Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 listopada 2022

Święta Gertruda z Nijvel (Nivelles), Celtowie i kociąt klęska urodzaju

 

    To dzisiaj! Dzisiaj usiadłam i już muszę z siebie wydobyć nowy wpis na światło dzienne! Jestem to winna kochanym, cierpliwym PT Blogoczytaczom oraz sobie samej.

    Czy Wy też tak macie, że ktoś Wam czas podbiera? A może on sam ucieka/wycieka przez jakieś dziury w osnowie rzeczywistości?

    Dodatkowo tonę w kisielu codzienności, który spowalnia mi ruchy i więzi w wirze prac pracowych, domowych, kuchennych a nawet ogrodowych. Czasem również kociętami w oczy sypnie. Jednym słowem dziadzieję na maksa!

I nie podoba mi się to! Bardzo mi się nie podoba!

Dobra. Chlipnęłam sobie na wstępie, a teraz trzeba nos rękawem utrzeć i brać się do pisania ;)

Otóż.

wtorek, 19 kwietnia 2022

UWAGA! DUSZNA PREMIERA!

 No to pierwsza z trzech zapowiadanych niespodzianek!

Otóż proszę Państwa szanownego to właśnie dzisiaj jest PREMIERA!

Premiera książki naszej blogowej koleżanki Ani Jurczyńskiej, autorki bloga Frajda Przyrodnika (i kilku innych).

Ma dziewczyna zacięcie również do pisania książek edukacyjnych dla młodszej i starszej młodzieży i tak oto właśnie powstał:

NIE WSZYSTKO O STRASZENIU

Przewodnik dla młodych tropicieli duchów w Polsce



który serdecznie polecam. Polecać mogę z czystym sumieniem, bo dzięki uprzejmości wydawnictwa Bezdroża (Grupa HELION S.A.) miałam okazję cieszyć się książką z wyprzedzeniem!

piątek, 31 grudnia 2021

Nowy rok bieży, w jasełkach leży...

 


Powyżej podsufitowe dekoracje poza zasięgiem ciekawskich nosów, paszcz i pazurów. Turkusowe i pierzaste autorstwa Tabazy - serdecznie dziękujemy!

Czas nieuchronnie biegnie i nowy rok przed nami. Chyba wyjątkowo nikt się na niego specjalnie nie cieszy. Globalnie i ojczyźnianie raczej nie zaskoczy niczym dobrym, może łaskawie nie przywali za bardzo po nerach niczym złym.
Dlatego życzę Wam Kochani i sobie, żeby dobrze było w skali mikro. Żeby zdrowie się nas mocno trzymało, i żeby małe radości umilały nam codzienną szarzyznę, i żeby na chlebek z masłem było i miskę dla futer.
I starczy! Nie bądźmy pazerni, a co nadto to niech podwójnie raduje!

środa, 22 grudnia 2021

Powitajmy Maleńkiego i Maryję Matkę Jego


 Kochani Blogoczytacze!

Przed postem bożonarodzeniowym miał być pościk z chwalipięctwem z tegorocznych zdobyczy poprawiających humor. Jeszcze będzie, nic straconego. Może przed Sylwestrem.

Na razie pochwalę się tylko niektórymi odkryciami-zdobyczami. 

Wyczaiłam w księgarni, w cenie 7,50 pln od sztuki, książeczki cudnej urody wydawnictwa Zysk i Ska.

A o! Proszsz:



Jak widzicie z Jogim zachwycamy się wespół zespół :)



Na Allegro i w inszych internetach można je wyhaczyć po 5,80 pln! A są piękne z urody i treści! Wydanie zapiera dech w piersiach! Naprawdę! Ilustracje wymiatają z kapci, a nawet z kaloszków z onucką. Zakochałam się w tych książeczkach, a brakuje mi jeszcze dwóch: Kolędy Zegadłowicza i Kolędy Słowackiego (Mikołaj, anieli i Gwiazdorek dostali wszyscy listy w tej sprawie i mam nadzieję, że któraś z tych instancji załatwi prośbę pozytywnie w najbliższych dniach ;))
Inna sprawa, że jakoś literatura tzw. dziecięca bardziej mi ostatnimi czasy serce grzeje niż ta dorosła. Ale czy te książeczki są dla dzieci? Trochę tak. Ale dla takich starszych dzieci jak my chyba bardziej.

Ze wszystkich tych tekstów najbardziej ujęła mnie Kolęda Jana Kochanowskiego.
Pióro Mistrza, to pióro Mistrza! Oddał w niej całą istotę Bożego Narodzenia i zawarł jednocześnie najpiękniejsze życzenia dla nas. Pozwólcie, że w tym roku złożę Wam Kochani życzenia słowami tejże Kolędy:

Tobie bądź chwała, Panie wszego świata,
Żeś nam doczekać dał Nowego Lata.
Daj, byśmy się i sami odnowili,
Grzech porzuciwszy, w niewinności żyli!
Łaska Twa święta niechaj będzie z nami,
Bo nic dobrego nie uczynim sami!
Mnóż w nas nadzieję, przyspórz prawej wiary,
Niech uważamy Twe prawdziwe dary!
Użycz pokoju nam i świętej zgody,
Niech się nas boją pogańskie narody,
A Ty nas nie chciej odstępować, Panie,
I owszem, racz dopomagać na nie!
Błogosław ziemi z Twej szczodrobliwości,
Niechaj nam dawa dostatek żywności,
Uchowaj głodu i powietrza złego,
Daj wszystko dobre z miłosierdzia Swego!





I żeby tak właśnie nam się stało! Amen!

A poniżej, w muzyczniku, wersja pięknie wyśpiewana:



czwartek, 14 listopada 2019

Wieści, wieści!

Wieści są same dobre, choć na początku dobrze nie wyglądało.
Najpierw Kresia dostała kolejnego ataku w niedzielę 3 listopada. Bardzo źle to nie wyglądało, przewracała się trochę przy chodzeniu i łapki jej się rozjeżdżały. Niestety bardzo bardzo jej się pogorszyło we wtorek, apogeum było w środę - ze wszystkimi atrakcjami czyli zawroty głowy, wymioty, niemożność jedzenia i picia. Żal było na psicę patrzeć, a zarejestrowane byłyśmy na czwartek. Naprawdę myślałam, że już natychmiast przyjdzie mi podejmować najtrudniejszą decyzję :(


Cały czas trzymałam kciuki, żeby jej przeszło, bo atak zwykle przechodzi samoistnie po 72 godzinach, ale zostawia w mózgu spustoszenie. We czwartek było już dużo lepiej, choć NNNŚ Wet nie poznawał naszej Kresi, tak się posunęła babuleńka od ostatniej wizyty - na wiosnę. Dostała leki różne, różniste i jakoś stanęła na łapki. Jest siwiuteńka niemal cała, prawie ślepa, ledwo drepcze i nie zawsze pyszczkiem trafia w jedzenie - ma problem, kiedy coś jest poza miską, bo z miski ogarnia - jest chudziutka i zasuszona, a kręgosłup się wygiął w pałąk i wystaje, choć teraz apetyt ma.
Postarzała nam się psica, oj postarzała!
Ale 15. urodziny Kresi, które wypadają 11. listopada świętowaliśmy wołowiną z rosołu i wiejskim kogutem :)
Co prawda Wet twierdzi, że to raczej jeszcze kwestia tygodni, a nie miesięcy, ale przecież może ten jeden raz w życiu się mylić, co nie?

sobota, 3 lutego 2018

Historyczna data 2. lutego

Data jest historyczna z dwóch powodów. I nie chodzi tu o święto Matki Boskiej Gromnicznej, do którego mam wielki sentyment.

Primo po pierwsze w piątek 2. lutego odbyła się PIERWSZA rozprawa w sprawie odszkodowania po wypadku Mężczyzny.
Okropny wypadek, który wywrócił nasze życie do góry nogami, miał miejsce dokładnie dwa lata i siedem miesięcy temu 2. lipca 2015 roku. No i właśnie się doczekaliśmy!
Pierwsza rozprawa, przesłuchanie Mężczyzny na okoliczność.
Nie będę się wgryzać w temat pracy naszych sądów, dość powiedzieć, że reforma gruntowna, dogłębna i jaka tylko jest im potrzebna jak tlen (uprzejmie proszę o nie rozwijanie tematu reform w komentarzach z szacunku dla mych zszarganych nerwów; ja odszkodowanie za swój wypadek - stłuczkę - uzyskałam po trzech latach)

Przeprowadzka bardzo nam pomogła uporać się z traumą, a teraz znowu wszystko wraca i maglujemy temat od nowa :(
No nic. Nie takie rzeczy ludzie przeżyli.
Jednocześnie wracając myślami do tych strasznych dni chciałam SERDECZNIE PODZIĘKOWAĆ wszystkim PT Blogoczytaczom miłym, którzy w tamtych strasznych dniach otoczyli nas modlitwą, serdecznym wsparciem, ciepłymi słowami. Strumienie DOBRA płynęły od Was kochani z każdej strony i podtrzymywały Tofika i mnie na duchu, a Mężczyznę przy życiu.
Nie zapomniałam o tym. Pamiętam i jestem Wam niewysłowienie wdzięczna!

Primo po drugie nie jest już takie jednoznacznie osadzone w dacie, ale chyba 2 lutego będzie najlepszy do odtrąbienia przełomu w moim związku z Białym.

czwartek, 2 listopada 2017

Umrzeć - tego nie robi się czytelnikowi

Dzisiaj Zaduszki. Zebrało mi się na przemyślenia.
I chociaż post pewnie zostanie opublikowany i przeczytany już po, to nastrój zaduszkowy jeszcze w nas będzie.
Taki czas.

Dzisiaj będzie o książkach, bo dawno nie było.
Może dlatego, że czytam dużo i nim się pozbieram do napisania czegoś, już jestem kilka książek dalej.
A koty się dzieją wciąż i może dlatego częściej jest o kotach...?

Znacie to uczucie, gdy przeczytacie dobrą książkę. Taką baaaaaardzo dobrą książkę. Nawet nie przeczytacie, lecz pochłoniecie!
Czasem zarywając noc wbrew rozsądkowi, bo rano trzeba jednak się zwlec i być z życiem on line.
No to jak? Wiecie o czym piszę?
Że książka skończyła się za szybko, że chce się więcej i to teraz już, natychmiast!
A jednocześnie ten lęk przed sięgnięciem po następny tytuł.
Żeby się nie rozczarować, bo może okazać się niewystarczająco dobry.
Żeby jeszcze rozkoszować się świeżo przeżytymi emocjami.
Czasem się wraca do co lepszych fragmentów, odnajduje się jeszcze raz jakiś akapit... Niedosyt.
Słowem jest się na mega czytelniczym głodzie.

Gorzej jest jedynie, gdy nie tylko książka kończy się za szybko, ale jej Autor.
W dwóch przypadkach nie mogę tego przeboleć.

wtorek, 3 stycznia 2017

Świąteczne lenistwo czyli książkowo mi!

No i się skończyła laba :(
Święta minęły (urobiłam się przy garach, jak co roku), a dokładnie Wigilia. W pozostałe dwa świąteczne dni już od trzech lat się sprytnie kamuflujemy. Rodzinie mówimy, że przychodzą do nas znajomi, znajomym, że jedziemy do rodziny, a my smyk pod kocyk i z boku na boczek :)
Co jakiś czas tylko ktoś podrepcze do kuchni, by z zapakowanej na maxa lodówki powyżerać przysmaki i wraca do swoich "zajęć".
Sylwester. Tradycyjnie piżamowo. Nawet starałam się jednym okiem jakiś film oglądać, ale i to jedno oko mi się kleiło. Najchętniej bym balowała, sunąc w sennym rytmie w czułych objęciach Morfeusza, gdyby nie żywina. A właściwie gdyby nie hordy domorosłych, niewyżytych pirotechników.
Mamba z Burą ostrożnie obserwowały rozwój sytuacji. Jupi z Groszkiem podniecone jak małe dzieci skakały po oknach. Jojo siedziała na parapecie i pogryzając swoje chrupki z miseczki, która na onym stoi, podziwiała feerię barwnych rozbłysków. Ponieważ u nas walili od 17.00 do ok. 2.30 to gdzieś tak o północy Jojo była mocno zirytowana, a grymas różowego pysia zdawał się mówić "querwa, znowu wojna, czy jaka cholera?". Pyza wykazała się całkowitym tumiwisizmem, za to Krecha umierała. Nie pomagały syropki i tabletki, głaski i chowanie pod kołdrą. Była nawet próba rycia podkopu w toalecie.
Przetrwaliśmy.

Ale najprzyjemniej było między świętami a sylwestrem.
Książkowo było :)
Snułam się po domu w piżamo-dresach, owinięta szlafroko-kocami, obuta w grube wełniane skarpety. Drapowałam się na meblach tapicerowanych z książką w ręku i zwierzyną wszelaką wokół. Ze świątecznymi przysmakami i kubasem herbaty blisko pyska. Cudnie było! Jojasek lulunia mamuni przyklejona była do mnie okrągłą dobę i polegując głównie na mnie doszła do wniosku, że świat wszedł na właściwe tory. Reszta żywiny polegiwała, mruczała, pochrapywała, były przytulaski, iskanko i wylizywanie sobie uszek.

Ile kotów widzisz?



poniedziałek, 23 maja 2016

Wena mi siadła i musiałam otulić się książką

 Łoooooomatko, jak ten czas leci!

Jak w tytule - wena mi się gdzieś zapodziała, pogoda nie rozpieszczała (w owym okresie - bo obecnie nie narzekam ;) i było jak w Bardzo smutnej piosence retro Pod Budą.


   Złe wieści mnożyły się jak króliki, choroby nowotworowe zbierały wokół nas swe straszne, a niestety nader obfite żniwo (autentycznie - tragedia goni tragedię i wszystko w grupie wiekowej 30+ - 40+), wszystkie nasze plany po kolei paliły na panewce, a Mężczyzna podjął próbę powrotu do pracy zarobkowej.
   Oczywizda ZUS uznał Mężczyznę zdolnym do pracy od ręki. Powszechnie wiadomo, że ZUS jest też zdolny - do wszystkiego niestety - i potrafi cudownie uzdrawiać nawet śmiertelnie chorych, przywracać wzrok ociemniałym, a nawet spowodować odrastanie utraconych kończyn!
Dla ZUSu każdy, kto żyw opuści OIOM, powinien zostać ciupasem skierowany na rampę kolejową do rozładunku wagonów z węglem.
    No i ZUS ozdrowił mi Chłopa i wysłał wprost w stęsknione objęcia pracodawcy, który już czekał z rocznym bagażem zaległych zadań, by wrzucić je na grzbiet ulubionego osiołka.
A tu zonk!
Medycyna pracy nie podzielała optymizmu ZUSu i zgasiła przedwczesną radość stęsknionego pracodawcy.
W wyniku tygodniowych korowodów u specjalistów wszelkiej maści, Mężczyzna (oraz ja) dorobił się wrzodów żołądka, a pracodawca dysonansu poznawczego.
Dysonans poznawczy jak wiadomo, stanowi poważny dyskomfort, a pracodawca dyskomfortu nie lubi. Istniała groźba realna, że pracodawca pozbędzie się dyskomfortu, wynikłego z dysonansu, wraz Mężczyzną jako powodem tegoż.
Dalsze tygodniowe korowody doprowadziły do wypracowania trójstronnego kompromisu na linii pracodawca - medycyna pracy - Mężczyzna i ustalenia nowego zakresu obowiązków dla tego ostatniego.
Uff!
Oznacza to, że na razie nie pomrzemy z głodu :)
Po tym wszystkim moje zdrowie spakowało manatki i wypowiedziało mi, nie czekając nawet do pierwszego i zabierając ze sobą lwią część moich skromnych oszczędności (ostały się tylko srebrne łyżeczki, które skrupulatnie przeliczyłam! ;)
Pani kochana, jak to trudno o dobrą służbę w dzisiejszych czasach!

No to wlazłam pod szafę, do mojego dołka, przy którym Rów Mariański to zaledwie lekkie obniżenie terenu i tam siedziałam pochlipując i użalając się nad sobą. (Sama musiałam się nad sobą użalać! Jeśli coś ma być zrobione jak trzeba, niestety muszę to zrobić sama.)

W tym czasie dostałam od Was Kochani tyle zachęcających szturchańców i kuksańców, że nie wiem, jak Wam za nie godnie podziękować.
Niektórzy nie ograniczyli się do drogi wirtualnej, a przypuścili szturm w realu via Poczta Polska! (Kocham WAS!)
No to zagoniłam się przed monitor, bo zaistniała realna groźba, że w końcu ktoś z Was stanie mi na progu, gotów nieść wszelką pomoc, a widząc mnie we względnie dobrym zdrowiu i nadmiernym rozmemłaniu, w końcu zdzieli mnie na otrzeźwienie parasolem przez łeb! A na takie ryzyko jestem za duży cykor.

Zanim zamelduję, co słychać u zwierzyńca, który ma się świetnie (no przecież wiem, że nie dla mnie tu zaglądacie ;), napiszę Wam o cudownej książce, która jak drabinka sznurowa pojawiła się na dnie mojego podszafianego dołka, gdy tęsknie wyglądałam przebłysku słońca.

Trafiłam na nią przypadkiem. Jest ciepła, miękka i można się w nią schować, można nią otulić.



Irlandzki sweter to piękna historia o przyjaźni, miłości, poczuciu bezpieczeństwa, gdy życie skopie po nerkach. W surowych warunkach przyrody zostaje miejsce tylko na rzeczy najważniejsze i najcenniejsze!
Piękna książka, którą się szybko pochłania, a jednocześnie człowiek się stara czytać ją jak najwolniej, delektować się - by starczyła na dłużej!

Przy okazji dowiedziałam się wiele o irlandzkich swetrach z wysp Aran - gansey'ach. O ich historii i znaczeniu poszczególnych wzorów.

Rybacy w tradycyjnych swetrach
Aż wstyd się przyznać, ale znałam dotychczas swetry norweskie (Dale of Norway), islandzkie lopapeysa, a nic nie wiedziałam o swetrach irlandzkich, choć piękne, pomysłowe, wrabiane wzory z gansey'ów rozpełzły się na wszystkie swetry świata.
Książkę szczerze wszystkim polecam, bo jest miękka, ciepła i nieodzowna jak wełniany gansey w czasie sztormu :)
A o >>> TU <<< macie ładnie napisaną recenzję Irlandzkiego swetra. Ja tak ładnie nie umiem, jak renata971/grzeczna na swoim irlandzkim blogu :)

No i jeśli znacie inne książki, w których jednym z głównych bohaterów jest sweter, to poproszę ;)

Jeszcze raz dziękuję za wszystkie maile i inne dowody troski i sympatii. Obiecuję wziąć się do roboty i odpowiedzieć przyzwoicie i indywidualnie. Oraz będę się starała sukcesywnie nadrabiać zaległości w czytaniu Waszych blogów, bo nawet na to nie starczało mi czasu :(