Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pies. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pies. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 czerwca 2024

EjTy szuka domu

 Miałam popełnić kolejny post kulinarny, albo podzielić się z Wami moimi nowymi zdobyczami i odkryciami, ale to musi poczekać.


poniedziałek, 8 sierpnia 2022

Uff! Mam urlop! Ducha wyzionę, a odpocznę!!!

     


    Tak, mam już urlop! Już trzy tygodnie zleciało. Najpierw rzuciłam się sprzątnąć cały dom, bo kiedy, jak nie na urlopie? W ramach relaksu pomiędzy myciem kolejnych okien, rzuciłam się w rycie ogrodowe jak świnia na trufle. Ponieważ urlop jest urlop, należy odpocząć sobie głaszcząc koty - no to głaszczę w nadgodzinach, bo w kocim pokoju pełno od początku czerwca. Lokatorzy się zmieniają, bo kolejni zakotowani jadą na urlopy, porzucając u mnie futra za drobną opłatą - a ja odpoczywam i za ową drobną opłatę robię zapasy psich i kocich chrupek. Kręgosłup mi skrzypi po tych wycieczkach do paczkomatu, ale w końcu odpoczywać trzeba czynnie, no nie?. Odpoczywam biegając po schodach pińćset razy dziennie, a nawet w nocy jeśli trzeba, sprzątając kuwety, sprzątając apartament po każdym lokatorze, piorąc koce i kocyki, odpoczywam machając wędkami, rzucając piłeczki, włączając zabawki na bateryjki i rozstawiając szeleszczące tunele. 

    I powiem Wam, że odpoczynek to może człowieka wykończyć. Dlatego od kilku dni czuję się tak, jakby ktoś mi wtyczkę z prądu wyciągnął. A poważnie - dopiero od kilku dni w miarę spokojnie sypiam i jakoś tak ze mnie całoroczne (i urlopowe) napięcie schodzi. 

    Ja wiem, paskudna jestem. Nie czytam, nie piszę, nie komentuję i w ogóle. Ale uwierzcie, miałam taki komputerowstręt, że zmuszałam się do zrobienia płatności i zakupów i koniec! Laptopik też pokazuje dąsy i się czasem sam z siebie wyłącza, bo coś mu już karta graficzna siada... 

    Poza tym u wielu z Was Kochane Wy Moje Przyjaciółki po Piórze dzieje się kiepsko, a ja to jak głupia przeżywam i noszę w sobie, choć moje martwienie się jeszcze nikomu w niczym nie pomogło. Dlatego w tym roku musiałam się odciąć od własnych, rodzinnych problemów, zwykle tworzonych ad hoc przez takich, co to lubią być dopieszczani (nieustający koncert życzeń rodzinnej geriatrii), od problemów innych ludzi i udać się na wewnętrzną emigrację. Emigracja polega głównie na nadrabianiu zaległości czytelniczych i zakupie nowych zapasów książek. Odparowuję.

Zacznę od spraw obowiązkowych, czyli drzwi u Beni!

Ta dam! Stało się! Zamontowali! Tym samym mamy już wszystko i na wory karmy i żwirki jeszcze starczyło.

czwartek, 20 sierpnia 2020

Owca

 

Aliści to musiało wreszcie nastąpić, że stan jednopsia przeminął był.

W sumie Pyza nam wystarczała i zaspokajała wszelkie potrzeby w związku z posiadaniem psa. Pyzie się podobało, Mężczyźnie też, a mnie jak zwykle korciło.

Siedziałam w internetach i wyszukiwałam potencjalnych kandydatów na dopsienie domu. Po opisanych wcześniej perypetiach z adopcją któregoś z dwóch psów fundacyjnych (oba psiaki nadal kiblują w domach tymczasowych, bo "ludzie to potwory i nikt takich psiaczków nie chce"), skupiłam się na ogłoszeniach od osób prywatnych (schroniska jeszcze w większości były zamknięte) i w tym celu czesałam olx oraz oswoiłam fejsbuka (brawo ja!).

Oczywiście wybór padał głównie na przedstawicieli ras rustykalnych o niskim zawieszeniu. Pech chciał, że zwykle były to zwierzaki z nadmorskich wybrzeży lub krainy wilka i niedźwiedzia, a choćby z województwa bagienno-szuwarowego. Mężczyzna zerknął na mapę i wycedził, że do 100 km to proszę bardzo i ani decymetra dalej.

Zadzwoniłam do schroniska Azyl w Dzierżoniowie - jedynego, które się nie zamknęło na Dolnym Śląsku (i jakoś nikt nie umarł z tego powodu) i nawet wstępnie byłam już po słowie z miłym panem, choć wyboru prawie nie było. Społeczeństwo głodne adopcji psów, wyczyściło schronisko do gołej podłogi ostatniego boksu, do kochających domów uprowadzając na smyczach nawet psy rzekomo nieadopcyjne. 

Już już mieliśmy jechać, biorąc jednego z kotów na przynętę. W Azylu kotów nie mieli i nie było jak sprawdzić reakcji psa na kota. Pan poradził, żeby wziąć własnego, co ponoć jest powszechnie praktykowane i ludziska przyjeżdżają po nowego członka rodziny w asyście kotów, żółwi, papug i chomików. Nie odnotowano chyba tylko wizyty złotej rybki. Już był dopracowany plan wyprawy do Dzierżoniowa, kiedy na fejsbuku pojawiło się takie nieduże i nieszczególne zdjęcie, nieszczególnego osobnika.

I ten psi osobnik na mnie patrzył z tego zdjęcia.


Zawezwałam przed monitor Mężczyznę. Patrz! - mówię mu. Popatrzył. Pies ze zdjęcia popatrzył na Mężczyznę, no i rzuciłam się pisać wiadomość do pani od ogłoszenia.

Do oddania były w sumie trzy psy, które obecnym właścicielom były podarowane "dla dzieci" przez znajomego. Znajomy to dość nieodpowiedzialny człowiek, któremu suka szczeni się regularnie, a ten oddaje potem pieski, "bo na wsi zawsze się uchowają". Stan umysłu i nie ma co bić piany na ten temat. Właściciele mieszkali i owszem na wsi, ale w wynajętym domu, a mając pod opieką gromadkę bardzo małoletnich dzieci, pieskami byli wysyceni po kokardki. Jak na warunki wiejskie to psy źle nie miały. Nie były głodne ani zaniedbane, miały kojec ale nic więcej. Doba w końcu nie jest z gumy. Dlatego za namową młodszej siostry, postanowili oddać psy w dobre ręce, sobie ujmując kłopotu, a psom dając szansę na lepsze życie.



Pani Iza była przekonana, że chcemy adoptować młodego, biszkoptowego blabladora (taka dziesiąta woda po labradorze) i była bardzo zaskoczona, że chodzi nam o czarnego kosmacza. Wszystkie psy były przyrodnim rodzeństwem i idąc tym tropem nasz wybranek był w jakimś sensie blabladorem. Na zdjęciu kosmate zwierzę wyglądało na niewielkie i szorstkowłose, ale pani twierdziła, że jest wielkości blaladora. Ponieważ jednak my już wiedzieliśmy, że to ten, a pies ze zdjęcia ciągle na nas patrzył, to pojechalibyśmy po niego nawet gdyby był wielkości cielaka.

Skrupulatnie sprawdziłam lokalizację. Mężczyzna oczywiście wykazywał czujność w kwestii odległości, jednak Google Maps było po mojej stronie. Zmieściłam się w wyznaczonym promieniu o włos, a dokładnie o 3,1 km! I tak ostatniego dnia miesiąca maja wyruszyliśmy po psa, zabierając ze sobą Pyzię mało zadowoloną z takiego obrotu sprawy.

Na rogatkach Ząbkowic Śląskich coś mi błysnęło z lewej strony, ale nie zwróciłam uwagi, zakładając, że słońce odbiło się od szyby mijanego samochodu. Dojechaliśmy na miejsce, poznaliśmy panią Izę i rodzinę psa. Pies okazał się być wcale nie taki duży, bo ciut za kolano (blablador choć masywniejszy też nie był zbyt wielki) i nie szorstkowłosy, tylko długowłosy w loki. Wołali go Dżeki, w książeczce ma Brutus, nie reagował na żadne z tych imion. Poszliśmy na spacer wszyscy razem. Znajomość z Pyzą została zawarta ale bez entuzjazmu ze strony wyżej wymienionej. Po wymianie uprzejmości zapakowaliśmy futrzaka do samochodu i powieźliśmy do domu, pozostawiając w kojcu osamotnionego blabladora. 



Na wyjeździe z Ząbkowic coś nam błysnęło po stronie prawej i Mężczyzna zaklął szpetnie. A zaklął szpetniej, jak pisnęłam, że już raz błysnęło na wjeździe. Miesiąc później dostaliśmy pocztą pamiątkową fotografię z Ząbkowic, dokumentującą, jak to nam się po pieska i z pieskiem śpieszyło :)

Tym sposobem mamy nowego psa - pięcioletni, nie bity, z małym przebiegiem, który wygląda i porusza się z płynnością i gracją lalek/marionetek Jima Hensona, krótko mówiąc jak jeden z Muppetów.

Po bliższych oględzinach okazało się, że masę psa robi futro, a pod spodem jest mało psa w psie. W sensie kudły kryły sylwetkę charta. Choć jest dwukrotnie wyższy niż Pyza, to o 2 kg lżejszy. I nie chodzi o to, że chudy, chociaż chudy był, a nawet jest. Po prostu taka konstrukcja. Żebra można było wyczuć, ale konia z rzędem, kto utuczy tego psa. Je głównie by zrobić przyjemność człowiekowi, wszystko dokładnie obwącha zanim raczy wziąć do pyska, nie chwyci NICZEGO, co zostanie rzucone w jego kierunku, a żółty ser wkładałam mu do paszczy bokiem. Pyza, która jak powszechnie wiadomo ma naturę odkurzacza, kiedy patrzy na to marnotrawstwo po prostu traci cierpliwość i wyręcza szanownego kolegę w łapaniu w zęby i sprzątaniu z podłogi.

Ponieważ na zadku ma gustowne loki, a puchaty ogon początkowo nosił nisko, przyklejony do tylnych łap, od tyłu wyglądał jak owca. Czarna co prawda, ale owca. I tak został Owcą, a w zasadzie Owcem czasem Owiecem i od razu załapał, że to do niego.


Owiec jest tchórz, cykor, trzęsidupa i ostatnia pierdoła. Początkowo zastanawialiśmy się, czy umie szczekać. Aż na którymś spacerze szliśmy obok pastwiska, Owiec węszył w trawie, nagle podniósł łeb i zobaczył, że dwa metry od niego stadko jałówek stoi i się gapi. Ponieważ uznał, że te zwierzęta go atakują, zaczął rozpaczliwie cienko szczekać z nutą skowytu na końcu każdego szczeknięcia. Dźwięki w każdym razie były przeraźliwie przykre dla ucha. Ciekawskie bydło ruszyło w jego kierunku, by sobie dokładniej to cudo obejrzeć, a to spowodowało, że Owiec niemal zszedł ze strachu. 

Rodzina zachwycała się inteligencją Owca. Za przebłysk geniuszu zostało uznane wprowadzenie się do mojego łóżka już drugiego dnia po przyjeździe i natychmiastowe opanowanie foteli. Stało się to zanim Owiec nauczył się nie częstować się samemu ze stołu i nie siusiać w domu (zdarzyło mu się wszystkiego dwa razy i czasami się zapomina i próbuje dom oznakować). Zaiste błyskotliwy umysł. 



Że niby nie tak cały się na łóżko wepchnął, bo łapki to jeszcze prawie na podłodze :)
Że niby nie tak cały się na łóżko wepchnął, bo przecież tylne łapy to niemal na podłodze :)


Owiec jest niestabilny. To znaczy ciągle się przewraca. Jak się cieszy - buch na grzbiet, jak go pogłaskać - buch na grzbiet, jak się do niego mówi - fyrt na grzbiet i oczywiście jak się boi, to też kołami do góry. 

Na spacerze wygląda to mniej więcej tak:  

- Owiec chodź tu! Dawaj ten ogon, bo masz cały w rzepach. Nie! Nie kładź się w tym syfie! Oooooooooowiec! Musiałeś? Jak teraz wyglądasz ty psi idioto?!

A Owiec gapi się nic nierozumiejącym wzrokiem, jakby mówił:

- என்னிடமிருந்து நீங்கள் என்ன விரும்புகிறீர்கள் என்று எனக்குத் தெரியவில்லை, ஆனால் நான் எப்படியும் உன்னை நேசிக்கிறேன், அதனால் நீங்கள் என்ன சொல்கிறீர்கள்

Co w wolnym tłumaczeniu oznacza mniej więcej "Nie wiem czego ode mnie chcesz, ale i tak cię kocham, więc o co ci chodzi?".

Pierwszy raz w życiu widziałam, jak wet czyści gruczoły pod ogonem psu leżącemu na pleckach. Zacny widok. Ze względu na NNNŚ Weta starałam się nie śmiać, ale już chichot trudno było powstrzymać.

Na linii z Pyzą bywa różnie. Na linii z kotami również.













Łazanka oraz Klops profilaktycznie naprały burka po pysku. Profilaktycznie. Żeby sobie nie myślał. Tzn. Klops podszedł i strzelił na odlew, a do siedzącej na podwórzu Łazanki głupi pies sam się pchał. Łazanka obdarzyła psa twardym spojrzeniem, potem padł strzał znikąd w psi pysk, a Łazanka nawet nie ruszyła tłustego zadu z polbruku.

Niedawno takie oto sceny się działy. Ruszyłam się sprzed komputera i pomaszerowałam do kuchni po herbatę. Owiec oczywiście jak cień za mną. Wzięłam kubek i wróciłam do biurka u siebie w pokoju, Owca gdzieś zgubiłam po drodze, ale przecież jest w domu. Po kilku minutach słyszę skomlenie w przedpokoju. Wołam Owca, ale nie przychodzi, a skomli dalej. Ruszyłam się sprawdzić, o co psu chodzi i co widzę? Skulonego na kaflach skamlącego Owca, który boi się wejść do pokoju. Po obu stronach przedpokoju, mniej więcej przed moimi drzwiami, siedzą naprzeciw siebie Klops i Łazanka i mierzą się wzrokiem, a Owiec musiałby przejść między nimi! Na taką brawurę absolutnie nie stać było tego dzielnego psa :)))))))))

Reszta kotów olewała lub osyczała, niektóre dawały się pogonić i tu zaczęły się problemy. Niestety ofiarą gonienia padła Jojo, a przy Owcu Pyza nabrała złych manier. Upomnienia starczały na krótko i były przestrzegane tylko, gdy ktoś patrzył. Gdy burki były poza zasięgiem wzroku, to zły w nie wstępował. Krótkie kursy kapciologii też szybko szły w zapomnienie. W końcu przegięły! Pogoniły biało-czarnego kota bardzo skutecznie, ja myślałam, że Jojo (ale szczęściem nie) i wtedy był dłuuuuuuuuugi wykład z kapciologii. Kurz i mole leciały z trzepanych zadów, a ja belferską modłą prowadziłam nauczanie do wyczerpania (tematu oczywiście!). Pomogło.

Najbardziej jednak zaskakujące są relacje z Kapslem. Otóż Kapsel ma na punkcie Owca obsesję futrzaną. Wieczorami i nad ranem narkotyzuje się futrem Owca, wpadając w rozmruczany trans. Tarza się po Owcu, zanurza z lubością pysk w jego furze, iska, podgryza i szarpie ząbkami. Takiej nieracjonalnej kociej atencji żaden przyzwoity pies nie zrozumie. Strzał w mordę ok, ale rozmruczane turlanki z iskaniem?! W związku z tym Owiec wpada w popłoch. Najpierw truchleje, a jak wyjdzie ze stuporu, to albo wskakuje mi do łóżka, albo, gdy akcja odbywa się na łóżku, zeskakuje i pod łóżko  się chowa przed roznamiętnionym kotem. Pocieszne.

Kapsel w akcji:




I tak to się kręci.

Poza tym zakwitły moje oplątwy! Różnie je trzymałam. Czasami spryskiwałam, czasami kąpałam, ale wciąż było im źle. Aż Mężczyzna kupił piach i żwir (do polbruku i zasypania reperowanych fundamentów) i voila! Mają w słojach ułożone warstwy - dołem piach, który jest mokry, górą żwir, który jest suchy i zebrało się roślinkom na życie :)





P.S.

Z ostatniej chwili wiadomości od pani Izy są świetne! Blablador znalazł dom: "Świetnie trafił niestety był bardziej wystraszony niż Owca i nie mógł się zaaklimatyzować w domu, bał się wszystkiego łóżka, stołu, ale dali mu czas i wszystko poszło wspaniałe". Do adopcji został trzeci, najmniejszy psiak. Możecie Kochani ogłaszać i się zgłaszać, jakby psina kogoś za serce chwyciła :)

środa, 4 września 2019

Zgubne skutki picia wódki, czyli rzecz o czarnych kotach

Ale zanim przejdę do zabawnej i skądinąd pouczającej dykteryjki, słów parę celem sprawozdania.
Prezentowane w poprzednim poście rudzielce mają wspólny dom! Uff!
Takoż Kasztanek, który obecnie czeka na odbiór przez swój nowy personel. Na dobry początek Kasztanek otrzymał nowe imię - Mrutek, a do nowego domu odbędzie podróż rychtyk odwrotną niż kot, na którym Witia wierzchem do domu przyjechał.
Kulinaria mają się świetnie, ale Personel gorzej, gdyż rozpoczęła się wojna na kocioszczocha i nie wiadomo, o co im kaman. Może już się dojrzewanie zaczyna, bo Bigos to była chodząca zapowiedź testosteronowego kocura.
Łatek szaleje i demoluje i robi to jak zwykle siejąc wokół siebie szelmowski urok, więc personel jest zachwycony: "Dzień dobry! :) naprawdę jest super! Zdrowotnie - już niemal nie kuleje, oczka nie łzawią, nabrał masy (1,6kg), je i robi ładne kupki. Wczoraj byliśmy na szczepieniu - żadnego osłabienia nie ma, ale oczywiście obserwujemy. Dwoje wetów go pooglądało, zajrzało w oczka - wszystko ok póki co. Zdaniem wetów (i moim po obserwacji jego zachowania) widzi już całkiem normalnie. Był też bardzo grzeczny :) Z rezydentem kocurem różnie bywa - od wesołych gonitw i zapasów (bez pazurów) po syczenie i obrażanie się ;) ale śpią nawet na jednym łóżku wiec tolerancja jest :) Łatek kocha biegać z myszą w pyszczku, spać mi na głowie, dawać buziaki, wygrzebywać ziemie z kwiatków i atakować miotłę :) jest łobuzem i demoluje chatę od rana do wieczora ale to cudowne dziecko :):):)
Łobuz straszny!!! Udaje tylko grzecznego ;) trudno mu zrobić zdjęcie gdy nie śpi, bo ciągle ma jakieś sprawy do załatwienia i w kółko biega ;)"




niedziela, 3 lutego 2019

No i stuknęła nam dycha...

Ostatnio bywam tu rzadko. Bo tak. Bo takie okoliczności przyrody, że tak to ujmę i proszę mi wybaczyć.
Mam nadzieję, że przyjdą lepsze dni i znajdę w sobie na nowo siłę i chęci. Do pisania, do działania, do wszystkiego. A teraz zajmuję się głównie porządkami. W sensie, że w sobie, bo strasznie mi się nabałaganiło. No.
Jednak możecie szturchać mnie czasami słowem jakim. Czemu nie. Działa motywująco takie szturchanie. I jest miłe.
Również ładne, czyste, śnieżne widoczki, które powodują, że jest jaśniej na dworze, podnoszą mnie na duchu.
O, proszsz. Takie coś z okna sypialni poprawia humor:



Ale w sumie ja nie o tym, tylko o tej dyszce, co nam stuknęła.
Nie chodzi tu o okrągłą rocznicę pożycia, ani nawet o dyszkę dużych baniek wygranych w totka.
No z tym ostatnim, to trochę szkoda.
Myślę, że w ciągu godziny udałoby mi się przepuścić większość wygranej, choćby na siepomaga.pl.
Do przepuszczania aktywów nie trzeba dużej wygranej. Zwykła dycha polskich złotych też wystarczy, żeby pomóc Michałowi, o tu:
https://www.siepomaga.pl/walkamichala
(od razu, zanim przeczytacie resztę, otwórzcie sobie link w nowej karcie, żebyście potem nie zapomnieli)
Nie znam chłopaka. AgaMaga mi podesłała link. Pewnie sama też skądś dostała. Ale Michał jest dokładnie w wieku mojego Tofika. Guzik wiem, co czuje teraz ten chłopak, ale doskonale potrafię wejść w skórę jego Mamy. No i za cholerę nie chcę w tę skórę wchodzić. Taka prawda.

Toficzek - słoneczko mamusine, co to mamuni daje po oczkach nie raz blaskiem swoich pomysłów na życie i decyzji, jak i zarówno swoją wielowątkowością  - za 4 dni kończy dwie dychy i życzę mu wszystkiego najlepszego!
Każdy wie, co znaczy mamine najlepszego - to znaczy naprawdę NAJLEPSZEGO!
Takiego NAJLEPSZEGO, że lepszego już nie ma!

No i Mama Michała też swojemu dziecku życzy NAJLEPSZEGO! Dlatego należy pomóc, żeby te życzenia miały choć cień szansy się urzeczywistnić.

To teraz wracamy do dychy właściwej.
Czyli dychy kotów.
Tak! Równiuteńką dziesiątkę kotów mam w domu.

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Nie myśl! Jeśli myślisz, to nie mów.

Jeśli mówisz, to nie pisz.
Jeśli piszesz, to nie podpisuj.
A jak myślisz, mówisz, piszesz i podpisujesz - to się nie dziw!

Znacie to, prawda? Bo to stare jak świat.
Otóż nigdy nie doszłam w swych działaniach do samiutkiego końca.
Wystarczyło mi pomyśleć - fakt, głośno tym razem pomyślałam - żeby od razu dostać od życia z liścia w potylicę na otrzeźwienie.
Otóż ci z PT Blogoczytaczy, którzy mnie trochę znają w realu, wiedzą, że choć oto nie zabiegam, choć unikam jak mogę i nie wyrażam zgody, choć nie jest to zgodne z moją naturą to mój żywot marny wygląda niczym jazda z figurami po torze bobslejowym.
Szanowni Państwo sobie zrobią herbaty i kanapek, zasiędą wygodnie i oddadzą się przydługiej lekturze. A na koniec może ten i ów łzę uroni nad ciężkim mym losem (a nie, że będzie mi tu jeden z drugim wył ze śmiechu!).

piątek, 27 lipca 2018

Tobi szuka nowego domu

Tobiego poznałam dzięki pani Teresie (czule przez nas nazywanej Tereską, która jest godną następczynią Heni - sąsiadki z naszego poprzedniego lokum).
Tereska jest naszą sąsiadką, z tych zaangażowanych (czyli monitoring i kronika w jednym).
To ona znalazła kocie szczątki, którym wyprawiliśmy honorowy pogrzeb, choć do końca pewności nie ma, czy są to doczesne szczątki Mamby, (tak 70/30) eh...
Niemniej jednak Tereska widząc moją rozpacz po stracie Mamby, wpadła na genialny w swej prostocie pomysł osłodzenia mi żałoby.
Otóż na otarcie łez po czarnej, niespełna 4- kilogramowej kotce, zaproponowała mi przygarnięcie czarnego chyba ponad 40- kilogramowego labradora. Co w prostym przeliczeniu miało zrekompensować mi stratę dziesięciokrotnie :)

Liczy się gest!

No i tak poznałam Tobiego

sobota, 10 lutego 2018

Babka śmietankowa i wiosenne spacery

Dawno nie było nic w kulinarnym temacie i czas to nadrobić.
To dzisiaj babka śmietankowa.

Babka śmietankowa to ta jasna kromeczka, pod spodem ostatni kawałek pysznego ciasta Jareckiej, które u nas robi za piernik
- i nie znam łatwiejszego i pyszniejszego. A przepis jest TU, w kuchni Deszczowego Domu


A to babka w pełnej krasie:


niedziela, 22 października 2017

Źwierzontka na nowych włościach - Piesy

Od czego by tu zacząć.
Bo dużo się w temacie źwierzontek wydarzyło i dzieje.
Psi temat jest krótszy i ogarnę go szybciej, więc zacznę od psic.
Przyjechały, rozejrzały się i wzięły w posiadanie.
Tzn. Kreska jest nieszczęśliwa. Ma żal i traumę.
Kresiulec jest miejską paniusią i jak nie czuje trotuaru pod łapami jest po prostu nieszczęśliwa.
Nie wiem, czy kiedyś nam wybaczy degradację społeczną z miejskiej psicy do wiejskiego burka.
Na razie ostentacyjnie siusia na ubitej ziemi koło wiaty na drewno, a pamiątki zostawia na bruku przed garażem.
Za chińskiego boga nie wlezie na trawę wyższą niż 5cm, a jeśli jeszcze jest mokra to w ogóle możemy zapomnieć.
W tak zwanym międzyczasie wyszło, że coraz gorsze samopoczucie i wygląd Kreski oraz jej stetryczenie są spowodowane niedoczynnością tarczycy.
No to obie sobie teraz na dzień dobry łykamy małe białe tableteczki i Kresia ma się wyraźnie lepiej.

Pyzuś za to jest w swoim żywiole. Dziurę wykopie, do sąsiadów się przedrze pod płotem, pożywi się na kompoście, obszczeka listonoszkę/kuriera/boksera i/lub wilczura sąsiadów/sąsiadów/ciągniki/rowery i ptactwo domowe!
Czasami jej jednak dokucza nuda, bo Pyzia lubi ganiać w berka, a Kreska się do tego nie nadaje.
I Pyzia gania czasem z kotami. Koty nam spsiały, więc Mamba i Jupi doskonale się do zabawy nadają.

Zdjęcia jakieś tam są - robione telefonem - bo w ferworze prac remontowo-budowlanych to do zdjęć głowy nie miałam.
Ale że fani zwierzyńca dopominają się o zdjęcia, to niech będą jakie są.




środa, 22 lutego 2017

Komplecik i źwierzontka

Otóż zakończyłam i nawet naszam :)
Czapkę Dwarf's Wife Hat przedstawiałam o >>>TU<<<.
Przeanalizowałam i wzięłam sobie do serca wszystkie rady, jakie dałyście mi w komentarzach.
No może nie wszystkie, bo czerwona czapcia sugerowana przez Frajdę jest dopiero w planach.
Komin do czapki to wypisz wymaluj rekomendowany przez Bubę golfik.
Natomiast sama czapka została podszyta polarem tak, jak doradzała Diabeł.
I to nie byle jakim polarkiem!
Podreptałam do lumpeksiku, celem wyszukania szaliczka w jakimś zbliżonym kolorku. Szaliczka, z którego dałoby się wykroić wkładkę do czapki, choćby w postaci szerokiej opaski.
A natrafiłam na gotową czapkę! GOTOWĄ! I beżową :)
(Oczywiście nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, że zapomniałam ją sfocić przed przeróbką?
Uważam, że i tak osiągnęłam wyżyny swoich możliwości, gdyż udaje mi się pamiętać o sfoceniu jedzenia na talerzu przed łapczywym pożarciem - choć przyznaję, nie zawsze - i czasem musiałam coś dwukrotnie pichcić, żeby fotnąć)
Fakt, że musiałam odpruć rant i wykorzystałam tylko górę czapki. Ale ten otok, to kawał szerokiego polaru, który był dwukrotnie złożony, więc mam jeszcze szeroką opaskę na ewentualną kolejną czapkę.
Także wiesz Diable, dzięki!

No to komplecik wygląda tak:








wtorek, 20 grudnia 2016

Mikołaj przyszedł do Futer :)

Tak jak zapowiadałam, dzisiejszy post poświęcony jest mikołajowym prezentom dla moich zwierzaków.

Mikołaj przyszedł do całej czeredy! I to taki prawdziwy, a nie że pańcia w roli grubasa w czerwonym najpierw coś skitrała po szafach ;)
A było tak:
Najpierw był bardzo sympatyczny email od pani Marty, czy można. Email był ujmujący, ciepły, przyjazny i bardzo indywidualny, a nie szablon, jak to mają różne firmy w zwyczaju.
Ano można, a będzie nam bardzo miło!

I oto dnia pewnego pan listonosz stanął na progu z paczką i listem:




niedziela, 11 września 2016

Psów podwórzowych dwie historie prawdziwe

W ostatnich dwóch miesiącach miałam sposobność uczestniczyć w dwóch psich historiach. Obie dotyczyły psów podwórkowych, z funkcją stróżowania.

Pierwsza historia dowodzi, że ludziska są w gruncie rzeczy może nie tacy najgorsi, jak da im się szansę i czas na przemyślenie. Druga, no cóż... druga to zaskoczenie. A w zasadzie ZASKOCZENIE.

Ale do brzegu :)

piątek, 1 lipca 2016

X Muza i akcja w trzeciej minucie

Dzisiaj będzie filmowo.

Pamiętacie, jak pisałam, że moje psie panny w holwódy poszły? O >>>TU<<< pisałam.
No to już można sobie obejrzeć Kreskę i Pyzę w akcji :) Dosłownie.
Należy sobie wejść >>>Tu, o tutaj<<<; kliknąć 64. odcinek "Detektywów w akcji" i przy końcu pierwszej historii (każdy odcinek, to dwie opowiastki) można podziwiać urodę, czar i talent suczy dwóch!
Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale do każdej roli w tym serialu jest casting - nie tylko do psich...

A po drugie - kocice dostały Super Roller.
A dokładnie Catit Design Senses Super Roller, szyna do zabawy, oczywiście z Zooplusa, oczywiście kupowany przez >>>BANER U GOSIANKI<<<
Jak dla nich absolutny hit!
Zmontowałam i miałam smarkule cały dzień z bańki.
Gorzej, że Mężczyzna miał caluteńką noc z bańki ;)
Panny tak uwielbiają zabawkę, że mogą walić łapami w kulki caluteńkie noce, jak Tofik w klawiaturę. Zabawka im się nie nudzi i kilka razy dziennie do niej wracają, choć już mają ją ze trzy tygodnie.
Ale najlepsza jest w tym wszystkim Jojo.
Zwykle zachowuje się jak stara, zacna ciotka, światowa matrona, co to niejedno w życiu widziała (no bo widziała). Leży z miną Sfinksa i obserwuje. Łeb obraca powoli i z namaszczeniem. Powoli zamyka i otwiera żółto zielone ślepia, wzdycha z wyższością i jest ponadto.
Ale i ją kusi zabawa ;)
Zawsze zadziwia mnie jej refleks i zachowania, świadczące o tym, że była kotem dzikim i polującym.
Tak powolna i dostojna na co dzień, zwłaszcza w porównaniu z rozbrykanymi smarkulami, gdy zaczyna się bawić myszą z kocimiętką, lub taką piszczącą, puchatą, białe łapy śmigają tak szybko, że widać tylko smugę, a smarkule wychodzą przy niej na gapowate niezdary.

Zobaczcie sami, co było z Super rollerem. Zwróćcie uwagę, w jaki sposób Jojo będzie próbowała pochwycić piłeczkę - zupełnie inaczej się do tego zabiera niż domowe smarkule.
No i najlepsze - akcja w trzeciej minucie ;)
Zrywaliśmy boki!



czwartek, 23 czerwca 2016

Balkon

Nie wiem kto i kiedy wymyślił balkon, ale to bardzo praktyczne zjawisko jest.
I nie mam tu na myśli "balkonów" -  jak rodowici wiochmeni z Krainy Kwitnącego Ziemniaka określają mieszczuchów sprowadzających się na wieś, czemu zwykle towarzyszy postawienie chawiry z dowolnie dużą liczbą balkonów.
Nie. Balkon jako zjawisko społeczne jest niezwykle ciekawym.
Niby jeszcze część mieszkania, przestrzeń prywatna, jeśli z sypialni to wręcz intymna, a jednak wystawiona na widok publiczny. A nawet publiczniejszy, bo wysoko nad ziemią.

Przeważa jednak kontekst prywatny.
I nikogo nie dziwi, że sąsiadka po balkonie pląsa w bieliźnie i wałkach, a sąsiad bywa, że bez bielizny (choć wiek chearleederek i chippendalesów bezpowrotnie przeminął w ubiegłym stuleciu), wystawiając swe ciała na widok, choć w życiu by się tak po ulicach nie lansowali.
A im cieplej, tym balkonowego ciała więcej.

Nie tyko ludzkiego. Kociego również.
Od kiedy pocieplało kocie dzieci przesiadują na balkonie calutkie dnie i noce. Zwłaszcza gdy pada! Kochają deszcz i wodę jako taką.
I tu znowu tajemnicza sprawa. Wlezie jedna z drugą na drzwi lub kredens i boją się zeskoczyć, choć do podłogi góra 2 metry. Wylezie taka na balkon, zobaczy ptaka lub muchę i już łapy do lotu z 10. piętra rozkłada!
Nawet Jojo uskutecznia plażowanie na balkonie.
Z początku nie bardzo, bo wiadomo, że dom to dom, a zewnętrze to chłód, głód i jeszcze nie wpuszczą na zad do środka.
Ale przyjrzała się smarkulom, że tak sobie cyrkulują, to i Jojcik się odważył. I wcale nie zraził ją jedyny przypadek, gdy przez nieuwagę została na tym balkonie zamknięta. Wcześniej na balkonie kiblowała Mamba i dała wyraz swemu niezadowoleniu demonstrując ciężki wkurw i jawną obrazę w równych proporcjach.
Balkon został osiatkowany, to i młodzież może się bezpiecznie po balkonie bujać.
Ale nie od razu Kraków zbudowano - tfu! - balkon osiatkowano.

To znaczy nam się wydawało, że osiatkowany jest skutecznie. Na szczęście odwiedziła nas moja koleżanka, bardziej w tym temacie biegła i palcem pokazała nam wszystkie miejsca, gdzie jednak kot mógłby, gdyby chciał. Pod samiutkim dachem. Drobna niedoskonałość, jakieś 7 cm siatki, przylegające ciasno, ale nie przyczepione niczym do daszku, bo nie ma jak. Na tej wysokości, już trochę poza balkonem, dojście megatrudne. Z drabiny nie sięgniesz, trzeba by z dachu, na uprzęży i linie...
 A jak się okazało kot chciał i to bardzo chciał!




piątek, 19 lutego 2016

Dzień kota był, dzień psa będzie :)

Ponieważ większość PT Czytelników blogujących rozpływała się nad Dniem Kota, przypominam, że Dzień Psa dopiero przed nami - będzie 1. lipca.

A u mnie na okrągło dnie psów i kotów :)

Dzień Kota był ostatnim dniem mojej uroczej, niemal pięciodniowej migreny, więc nie tylko nie miałam siły nic skrobnąć, ale moje pulsująco odbijające się od szkła okularów prawe oko nawet nie pozwalało mi za bardzo czytać. A to już tortura. Bo od kiedy nauczyłam się tej niełatwej sztuki, korzystam z niej radośnie i bez końca.

Pewnie jesteście Kochani ciekawi, co słychać w mym prywatnym Zoo.
Otóż:

czwartek, 11 lutego 2016

Gwiazdy na miarę Oskara :)

To się musiało tak skończyć!

Wrodzony talent, nieodparty urok, czar i absolutna fotogeniczność!

Pyza i Kreska

Kreska i Pyza

Przy tym niezaprzeczalne warunki...

czwartek, 3 grudnia 2015

Kreska - strażniczka szuflady :)

Mam łóżko, na którym czasem i dla mnie znajdzie się miejsce do spania (vide poprzedni post). Pod łóżkiem znajdują się dwie szuflady, a w nich swetrowa materia - no wiecie na co.
Te szuflady koty sobie upodobały szczególnie i przesypiają w nich całe dnie, zagrzebane pomiędzy worki ze swetrami.
To, że kot "znika" w szufladzie strasznie Kreskę irytuje.
Po pierwszych, bezowocnych próbach wepchnięcia się pod łóżko za kotem, frustracja psicy osiągnęła niebezpieczne poziomy. Krechulec całymi dniami siedzi i hipnotyzuje wzrokiem szuflady, usiłując koty wywabić skomleniem.
Co wygląda tak: