodze, ale przecież jest w domu. Po kilku minutach słyszę skomlenie w przedpokoju. Wołam Owca, ale nie przychodzi, a skomli dalej. Ruszyłam się sprawdzić, o co psu chodzi i co widzę? Skulonego na kaflach skamlącego Owca, który boi się wejść do pokoju. Po obu stronach przedpokoju, mniej więcej przed moimi drzwiami, siedzą naprzeciw siebie Klops i Łazanka i mierzą się wzrokiem, a Owiec musiałby przejść między nimi! Na taką brawurę absolutnie nie stać było tego dzielnego psa :)))))))))

Reszta kotów olewała lub osyczała, niektóre dawały się pogonić i tu zaczęły się problemy. Niestety ofiarą gonienia padła Jojo, a przy Owcu Pyza nabrała złych manier. Upomnienia starczały na krótko i były przestrzegane tylko, gdy ktoś patrzył. Gdy burki były poza zasięgiem wzroku, to zły w nie wstępował. Krótkie kursy kapciologii też szybko szły w zapomnienie. W końcu przegięły! Pogoniły biało-czarnego kota bardzo skutecznie, ja myślałam, że Jojo (ale szczęściem nie) i wtedy był dłuuuuuuuuugi wykład z kapciologii. Kurz i mole leciały z trzepanych zadów, a ja belferską modłą prowadziłam nauczanie do wyczerpania (tematu oczywiście!). Pomogło.

Najbardziej jednak zaskakujące są relacje z Kapslem. Otóż Kapsel ma na punkcie Owca obsesję futrzaną. Wieczorami i nad ranem narkotyzuje się futrem Owca, wpadając w rozmruczany trans. Tarza się po Owcu, zanurza z lubością pysk w jego furze, iska, podgryza i szarpie ząbkami. Takiej nieracjonalnej kociej atencji żaden przyzwoity pies nie zrozumie. Strzał w mordę ok, ale rozmruczane turlanki z iskaniem?! W związku z tym Owiec wpada w popłoch. Najpierw truchleje, a jak wyjdzie ze stuporu, to albo wskakuje mi do łóżka, albo, gdy akcja odbywa się na łóżku, zeskakuje i pod łóżko  się chowa przed roznamiętnionym kotem. Pocieszne.

Kapsel w akcji:




I tak to się kręci.

Poza tym zakwitły moje oplątwy! Różnie je trzymałam. Czasami spryskiwałam, czasami kąpałam, ale wciąż było im źle. Aż Mężczyzna kupił piach i żwir (do polbruku i zasypania reperowanych fundamentów) i voila! Mają w słojach ułożone warstwy - dołem piach, który jest mokry, górą żwir, który jest suchy i zebrało się roślinkom na życie :)





P.S.

Z ostatniej chwili wiadomości od pani Izy są świetne! Blablador znalazł dom: "Świetnie trafił niestety był bardziej wystraszony niż Owca i nie mógł się zaaklimatyzować w domu, bał się wszystkiego łóżka, stołu, ale dali mu czas i wszystko poszło wspaniałe". Do adopcji został trzeci, najmniejszy psiak. Możecie Kochani ogłaszać i się zgłaszać, jakby psina kogoś za serce chwyciła :)

niedziela, 3 lutego 2019

No i stuknęła nam dycha...

Ostatnio bywam tu rzadko. Bo tak. Bo takie okoliczności przyrody, że tak to ujmę i proszę mi wybaczyć.
Mam nadzieję, że przyjdą lepsze dni i znajdę w sobie na nowo siłę i chęci. Do pisania, do działania, do wszystkiego. A teraz zajmuję się głównie porządkami. W sensie, że w sobie, bo strasznie mi się nabałaganiło. No.
Jednak możecie szturchać mnie czasami słowem jakim. Czemu nie. Działa motywująco takie szturchanie. I jest miłe.
Również ładne, czyste, śnieżne widoczki, które powodują, że jest jaśniej na dworze, podnoszą mnie na duchu.
O, proszsz. Takie coś z okna sypialni poprawia humor:



Ale w sumie ja nie o tym, tylko o tej dyszce, co nam stuknęła.
Nie chodzi tu o okrągłą rocznicę pożycia, ani nawet o dyszkę dużych baniek wygranych w totka.
No z tym ostatnim, to trochę szkoda.
Myślę, że w ciągu godziny udałoby mi się przepuścić większość wygranej, choćby na siepomaga.pl.
Do przepuszczania aktywów nie trzeba dużej wygranej. Zwykła dycha polskich złotych też wystarczy, żeby pomóc Michałowi, o tu:
https://www.siepomaga.pl/walkamichala
(od razu, zanim przeczytacie resztę, otwórzcie sobie link w nowej karcie, żebyście potem nie zapomnieli)
Nie znam chłopaka. AgaMaga mi podesłała link. Pewnie sama też skądś dostała. Ale Michał jest dokładnie w wieku mojego Tofika. Guzik wiem, co czuje teraz ten chłopak, ale doskonale potrafię wejść w skórę jego Mamy. No i za cholerę nie chcę w tę skórę wchodzić. Taka prawda.

Toficzek - słoneczko mamusine, co to mamuni daje po oczkach nie raz blaskiem swoich pomysłów na życie i decyzji, jak i zarówno swoją wielowątkowością  - za 4 dni kończy dwie dychy i życzę mu wszystkiego najlepszego!
Każdy wie, co znaczy mamine najlepszego - to znaczy naprawdę NAJLEPSZEGO!
Takiego NAJLEPSZEGO, że lepszego już nie ma!

No i Mama Michała też swojemu dziecku życzy NAJLEPSZEGO! Dlatego należy pomóc, żeby te życzenia miały choć cień szansy się urzeczywistnić.

To teraz wracamy do dychy właściwej.
Czyli dychy kotów.
Tak! Równiuteńką dziesiątkę kotów mam w domu.

niedziela, 25 marca 2018

Tusiek - koTusiek

Semestr letni jego mać!
I znowu nie mogę zdążyć z niczym, z życiem, spaniem, codziennością a czasem oddychaniem :(
Ogród (potencjalnie) piękny mój leży odłogiem i przyzywa.
A mnie się wydaje, że już za chwilę to ja z tego wszystkiego legnę na marach z cyklem Krebsa na ustach :(

Ale o Tuśku napisać muszę, bo mu się to należy.
Tusiek to nikt inny jak Biały ;) Tylko głupio tak kota wołać barwą futerka, no nie?
Ostatni raz widzieli się Szanowni Państwo Blogoczytacze z Białym, gdy kiblował w mojej łazience na pięterku i walczyliśmy o ograniczenie jego życia wewnętrznego.
Wysiadywałam tam z kocurem godzinami, czule świergoląc kotuś, kotusiek i tak mu zostało: koTusiek ;)


czwartek, 2 listopada 2017

Źwierzontka na nowych włościach - Koty część II

Dziś część dalsza kocich historii.
Nie jest to jednak część ostatnia, żeby PT Blogoczytaczy przytrzymać w napięciu :)

Ku mojemu zaskoczeniu koty w sposób znaczący zmieniły swój behawior.

Najpierw było tak:
Lezę sobie ja techniką brajla świtem bladym do kuchni i cóż ja widzę? Ano jakieś ciemne ślady na panelach w rogu pokoju. Dokładnie pod stołem. Na panelach, co je szorowałam na kolanach dnia poprzedniego, ha!
Bez okularów będąc, co mocno ogranicza percepcję wzrokową, uznałam, że są to jakieś smugi, zapewne pozostawione przez coś z czarnej gumy. Ktoś coś ciągnął lub przesuwał i stąd te ślady.
Oczywiście, bo ja raptus jestem, rzut oka starczył mi za śledztwo, osąd został przeprowadzony i wyrok wydany!
Mężczyzna, bo któż by inny! Praprzyczyna remontowego rozpirzu. Ten rozwalacz ścian, wykuwacz dziur, farbochlap!
Ale trochę się zmitygowałam, bo jednak to tak brzydko zaocznie ferować wyroki...
Padłam na kolana, wsunęłam przednią swą część pod stół i podpełzłam do rzeczonych smug i oto, co się ukazało mym oczom:


poniedziałek, 23 października 2017

Źwierzontka na nowych włościach - Koty część I

Taaaa.... Pannom kotom należy się dużo więcej miejsca niż prostolinijnym i nieskomplikowanym psicom.

To był sądny dzień i jak sobie przypomnę to mi się słabo robi.
Taka kropka nad i naszej przeprowadzki.
Po miesiącu pakowania, przenoszenia, ganiania, załatwiania i ogarniania pracy na końcówce semestru padałam na pysk. Mężczyzna jakoś tak lepiej trzymał pion ale tylko z wierzchu.
Potem dopiero natrafiłam w czeluściach internetów na koszulkę z napisem "Armagedon był wczoraj, dzisiaj mamy prawdziwy problem!". Jakże na miejscu byłaby ta koszulka tegoż dnia.

Zaczęło się już od rana.
Tylko udało mi się zapakować towarzystwo w pięć kontenerków - trzy własne, dwa pożyczone - a koci chór ryknął z głębi płuc. Kto nie wie, co znaczy kocia muzyka, powinien odbyć taką podróż.
Już zaniesienie tego miauczącego bagażu z mieszkania do samochodu nie obyło się bez wzbudzania sensacji na osiedlowym parkingu. Potem napięcie stopniowo rosło.
Miałam do przejechania calutkie 16 km. Gorąco, okna otwarte a tu takie wrzaski i lamenty. Modliłam się tylko, żeby mnie jakiś patrol nie zgarnął, zwłaszcza gdy do kociego jazgotu dołączyły skomlenia podenerwowanych psów.
Na każdziuteńkich światłach byłam lustrowana przez kierowców stojących obok.
Była to jedna z najdłuższych podróży w moim życiu! Uf!

piątek, 1 lipca 2016

X Muza i akcja w trzeciej minucie

Dzisiaj będzie filmowo.

Pamiętacie, jak pisałam, że moje psie panny w holwódy poszły? O >>>TU<<< pisałam.
No to już można sobie obejrzeć Kreskę i Pyzę w akcji :) Dosłownie.
Należy sobie wejść >>>Tu, o tutaj<<<; kliknąć 64. odcinek "Detektywów w akcji" i przy końcu pierwszej historii (każdy odcinek, to dwie opowiastki) można podziwiać urodę, czar i talent suczy dwóch!
Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale do każdej roli w tym serialu jest casting - nie tylko do psich...

A po drugie - kocice dostały Super Roller.
A dokładnie Catit Design Senses Super Roller, szyna do zabawy, oczywiście z Zooplusa, oczywiście kupowany przez >>>BANER U GOSIANKI<<<
Jak dla nich absolutny hit!
Zmontowałam i miałam smarkule cały dzień z bańki.
Gorzej, że Mężczyzna miał caluteńką noc z bańki ;)
Panny tak uwielbiają zabawkę, że mogą walić łapami w kulki caluteńkie noce, jak Tofik w klawiaturę. Zabawka im się nie nudzi i kilka razy dziennie do niej wracają, choć już mają ją ze trzy tygodnie.
Ale najlepsza jest w tym wszystkim Jojo.
Zwykle zachowuje się jak stara, zacna ciotka, światowa matrona, co to niejedno w życiu widziała (no bo widziała). Leży z miną Sfinksa i obserwuje. Łeb obraca powoli i z namaszczeniem. Powoli zamyka i otwiera żółto zielone ślepia, wzdycha z wyższością i jest ponadto.
Ale i ją kusi zabawa ;)
Zawsze zadziwia mnie jej refleks i zachowania, świadczące o tym, że była kotem dzikim i polującym.
Tak powolna i dostojna na co dzień, zwłaszcza w porównaniu z rozbrykanymi smarkulami, gdy zaczyna się bawić myszą z kocimiętką, lub taką piszczącą, puchatą, białe łapy śmigają tak szybko, że widać tylko smugę, a smarkule wychodzą przy niej na gapowate niezdary.

Zobaczcie sami, co było z Super rollerem. Zwróćcie uwagę, w jaki sposób Jojo będzie próbowała pochwycić piłeczkę - zupełnie inaczej się do tego zabiera niż domowe smarkule.
No i najlepsze - akcja w trzeciej minucie ;)
Zrywaliśmy boki!



czwartek, 23 czerwca 2016

Balkon

Nie wiem kto i kiedy wymyślił balkon, ale to bardzo praktyczne zjawisko jest.
I nie mam tu na myśli "balkonów" -  jak rodowici wiochmeni z Krainy Kwitnącego Ziemniaka określają mieszczuchów sprowadzających się na wieś, czemu zwykle towarzyszy postawienie chawiry z dowolnie dużą liczbą balkonów.
Nie. Balkon jako zjawisko społeczne jest niezwykle ciekawym.
Niby jeszcze część mieszkania, przestrzeń prywatna, jeśli z sypialni to wręcz intymna, a jednak wystawiona na widok publiczny. A nawet publiczniejszy, bo wysoko nad ziemią.

Przeważa jednak kontekst prywatny.
I nikogo nie dziwi, że sąsiadka po balkonie pląsa w bieliźnie i wałkach, a sąsiad bywa, że bez bielizny (choć wiek chearleederek i chippendalesów bezpowrotnie przeminął w ubiegłym stuleciu), wystawiając swe ciała na widok, choć w życiu by się tak po ulicach nie lansowali.
A im cieplej, tym balkonowego ciała więcej.

Nie tyko ludzkiego. Kociego również.
Od kiedy pocieplało kocie dzieci przesiadują na balkonie calutkie dnie i noce. Zwłaszcza gdy pada! Kochają deszcz i wodę jako taką.
I tu znowu tajemnicza sprawa. Wlezie jedna z drugą na drzwi lub kredens i boją się zeskoczyć, choć do podłogi góra 2 metry. Wylezie taka na balkon, zobaczy ptaka lub muchę i już łapy do lotu z 10. piętra rozkłada!
Nawet Jojo uskutecznia plażowanie na balkonie.
Z początku nie bardzo, bo wiadomo, że dom to dom, a zewnętrze to chłód, głód i jeszcze nie wpuszczą na zad do środka.
Ale przyjrzała się smarkulom, że tak sobie cyrkulują, to i Jojcik się odważył. I wcale nie zraził ją jedyny przypadek, gdy przez nieuwagę została na tym balkonie zamknięta. Wcześniej na balkonie kiblowała Mamba i dała wyraz swemu niezadowoleniu demonstrując ciężki wkurw i jawną obrazę w równych proporcjach.
Balkon został osiatkowany, to i młodzież może się bezpiecznie po balkonie bujać.
Ale nie od razu Kraków zbudowano - tfu! - balkon osiatkowano.

To znaczy nam się wydawało, że osiatkowany jest skutecznie. Na szczęście odwiedziła nas moja koleżanka, bardziej w tym temacie biegła i palcem pokazała nam wszystkie miejsca, gdzie jednak kot mógłby, gdyby chciał. Pod samiutkim dachem. Drobna niedoskonałość, jakieś 7 cm siatki, przylegające ciasno, ale nie przyczepione niczym do daszku, bo nie ma jak. Na tej wysokości, już trochę poza balkonem, dojście megatrudne. Z drabiny nie sięgniesz, trzeba by z dachu, na uprzęży i linie...
 A jak się okazało kot chciał i to bardzo chciał!




niedziela, 6 marca 2016

Panienka z okienka, czyli kot strasznie dziki

Mam nadzieję, że wybaczycie mi nudny post z monotematycznymi zdjęciami kota w niemal w jednej pozycji, ale nie mogłam się powstrzymać :)

Jojo.
Zamieszkała z nami 15 stycznia wieczorem, czyli nawet dwa miesiące jeszcze nie minęły, a nam się wydaje, że jest z nami od zawsze.
Upodobała sobie parapet okienny nad moim biurkiem, gdzie Mężczyzna zrobił dla niej specjalną półeczkę. Wymościliśmy miejscówkę ręcznikami i polarkową bluzą piżamową, bo pod sobą Jojo musi mieć chłonny materiał. Początkowo zwinięta w nerwowy kłębek, obecnie Jojo wyleguje się w niedbałych pozach.



środa, 2 marca 2016

Dobre Ciocie, koty trzy - na balkonie śpisz dziś Ty!

Znacie te wszystkie ostrzeżenia, np. ze stron www banków, żeby nie podawać swoich danych, adresu, telefonu, numeru buta, adresu, haseł, numeru rejestracyjnego, adresu, numeru dowodu osobistego, czy wspominałam już, że adresu?

Zrobiłam to!

Zostałam sprytnie wzięta pod włos i zrobiłam TO!
Ach, niewinna i bezbronna jak pijane dziecko we mgle (to, że sobie golnęłam ciut wina się nie liczy - aż taka pijana nie byłam!) i zrobiłam TO!
W efekcie zawisła nade mną groźba eksmisji...

piątek, 19 lutego 2016

Dzień kota był, dzień psa będzie :)

Ponieważ większość PT Czytelników blogujących rozpływała się nad Dniem Kota, przypominam, że Dzień Psa dopiero przed nami - będzie 1. lipca.

A u mnie na okrągło dnie psów i kotów :)

Dzień Kota był ostatnim dniem mojej uroczej, niemal pięciodniowej migreny, więc nie tylko nie miałam siły nic skrobnąć, ale moje pulsująco odbijające się od szkła okularów prawe oko nawet nie pozwalało mi za bardzo czytać. A to już tortura. Bo od kiedy nauczyłam się tej niełatwej sztuki, korzystam z niej radośnie i bez końca.

Pewnie jesteście Kochani ciekawi, co słychać w mym prywatnym Zoo.
Otóż:

czwartek, 4 lutego 2016

Jojcik i spółka

Jojcik ma się nieźle i chyba jeszcze będą z niej koty.

Boi się coraz mniejszej ilości rzeczy i dźwięków.
Nie integruje się wylewnie, ale też nie boi się, nie syczy i nie unika.
W sumie to nas olewa. Głaskać ją może każdy, kto ma na to ochotę.
Gdy drapie się ją za uszami to nawet łaskawie mruczy.

Wylazła spod fotela oraz spod stołu i przeniosła się na parapety.
Na parapet wychodziła początkowo tylko w nocy i gapiła się na "telewizję" do rana. Potem Mężczyzna zrobił dla niej specjalne półeczki w ulubionych miejscach i tak zyskaliśmy kolejną biało-czarną ozdobną poduszkę w kształcie kota ;) Jojo nawet nie rusza się za bardzo do miseczki, bo wie, że i tak przysmaki zostaną jej podsunięte pod nos!
No jak nie, jak tak. Codziennie w śmietanie dostaje laktulozę - niestety nie mogę jej odstawić, ani ograniczyć, bo wtedy jest problem z kupą. Codziennie też dostaje jeszcze antybiotyk w pysznym mięsku. No to pańcia kiciusia i podtyka temu kotku.

Jak to trafnie określił Tofik, Jojo uznała, że nadaję się na jej służącą. Mam właściwe kwalifikacje poparte długoletnim doświadczeniem :)

niedziela, 24 stycznia 2016

Jojcząca Jojo

Jojo dalej jojczy.
Z wypróżnianiem lepiej, ale nie na tyle żeby całkiem przestać beczeć.
Poza tym Jojek cierpi również na zapalenie pęcherza. Późno się zorientowaliśmy. Biedna zaczęła podsikiwać krwią.
Jesteśmy, na zmianę z Mężczyzną, u NNNŚ Weta z Jojo niemal codziennie.
Ostatnio Wet spytał Jojo z troską w głosie - Kotku, no powiedz, co ci dolega?
- Miauuuu! - odpowiedziała Jojo bez wahania i zalała mu fartuch strugą ciepłego moczu, niestety podbarwionego krwią.
Na szczęście Jojcik bardzo dobrze reaguje na leczenie. Szybko się dziewucha oswaja. Ładnie wciąga syropki w śmietanie i tabletki w kurczaku. Przestała się bać nas wszystkich panicznie i nawet czasem pozwala się brać na kolana. Coraz głośniej mruczy drapana za uszkami. Lubi głaskanie po całym ciałku. A w nocy nawet bez obaw wskakuje na łóżko, chodzi obok psów, przychodzi na pieszczoty, wskakuje na biurko, gdzie ma chrupki i ogląda świat przez okno.
Tylko dlaczego na litość Boską to wszystko w nocy i przy akompaniamencie głośnych śpiewów?
Za dnia za to, zaszywa się pod stołem lub pod fotelem i nie ma integracji.
Do zdjęć trzeba ją było niemal wywlekać. Wczoraj wieczorem dała się ułożyć na tapczanie i z lubością drzemała zawinięta w kocyk ze słonikami. Ale dzisiaj o leżeniu na tapczanie mowy nie ma!

A teraz obiecane fotki. Niezbyt doskonałe, bo modelka kapryśna i pozować nie chce.





piątek, 22 stycznia 2016

Uspokajacze i poprawiacze nastroju

Jojo już prawie nie śpiewa po nocach. Syropek skutecznie ją uspokaja, a od wczoraj obroża chyba też.
Ale prawie robi tu jednak wielką różnicę.

Przynajmniej godzinę każdej nocy Jojo popłakuje, jęczy, chlipie i ogólnie ma dyskomfort.
Dyskomfort jest związany z korzystaniem z kuwety, a właściwie z samym aktem wypróżnienia.
Bowiem to, co Jojo produkuje drugim końcem ma postać kostki brukowej. I to nie jakichś tam nowomodnych, byle jakich polbruków ósemeczek, tylko uczciwego granitu - jak za Niemca na rynku w Breslau.

środa, 20 stycznia 2016

Nieprawdopodobne przypadki Jojo vel Kasi - czyli o tym, że na trzech łapach też można kawał świata przejść :)

Pojechałam dzisiaj do schroniska oddać klatkę-łapkę i wyjaśnić tajemnicę jojowego czipa.
Historia, która rozwinęła się na oczach pracowników schroniska i moich oraz uszach opiekuna Jojo, jest tak nieprawdopodobna, że nas zatkało! Gdyby ktoś mi ją opowiedział, zapewne bym w nią nie uwierzyła.

niedziela, 17 stycznia 2016

Ono czyli przypadki Jojo

Tak, kotka ma na imię Jojo. Od jołczenia.


Żeby wszystko uporządkować, pozwolicie, że przekleję tu komentarze sprawozdawcze z poprzedniego posta, a potem będą aktualności.