Pomimo koszmaru, jakim jest semestr letni, znowu sprowadza mnie na blog arcyważna sprawa.
Oczywiście kocia sprawa. Sprawa o imieniu Kropek.
Zeszłam na psy, obrosłam kotami, mam szafy pełne ulubionych swetrów hmmm... zobaczymy, co będzie dalej :)
Pomimo koszmaru, jakim jest semestr letni, znowu sprowadza mnie na blog arcyważna sprawa.
Oczywiście kocia sprawa. Sprawa o imieniu Kropek.
To jest zdjęcie z Kłodzka, opublikowane wczoraj na FB (Źródło: @D_Daszkowski)
Tytuł zdjęcia: światełko nadziei.
To dzisiaj! Dzisiaj usiadłam i już muszę z siebie wydobyć nowy wpis na światło dzienne! Jestem to winna kochanym, cierpliwym PT Blogoczytaczom oraz sobie samej.
Czy Wy też tak macie, że ktoś Wam czas podbiera? A może on sam ucieka/wycieka przez jakieś dziury w osnowie rzeczywistości?
Dodatkowo tonę w kisielu codzienności, który spowalnia mi ruchy i więzi w wirze prac pracowych, domowych, kuchennych a nawet ogrodowych. Czasem również kociętami w oczy sypnie. Jednym słowem dziadzieję na maksa!
I nie podoba mi się to! Bardzo mi się nie podoba!
Dobra. Chlipnęłam sobie na wstępie, a teraz trzeba nos rękawem utrzeć i brać się do pisania ;)
Otóż.
Nie wiem, gdzie ten mój czas się podziewa. Z pracami w domu i zagrodzie też wiecznie do tyłu jestem, choć język sobie przydeptuję. No ale ja nie o tym...
Szaro, buro i zimno się zrobiło. Dlatego miłe letnie wspomnienia dla poprawy nastroju jak najbardziej wskazane.
Tak, mam już urlop! Już trzy tygodnie zleciało. Najpierw rzuciłam się sprzątnąć cały dom, bo kiedy, jak nie na urlopie? W ramach relaksu pomiędzy myciem kolejnych okien, rzuciłam się w rycie ogrodowe jak świnia na trufle. Ponieważ urlop jest urlop, należy odpocząć sobie głaszcząc koty - no to głaszczę w nadgodzinach, bo w kocim pokoju pełno od początku czerwca. Lokatorzy się zmieniają, bo kolejni zakotowani jadą na urlopy, porzucając u mnie futra za drobną opłatą - a ja odpoczywam i za ową drobną opłatę robię zapasy psich i kocich chrupek. Kręgosłup mi skrzypi po tych wycieczkach do paczkomatu, ale w końcu odpoczywać trzeba czynnie, no nie?. Odpoczywam biegając po schodach pińćset razy dziennie, a nawet w nocy jeśli trzeba, sprzątając kuwety, sprzątając apartament po każdym lokatorze, piorąc koce i kocyki, odpoczywam machając wędkami, rzucając piłeczki, włączając zabawki na bateryjki i rozstawiając szeleszczące tunele.
I powiem Wam, że odpoczynek to może człowieka wykończyć. Dlatego od kilku dni czuję się tak, jakby ktoś mi wtyczkę z prądu wyciągnął. A poważnie - dopiero od kilku dni w miarę spokojnie sypiam i jakoś tak ze mnie całoroczne (i urlopowe) napięcie schodzi.
Ja wiem, paskudna jestem. Nie czytam, nie piszę, nie komentuję i w ogóle. Ale uwierzcie, miałam taki komputerowstręt, że zmuszałam się do zrobienia płatności i zakupów i koniec! Laptopik też pokazuje dąsy i się czasem sam z siebie wyłącza, bo coś mu już karta graficzna siada...
Poza tym u wielu z Was Kochane Wy Moje Przyjaciółki po Piórze dzieje się kiepsko, a ja to jak głupia przeżywam i noszę w sobie, choć moje martwienie się jeszcze nikomu w niczym nie pomogło. Dlatego w tym roku musiałam się odciąć od własnych, rodzinnych problemów, zwykle tworzonych ad hoc przez takich, co to lubią być dopieszczani (nieustający koncert życzeń rodzinnej geriatrii), od problemów innych ludzi i udać się na wewnętrzną emigrację. Emigracja polega głównie na nadrabianiu zaległości czytelniczych i zakupie nowych zapasów książek. Odparowuję.
Zacznę od spraw obowiązkowych, czyli drzwi u Beni!
Ta dam! Stało się! Zamontowali! Tym samym mamy już wszystko i na wory karmy i żwirki jeszcze starczyło.
Zaraz będzie o drugiej z planowanych niespodzianek, choć chyba już nieaktualnej ;)
Ale zanim o tym, to krótkie sprawozdanie ze zrzutki:
Kochani PT Blogoczytacze, którzy w większości wspomogliście naszą zrzutkę nad wyraz hojnie brzęczącą monetą, nie osiągnęłyśmy jeszcze pełnej kwoty, ale zaraz będę się brała do zamykania zrzutki, żeby darczyńców nie naciągać. Bowiem wszystko wskazuje, że zmieścimy się z potrzebami w niższej kwocie.
Oczywiście przed darczyńcami będziemy w stanie się rozliczyć fakturami i paragonami, ale pozwolicie, że nie będę ich skanów tutaj zamieszczać - bo ja w obróbce grafiki biegła nie jestem, a licho nie śpi. Także i tutaj i na zrzutce będę podawała kwoty, bez skanów dokumentów (te zawsze na życzenie, bo ja się niesamowicie stresuję odpowiedzialnością za gospodarowanie powierzonymi pieniędzmi).
No więc:
Dotychczasowe wpłaty dały sumę 7905 PLN (DZIĘKUJEMY PIĘKNIE I SERDECZNIE ZA WASZĄ HOJNOŚĆ!)
Część tej kwoty już podjęłam, uwzględniając 3% dobrowolnej kwoty dla portalu zrzutka.pl (reszta dalej na zrzutkowym koncie, żeby nie na moim).
Zostały wybrane i zamówione drzwi. Niestety nie są to ani erkado, ani porta ponieważ drzwi obu tych firm są po prostu za duże do wąskiego korytarza i nie byłoby jak nawet framugi wsadzić. Po wyburzeniu fragmentu ściany można wcisnąć przyzwoite drzwi gerdy.
Przyszedł miły pan i wszystko pomierzył, a Kasia z Benią wybrały model i fason drzwi, grosza nie żałując - mają być porządne!
Miały być niespodzianki. Już jedna była, a dwie kolejne mam w zanadrzu. A tu całkiem nieoczekiwanie wyskoczyła trzecia!
Okropna, paskudna i jakiej nigdy nikomu nikt by nie życzył!
Nasza koleżanka została napadnięta! We własnym domu!
No to pierwsza z trzech zapowiadanych niespodzianek!
Otóż proszę Państwa szanownego to właśnie dzisiaj jest PREMIERA!
Premiera książki naszej blogowej koleżanki Ani Jurczyńskiej, autorki bloga Frajda Przyrodnika (i kilku innych).
Ma dziewczyna zacięcie również do pisania książek edukacyjnych dla młodszej i starszej młodzieży i tak oto właśnie powstał:
NIE WSZYSTKO O STRASZENIU
Przewodnik dla młodych tropicieli duchów w Polsce
który serdecznie polecam. Polecać mogę z czystym sumieniem, bo dzięki uprzejmości wydawnictwa Bezdroża (Grupa HELION S.A.) miałam okazję cieszyć się książką z wyprzedzeniem!
No i tak, że tak.
Poszły na swoje dzieciaki kochane. A to było tak:
Jako pierwszy wystartował Borsuk. Przyjechali mili państwo z synem Tytusem, bo wymarzyła im się Kruszonka. Wyjątkowo Kruszonka nie zdążyła zaszyć się za kanapą, więc nawet zostały podjęte próby przywitania się z małą futrzastą galaretą.
Oczywiście, że byłam.
A ci, co być mieli i nie byli, niech żałują! (foch!)
Bolesławiec był i nas zmył.
Dosłownie. Miałyśmy za sobą ledwo jedną pierzeję rynku, gdy lunęło jak z cebra i poniekąd spełniły się moje nadzieje, że ludzi mało i przy stoiskach tłoku nie będzie. W pewnym momencie uznałyśmy z moją Siostrą, że przedział wiekowy, przewidziany dla miss mokrego podkoszulka, minęłyśmy już dzikim pędem, więc mokrymi kubrakami przejmować się nie będziemy. Niech przejmują się ci, co na to patrzą - bo odzobaczyć się nie da he, he ;) Ruszyłyśmy zatem w strugach deszczu dokończyć oględziny i zakupy, a suszyłyśmy się w samochodzie w drodze powrotnej.
To suszenie wyszło nam wyśmienicie. Wyschłyśmy niemal na pieprz, gdyż jadąc polską dwupasmową miedzą, szumnie zwaną autostradą, odcinek 100 km pokonałyśmy w raptem 4 (słownie: CZTERY) godziny, zaliczając dwa objazdy i wszystkie korki, zatory i spowolnienia. Zarówno samochód, jak i ja - kierująca pojazdem - przeżyliśmy to doświadczenie z trudem. Kurwuniu, 100 km jazdy na drugim biegu!
Trochę zdjęć jest, to daję jak leci:
(jeśli zdjęcia są obrócone, to dalibóg nie wiem dlaczego, ale przepraszam; no nie mogę się z tym nowym blogobydlęciem dogadać w kwestii zdjęć!)
1. Roztrzepanie tej kobiety jest doprawdy irytujące. Jagnięcina z marchewką na śniadanie dwa dni z rzędu! A co to? My już innych puszek nie mamy? Fakt, że ciocia jest dobrze wyszkolona. Ktoś odwalił kawał solidnej wychowawczej roboty. Wystarczy odpowiednio usiąść przed miską, dwa, trzy razy niuchnąć pasztecik i spojrzeć na ciocię z wyrzutem, żeby otworzyła puszeczkę z pasztecikiem o innym smaku. No nie powiem, stara się, stara. Doszło nam kilka nowych smaków. Ciocia mówi, że jestem nieco podobna z urody do Kota Jaśniepana, ale w celebryckich zachowaniach jestem po prostu jego klonem. Brzmi to zacnie. Stać ciocię na komplementy. Zaczęłam myśleć nad rozwinięciem mojego imienia o jakiś arystokratyczny przydomek. Zębuszka Wspaniała, Boska, Piękna i Wyrafinowana, a może Zębuszka Szczyt Doskonałości? Muszę się zastanowić, bo wszystko pasuje. Nie myślcie sobie, że ja się cioci nie umiem odwdzięczyć, za wszystkie należne mi hołdy. Ależ oczywiście, że potrafię. Wywalam się czasem na grzbiet i wtedy ciocia może mnie pogłaskać po brzuszku. No niech tam czasami kobieta ma chwilę radości.
Paskudny rok nam się skończył, a nowy jakoś mnie nie napawa optymizmem. Mimo wszystko, życzę Wam Wszystkiego Najlepszego na ten Nowy Rok kochani. Teraz chyba bardziej niż kiedykolwiek przedtem, jeśli chcemy, żeby Nowy Rok przyniósł nam coś dobrego, musimy się sami o to zatroszczyć.
Tak mi się porobiło w tym wszystkim, że upodabniam się do niejakiego Piżmowca z Doliny Muminków - leżałabym tylko pod kocem i czytała traktaty "O niepotrzebności wszystkiego". Ale się nie da, niestety.
No to postanowiłam zebrać się w sobie i wrócić.
Nie wiem na jak długo. Zapewne na trochę, bo mam PLAN. Plan zwłaszcza dla tych wszystkich kochanych Blogoczytaczy, którzy o mnie nie zapomnieli i nie usunęli mojego blogaska z listy czytelniczej.
![]() |
| Monika z Magdusią |